Jak nie ziewać oglądając „Zostań przy mnie”? – recenzja nowego serialu Netfliksa

źródło: Netflix

Dostaliśmy intrygę, krew, łzy. A jednak kompletnie nie idzie to w parze z klimatem, emocjami. Co poszło nie tak w nowym serialu kryminalnym Netfliksa?

Ludzie mają tendencję do łączenia się w pary. Każda para jest jednak wyjątkowa. Są związki krótki, ale dynamiczne, te z dłuższym stażem, oparte na zaufaniu i wsparciu. Zdarzają się też te średnio udane, które momentami zaczynają być toksyczne. I choć dzielą ze sobą lepsze i gorsze chwile, to ogólny bilans relacji przynosi więcej rozgoryczenia, niż jest warty. I tak chyba jest ze związkiem Netfliksa z Harlanem Cobenem. W Sylwestra na platformie zagościł już piąty miniserial będący adaptacją powieści amerykańskiego pisarza. Wszystkie moim zdaniem łączy identyczny schemat, który nie pozwala im mocniej zaistnieć w historii gatunku, mimo że nie są to aż tak słabe produkcje. W Polsce szerszym echem odbił się tylko jeden „W głębi lasu”. Myślę jednak, że zainteresowanie, jakie wzbudził, związane było z krztą patriotyzmu. Serial bowiem został wyprodukowany w Polsce, a na ekranie mogliśmy zobaczyć dobrze znane narodowej scenie twarze.

„Zostań przy mnie” niewątpliwie zawiśnie na kilka dni na liście najchętniej oglądanych pozycji na Netflixie, ale nic poza tym. A co poszło nie tak? Ciężko powiedzieć. Serial nie ma rażących błędów, dostajemy intrygę, sekrety, bogatą galerię postaci. Jednak żadna z tych rzeczy nie potrafi mnie porwać. Co ja mówię, ja nawet momentami nie umiałam się skupić, bo gwar ulicy za oknem wydawał mi się znacznie ciekawszą rozrywką. Odnosiłam dziwne wrażenie, jakbym już znała tę historię. Niemal od samego początku wiedziałam, jak się skończy. Nie licząc pierwszego odcinka, który moim zdaniem jest jednym z niewielu mocnych stron tej produkcji.

„Zostań przy mnie” równocześnie przedstawia nam dwa wątki, które nierozerwalnie się ze sobą łączą. Na początku poznajemy Megan Pierce. Typową kobietę z przedmieścia. Tworzy ze swoim partnerem i trójką dzieci wspaniałą rodzinkę. Postanawia po latach wreszcie zalegalizować swój związek. Kiedy wraca z wieczoru panieńskiego, na progu drzwi czeka na nią coś, co da jej znać, że przeszłość, przed którą próbowała uciec, wreszcie ją dogoniła. Kobieta postanawia nie pozostawać bierna wobec losu i powraca do miejsca, w którym wszystko się zaczęło, co ściąga na nią lawinę problemów. Jednoczenie przenosimy się w szeregi lokalnej policji i towarzysząc detektywowi Broomowi, staramy się rozwikłać sprawę tajemniczych zaginięć mężczyzn.

To, czego najbardziej mi zabrakło, to typowy kryminalny klimat, dreszczyk emocji, nerwowe oczekiwanie. Atmosfera świata przedstawionego jest słabo wykreowana i momentami psuta bezsensownymi drobnostkami. Taką pierwszą kującą w oczy rzeczą jest intro. Jak wiele rzeczy w tym serialu jest zbyt przerysowane i melodramatyczne. Chociaż nagrodę za melodramatyczność zgarnie główna bohaterka, do tego rzecz jasna jeszcze dojdziemy.  Za bardzo przerysowana wydaje mi się cała konstrukcja czasoprzestrzenna. Ciągle oglądamy miasteczko oczami innego bohatera. Doświadczamy także jego przemyśleń i wspomnień. Sprawia to, że dość szybko wszystko zaczyna splatać nam się w logiczną całość, a co za tym idzie, brakuje efektu zaskoczenia. A przecież w dobrym kryminale powinniśmy nieustannie gonić króliczka. Żaden wielbiciel gatunku nie chce go dostać na srebrnej tacy.

Najbardziej bolą mnie jednak słabo zarysowane portrety psychologiczne postaci. Choć dużo się o nich dowiadujemy, wszystko zamyka się na słowach. Nie widzimy realnie w ich zachowaniu pewnych rzeczy, nie współodczuwamy. Są one po prostu zbyt płytko stworzone. Ciężko dostrzec jakiś ich rozwój. Przez to w ogóle się do nich nie przywiązujemy. Szczególnie wybrzmiewa to w przypadku głównej bohaterki. Megan, a w zasadzie Cassie, widziałabym bardziej jako tajemniczą femme fatale, igrającą z przeszłością, pogrywającą z mężczyznami. Dostajemy jednak nudną jak flaki z olejem mamusię, która prócz kilku scen nie dostarcza nam żadnych wrażeń. Za to odpokutowuje niewątpliwie drugi plan. Detektyw Broome porywa nas swoją charyzmą, zaangażowaniem. Na jego korzyść działają też wątki słownych przytyków z byłą małżonką, a zarazem partnerką w śledztwie. Ten duet zdecydowanie skradał całą uwagę. Jeśli chodzi o najlepszą kreację psychologiczną, to zdecydowanie najlepiej wypada Ray, były narzeczony Cassie, który boryka się z pewnymi zaburzeniami. Chociaż czasem trudno jest się zorientować w jego flashbackach. W „Zostań przy mnie” mamy naprawdę doświadczoną ekipę aktorską. Nawet tacy fachowcy nie byli w stanie wyciągnąć więcej ze scenariusza.

W oczy kole także parę sprzeczności, niedociągnięć fabularnych, albo rzeczy całkowicie niepotrzebnych. Np. główna bohaterka tak bardzo chce uciec od toksycznej przeszłości, ale prócz zmiany nazwiska i porzucenia dawnych znajomości, nie robi nic w tym kierunku. Myślę, że większość osób w jej sytuacji wyprowadziłaby się co najmniej na drugi koniec kraju. Ale po co, skoro można zostać w okolicy? Poza tym gdy pojawia się mały sygnał z przeszłości, ona wręcz na skrzydłach wraca na stare śmieci. I wytłumaczenie, że robi to dla dobra i bezpieczeństwa rodziny, nie przekonuje mnie. Absurdalny dla mnie pozostaje też wątek pary zabójców na zlecenie. Sama ich rola nie wnosi za dużo do historii. Poza tym są okropnie karykaturalni. Z pewnością był do celowy zabieg, ale moim zdaniem zupełnie nie pasuje on do klimatu grozy kryminałów.

„Zostań przy mnie” jest serialem niesamowicie płytkim. Nie porusza żadnych ważnych problemów społecznych. Choć wplecenie tu takich wątków aż samo się prosi. Wątek mścicielki zabijającej za przemoc wobec kobiet mógłby otwierać dyskusję o tym właśnie zjawisku. Mimo to zostaje on jednak sprowadzony tylko do motywu zbrodni, który w żaden głębszy sposób nie zostaje rozwinięty. Nie da się niczego wynieść z tej produkcji. Może poza powtarzaną od podstawówki ideą, że kłamstwa zawsze wyjdą na jaw.

W ostatnim czasie nastała plaga wiralowych, przeciętnych seriali kryminalnych. Do tej właśnie grupy mogę zaliczyć „Zostań przy mnie”. Przewidywalny, schematyczny, nieatrakcyjny dla oka, niezajmujący. Nie oczekiwałam od niego za dużo, a jednak nie sądziłam, że będę musiała znajdywać sposoby na opanowanie przy nim ziewania. Radzę więc, by związek Netflixa z Harlanem Cobenem udał się na terapię dla par i wreszcie dał nam perełkę, na którą zasługują prawdziwi fani kryminałów.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *