W obrzydliwie bogatym i absurdalnym świecie intryg – recenzja 4 sezonu „Dynastii”

źródło: imdb.com

Ze wszystkich banalnych, niewymagających i płytkich rozrywek zawsze najbardziej lubiłam tracić czas na oglądanie „Dynastii”. Historia rodu Carringtonów ma w sobie wyjątkowy urok, który mi nie pozwala mi odpuścić żadnego sezonu. Każdy z nas lubi bowiem czasem stać się bezczelnym podglądaczem. W tym przypadku podglądamy obrzydliwie bogatą rodzinę, której codzienne życie przepełniają „pałacowe” intrygi. Ze ścian i sufitów kapie złoto i absurd, bohaterowie wyglądają perfekcyjnie bez względu na to czy uprawiają sport, chorują, budzą się, śpiewają czy po prostu miażdżą konkurencje. W skrócie wyjaśniłam już chyba, że ten serial to moje guilty pleasure i obejrzenie najnowszego sezonu było na mojej liście rzeczy do zrobienia w te ciemne dni jesieni.

 

Choć oficjalna premiera 4 sezonu w USA miała miejsce 7 maja 2021 r., to polscy użytkownicy Netflixa mogli zobaczyć go dopiero jesienią. Szczerze powiedziawszy, nie czekałam na niego z zapartym tchem, ponieważ poprzednia seria mocno mnie rozczarowała. Spadek jakości i pomysłowości było widać na pierwszy rzut oka. Byłam przekonana, że tendencja ta się utrzyma. A jednak! Może nie dostałam w stu procentach tego czego chciałam, ale na pewno ponownie nie przeżyłam zawodu. „Dynastia” to ten typ serialu, którego nie obejrzymy w jedną noc z trzęsącymi się dłońmi czekając aż platforma przeteleportuje nas do następnego odcinka. Mnie łącznie zajęło to trzy tygodnie. Bywały momenty lepsze lub gorsze, ale obejrzałam go i powiem więcej, oceniam go pozytywnie.

Przez 22 odcinki wydarzyło się tak dużo rzeczy, że chwilami zapominałam, co wydarzyło się na samym początku. Producenci nie próżnowali i wypełnili każdą sekundę niezwykłą, momentami głupią akcją rozgrywającą się z dużą dynamiką. Przez to, że było tak dużo plot twistów, potrafiłam podczas jednego odcinka koło trzech razy zmieniać stronę, której kibicuję. Moje serce zawsze jednak oddane jest Fallon (Elizabeth Gillies). Bizneswoman wreszcie doczekała się ślubu z ukochanym Liamem. Oczywiście jak zawsze na drodze do ich szczęścia pojawiało się dużo przeciwności, a po zawarciu związku małżeńskiego bohaterka szybko postawiła swoją ambicję i firmę ponad miłość. Ten kryzys moim zdaniem był niesamowicie wymuszony i niepotrzebny, ale z jakichś względów rozumiem, że twórcy nie pozwolą, jakiekolwiek uczucie w tej rodzinie było bajkowe. Bajkowa zdecydowanie nie jest także relacja Blake (Grant Show) i Cristal (Daniella Alonso). I to właśnie te dwie postacie są najsłabszym ogniwem tego sezonu. Obecny Blake to jedynie śmieszna karykatura władczego, brutalnego i przedsiębiorczego bossa z pierwszego serii. Jego rola ogranicza się do marionetki w rękach córki, nieporadnego męża i nawet gdy zaczyna walkę o pozycje senatora, pozostaje w cieniu innych członków rodziny. Cristal zaś po zmianie aktorki jest osobą, która zupełnie nic nie wnosi do serialu. Ilekroć pojawia się na ekranie, mrozi mnie nuda i konsternacja. Kolejną postacią, którą uważam za lekko pokrzywdzoną przez twórców w tym sezonie, jest Adam (Sam Underwood). Choć nie ma się za bardzo do czego przyczepić w jego wątkach, to po prostu ubolewam nad faktem, że momentami tracił swój charakterystyczny pazur i charyzmę. Lubię go jako szaleńca i złoczyńcę. Taka wersja mnie najzwyczajniej w świecie bardziej ekscytuje, a tego teraz znacznie zabrakło.

I tej szarości wymienionych wyżej bohaterów moim zdaniem najbardziej przeciwstawia się mocny, raz będący w sojuszu, raz ze sobą wojujący duet Alexis (Elaine Hendrix) i Dominique (Michael Michele). Starcia tych pań zawsze są pełne komizmu, a ich intrygi i działalność emocjonuje widza. Jak zawsze niezawodna pozostaje także Kirby i Sammy, których spotyka wiele miłosnych zakrętów. Wiem, że w tym momencie popełnię okropny grzech spoilerowania, ale muszę przelać swój żal. Żal ten spowodowany jest uśmierceniem cudownej postaci Josepha Andersa (Alan Dale). Tej tragedii moim zdaniem poświęcono trochę za mało czasu antenowego. Bohater na zawsze pozostanie jednak w moim sercu i z pewnością także w sercach bohaterów. Jako duszek nieustannie towarzyszy on swoim ulubieńcom. To zdecydowanie udany zabieg i mam nadzieję, że będzie kontynuowany w następnych sezonach. Ciekawa jest także w kolejnych odcinkach losów nowej Carringtonówny – Amandy. Obyś namieszała dziewczyno.

Podsumowując pomimo pewnych niuansów, sezon mi się podobał. Pozwala mi wierzyć, że prawdziwy power z pierwszych epizodów jeszcze powróci. Teraz nie pozostaje mi nic innego, jak czekać na już zapowiedziany 5 sezon. Urok „Dynastii” polegający na perfekcjonizmie, idealnych makijażach i fryzurach, sztuczności emocji nie pozwoli mi do niego nie wrócić. Tym bardziej że będę zastanawiać się, czy Fallon przeżyje. I tu taka dygresja ode mnie – jeśli kiedykolwiek mnie ktoś postrzeli, mam nadzieję, że też będę konać w pięknej pozycji, ułożona seksownie z nogą na nogę. Haha.

Jeśli więc chcecie umilić sobie przedświąteczne porządku i tak jak ja lubicie kątem oka coś oglądać, albo po sprzątaniu potrzebujecie po prostu niezobowiązująco relaksu, to zapraszam do oglądania 4 sezonu „Dynastii”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *