„Ród smoka” – czy mamy nową „Grę o tron”? Wrażenia po 1 odcinku

źródło: Ig @houseofdragonhbo

Kilka milinów widzów ponownie włączyło HBO, żeby stoczyć kolejną bitwę o władzę. Powstał długo wyczekiwany prequel „Gry o tron”. „Ród smoka” opowie o dziejach dynastii Targaryenów. Pierwszy odcinek mogliśmy zobaczyć na platformie w ubiegły poniedziałek. Jak wrażenia?

Z goryczą i bólem serca. Ale czekałam. Z przeszłością jak zdecydowana większość fandomu pogodzić się nie umiałam. Do tej pory nie zrozumiałam. Choć rany prawdopodobnie nigdy w pełni się nie zagoją, dziś już patrzę na to inaczej i widzę tylko to, co było dobre. A dobrego było wiele. Więc gdy wracam wspomnieniami, widzę przemyślane intrygi, fenomenalną grę aktorską i potęgę, cudowność wykreowanego świata pamiętaną z pierwszych sezonów. Chyba jak większość na wieść o spin-offie miałam mieszane uczucia podszyte starą goryczą. Z doświadczenia serialomaniaków wiemy, że rzadko kiedy nowe produkcje bazujące na starym i lubianym uniwersum są udane. Mało jest takich, które choćby dorównują oryginałowi.

Nie nastawiałam się więc. Zakładałam, że i tak nie zostaniemy ukontentowani przez twórców. Tęsknota za kochanym Westeros kazała mi 22 sierpnia zasiąść przed ekranem HBO Max. I wiecie co wam powiem? Pozytywnie się zaskoczyłam. Mimo że jedna jaskółka wiosny nie czyni, pierwszy odcinek nie przesądza o całej produkcji, to na dzień dzisiejszy powiem — to może być świetna historia. Ale od początku… najpierw kilka faktów.

Klapa światowego fenomenu i potem co?

źródło: Ig @houseofdragonhbo

„Gra o tron” to serial powstały w 2011 roku na bazie serii powieści Georga R.R. Martina pt. „Pieśń lodu i ognia”. Opowiada o à la średniowiecznym świecie siedmiu królestw Westeros, w którym najwyższą stawką, o którą wszyscy walczą, jest władza. Na ekranie pojawiały się także elementy fantastyczne, ale tym, co szczególnie rozkochało widzów, były rozbudowane wątki, bogate portrety psychologiczne i niezwykle przemyślany bieg przyczynowo – skutkowy. A do tego krew, seks i ogólny przepych. Tam nie było tematów tabu, wszystko przedstawione zostało w naturalistycznej, momentami wynaturzonej postaci. Każda z tych składowych spowodowała, że produkcja HBO stała się totalnym serialowym fenomenem z olbrzymią rzeszą fanów na całym świecie, która dodatkowo budowała cały klimat uniwersum. Popularności i splendoru, jakim cieszyła się ośmiu sezonowa historia, po dziś dzień nie powtórzył żaden serial.

Jednak nigdy nie może być całkowicie pięknie. Kolejne sezony po 4. okazywały się coraz bardziej niedopracowane fabularnie, a showrunnerzy David Benioff i D.B. Weiss bardziej starali się szokować widza niż podążać ustalonymi przez Martina zasadami „gry”. Szalę goryczy fandomu przeważył finał, który nie tyle nie sprostał oczekiwaniom, ile okazał się uproszczony, nielogiczny, po prostu bezsensowny. Rozczarowanie przerodziło się w otwartą złość i nawet żądania stworzenia ostatniego sezonu od nowa. Ale nic nie dało się zrobić.

„Gra o tron” nie tylko cieszyła oko milionów, ale i miliony zarabiała. Szybko po finale pojawiły się więc pomysły stworzenia spin-offa. HBO odrzucało kilka koncepcji prequeli, aż oficjalnie podali informacje, że powstanie adaptacja innych powieści Martina „Ogień i krew”, które opowiadają o czasach potęgi dynastii Targaryenów.

Czekaliśmy na niego trzy lata. Sądzę jednak, że okres ten był dobry, bo pozwolił trochę zapomnieć o nieudanym zakończeniu oryginalnej historii. Na nowo wzbudził euforię. Premiera w Polsce odbyła się 22 sierpnia 2022 roku. Kolejne z 10 odcinków pierwszego sezonu umieszczane będą na platformę HBO Max w każdy poniedziałek.

„Moja mama mówiła, ostatnia umiera nadzieja…”

źródło: Ig @houseofdragonhbo

Jesteśmy już po seansie. Podczas oglądania miałam wrażenia, jakbym wróciła do domu po długim czasie. Myślę, że wielu fanów także poczuło nostalgię. Powróciły emocje i rozpaliła się nadzieja, że tym razem fanów nie spotka zawód. Bo pierwszy odcinek rozbudził apetyt na więcej.

To, co zauważamy na pierwszy rzut oka to świetna jakość obrazu, znakomite kreacje i scenografie. Wszystko na najwyższym poziomie. I nie ma w tym nic dziwnego. Budżet każdego odcinka wynosił 20 mln dolarów. Pieniądze widać na ekranie. Przyznaję, zostały dobrze wykorzystywane. Kolejną fenomenalną rzeczą jest świetny casting. Siwowłose postaci rodu smoka zostały idealnie dobrane i już od pierwszych chwil porywają na ekranie. Szczególnie Matt Smith znany, np. z „The Crown”. Obawiano się, że nie podoła on roli zbuntowanego księcia, a jednak. Czekam na kolejne jego wystąpienia.

Znakomitym obrazom towarzyszy oczywiście znana i uwielbiana muzyka uniwersum, która sprawia, że zanurzamy się w ten świat bez reszty. A wraz z muzyką dostajemy reżyserski popis Miguela Sapochnika, którego kunszt poznaliśmy w przypadku Bitwy Bękartów. Ujęci to prawdziwa wirtuozeria tajemniczości i grozy.

Ale pierwszy odcinek to przede wszystkim przemyślany prolog, ekspozycja dalszych wydarzeń historii „Rodu smoka”. Nie dostajemy dużo na tacy, wprowadzający monolog nie przytłacza długością i nie wykłada wszystkiego, co musimy wiedzieć. Potem bohaterowie mówią już sami za siebie. Poznajemy postaci, mamy wrażenie, że coś już o nich wiemy, ale to jedynie zarysowanie ich osobowości. Zauważamy łączące poszczególnych bohaterów relacje i dostrzegamy powoli budowane rozłożenie stronnictw i sił. Ale wszystko odbywa się w zachowawczy sposób, mający wciągnąć w dalszą akcję. Oczywiście na ekranie widać niekrytą brutalność i nagość, ale cóż — to nieodłączna składowa tego świata.

Nad scenariuszem tym razem czuwał sam Georg R. R. Martin. Autor prawdopodobnie nie pozwoli „spartolić” kolejny raz jego ciekawej historii. Przynajmniej fani mają taką nadzieję. Pierwszy odcinek budzi w nas ponowne uwielbienie do uniwersum, daje nadzieję, że wreszcie doczekamy się godnego początkowi serii rozwoju akcji. Miło jest wrócić po latach. Z niecierpliwością czekam na kolejne odcinki. Jeśli będą takie jak pierwszy, możemy śmiało powiedzieć, że prequel należy do udanych.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *