Granice kobiecości. Co jeszcze musimy sobie wywalczyć? – rozmowa z Karoliną Wasielewską

fot.: Karolina Wasielewska

Ponad tydzień temu „Wysokie Obcasy” opublikowały artykuł z badaniami, które rozpoczęły intensywną dyskusję w przestrzeni medialnej. „Sztuczna inteligencja na hasło «lekarz», «inżynier», «prawnik» czy «naukowiec» prędzej wygeneruje coś abstrakcyjnego niż kobietę.” Jej wizerunek pojawia się tam jedynie w 8 procentach przypadków. Dodam coś od siebie. Kiedy piszę ten tekst, Word podkreśla mi większość form żeńskich jako niepoprawne. Cóż… nawet AI odzwierciedla uprzedzenia i ograniczenia umysłowe świata. Jak się okazuje kobiety mają jeszcze długą drogę do przebycia. O tym przy okazji Miesiąca Kobiet z Karoliną Wasielewską, dziennikarką, autorką bloga Girls Gone Tech i książki Cyfrodziewczny: pionierki polskiej informatyki. W kwietniu na księgarnianych półkach pojawi się jej kolejna publikacja – o piłkarkach nożnych.

Karolino, co to znaczy dla Ciebie być kobietą? Czym jest według Ciebie kobiecość? 

Z wiekiem zaczynam dochodzić do wniosku, że bardziej definiuję siebie jako po prostu człowieka niż jako kobietę. To niespodzianka, ponieważ jestem znana z pisania o kobietach, mówienia o kobietach. Ale właśnie celem wszystkiego, co robię, jest sprawienie, że na koniec ta płeć stanie się przezroczysta, żebyśmy byli postrzegani przez pryzmat naszych cech charakteru, tego, do czego jesteśmy zdolni, co możemy zrobić, jak chcemy się przedstawiać światu, a nie jako kobieta i mężczyzna. Ja na przykład nigdy nie miałam poczucia, że jeśli nie spełnię pewnego warunku, nie będę kobietą. Nie miałam założenia, że muszę mieć rodzinę, męża i dziecko. Akurat tak się złożyło, że rodzinę mam. Ale mam wrażenie, że gdyby moje życie miało potoczyło się inaczej, także byłabym szczęśliwa, tylko na inny sposób. Jeśli miałabym zdefiniować kobiecość, musiałabym zrobić to jako przeciwieństwo do męskości, a dla mnie nie ma nic takiego jak cechy kobiece i męskie.

Co dałaby nam ta przezroczystość, o której wspomniałaś? 

W poprzedni wtorek miałam wykład dla naukowczyń i naukowców na Uniwersytecie Warszawskim poświęcony temu, jak atrakcyjnie mówić o kobietach w historii nauki. I jedna z pań z publiczności zapytała, czy to w ogóle ma znaczenie, że w kontekście nauki mówimy o tym, że ktoś jest kobietą czy mężczyzną? Czy to nie wszystko jedno? Przecież odkrycia naukowe nie mają płci. Dodała nawet, że takie działania jak „dziewczyny na politechnikę” nie mają sensu, ponieważ pokazują  kobietom, że potrzebują one jakiegoś specjalnego traktowania. A przecież jeśli ktoś chce, to może.

W odpowiedzi przytoczyłam historię, którą również opowiadam we wstępie do mojej książki Cyfrodziewczyny.  Wyjaśnia ona, dlaczego kiedyś kobiet w informatyce było dużo, a teraz jest ich niewiele i podejmowane są różne działania, aby było ich więcej. Mówimy o amerykańskiej rzeczywistości, bardzo potężnym obszarze biznesu. W latach 60., kiedy okazało się, że IT nie będzie już tylko dziedziną studiów dla hobbystów, zaczęto zastanawiać się, jak rekrutować programistów. Wymyślono, że programista powinien być osobą zamkniętą w sobie, która nie lubi kontaktów z ludźmi, która siedzi w domu i stuka w klawiaturę przez 8 godzin dziennie. Dwaj psycholodzy stworzyli test rekrutacyjny, który zakładał, że ten poziom introwertyzmu jest typowy dla mężczyzn. W efekcie szanse kobiet na pracę w charakterze programistek spadły niemal do zera w firmach, które ten test stosowały, a był on w Dolinie Krzemowej bardzo popularny. W ogóle sprzedawcy komputerów od czasu, gdy na rynku pojawiły się pecety za główny target obrali mężczyzn, bo ci kiedyś mieli zdecydowanie więcej wolnego czasu. To był męski gadżet rozrywkowy. Były też sprzedawane jako zabawki, w dziale dla chłopców, żeby nie było wątpliwości, dla kogo są przeznaczone. Nic dziwnego, że kobiety uznały, że komputery i programowanie nie są dla nich, a co za tym idzie – nie garnęły się do pracy w tej branży.

Wniosek z tej historii jest taki, że przezroczystość sprawia, że będziemy doceniani za nasze osiągnięcia, za to, kim jesteśmy, a nie za bycie mężczyzną czy kobietą. Na razie niestety do tego nam daleko, co skutkuje niższymi pensjami dla kobiet, przemocą ze względu na płeć, dyskryminacją kobiet lub dyskryminacją mężczyzn także w różnych dziedzinach życia. Obecnie dużo się mówi o tożsamości płciowej, która staje się coraz bardziej płynna. Jest wielu ludzi, którzy nie identyfikują się z żadną płcią albo identyfikują się raz z jedną, raz z drugą. I mają pełne prawo to robić. To może przyspieszyć ten proces. W rzeczywistości świat nie jest binarny.

Myślę, że społeczeństwo nie jest na to gotowe. Co Twoim zdaniem musiałoby się stać, żeby zaszły takie poważne zmiany?

Edukacja, edukacja i jeszcze raz edukacja. Działka, którą ja się zajmuję.  Przede wszystkim pokazywanie, że kobiety i mężczyźni naprawdę są tacy sami. Publikując prawie codziennie na moim fanpejdżu historię jakiejś kobiety, przekonałam się, że w rzeczywistości wszystkie różnice, o których mówi się, że kobiety myślą tak, a mężczyźni tak, to nieprawda. Historia pokazuje, że kobiety zawsze były chętne do nauki, rozwoju. A to, że istniały pewne administracyjne przeszkody w postaci zakazu nauki na uniwersytetach, nie oznaczał, że ktoś nie był do czegoś zdolny, tylko że się go do tego nie dopuszczało. Dla społeczeństwa wygodny był układ, w którym jedna płeć zajmuje się domem i dziećmi, a druga robi rzeczy warte uwagi. Moje obserwacje wykazały, że mężczyźni nie zawsze uważali kobiety za gorsze od siebie. Pewnie niektórzy z nich taki, może nawet większość, ale było też wielu, którzy w ogóle nie mieli takiej opinii. To był Platon, który przyjmował kobiety do swojej akademii. To był Voltaire, który domagał się równych praw dla kobiet i promował karierę wybitnej matematyczki, Madame du Chatelet. To był William Herschel, astronom królewski, który uczynił siostrę swoją asystentką, ponieważ nie wyobrażał sobie, by ktoś inny mógł towarzyszyć mu w jego badaniach. Dzięki temu stała się ona pierwszą astronomką, która podpisywała się własnym nazwiskiem pod odkryciami i dostawała za nie pieniądze.

Często mówi się, że kobiety nic nie wynalazły. I tak i nie. Wynalazły znacznie mniej niż mężczyźni, ponieważ po prostu były socjalizowane do innych rzeczy. Ale na przykład zmywarka, z której wszyscy korzystamy, to wynalazek kobiety, który moim zdaniem zasługuje na Nagrodę Nobla.

W tym procesie edukacyjnym ważne jest to, by kobiet nie wybielać. W niektórych kierunkach w feminizmie promowana jest  idea, że kobiety są lepsze od mężczyzn. Rzeczywiście, stereotypowo, na przykład, kobiety są mniej konkurencyjne, bardziej skupione na współpracy. To kwestia wychowania, chłopców wychowuje się do rywalizacji, a dziewczynki do organizacji życia rodzinnego. Więc pewne rzeczy przestaną mieć znaczenie, jeśli zaczniemy wychowywać dzieci tak samo, bez względu na płeć.

Myślę, jednak, że kobiety też są rywalizujące. Mówi się, że największym wrogiem kobiety jest druga kobieta. Jakimi kobietami Ty się otaczasz?

Osobiście się z tym nie spotkałam. Kobiety, które są blisko mnie pochodzą z mojej bańki, wiele z nich jest dziennikarkami, co sprzyja otwartości na świat i aktywności zawodowej. Jesteśmy wolne od myślenia o perfekcyjnie wysprzątanym domu, zadowolonym mężu za wszelką cenę itp. Wynika to też pewnie z mieszkania w dużym mieście. Zdaję więc sobie sprawę, że nie wszędzie tak jest. Tylko raz miałam do czynienia z toksyczną szefową, która nie lubiła kobiet młodszych od siebie. Prócz tego ta rywalizacja mnie nie dotyka, nie odczuwam także konkurowania o mężczyzn. Jeśli już to rywalizujemy ze sobą na rynku pracy na takich zasadach jak mężczyźni.  Myślę, że znowu to kwestia ukształtowania. Mężczyźni są wychowywani na zwycięzców, kobiety na strażniczki ogniska domowego, które mają wzbudzać sympatię. Z drugiej strony, byłam dzieckiem w latach 90., kiedy w Polsce właściwie zaczynał się kapitalizm, wpajano nam nastawienie na karierę. Nie wiem, czy to przygotowało mnie do rywalizacji. Na pewno wyhodowało we mnie gigantyczny perfekcjonizm, z którym staram się walczyć.

Jakich w takim razie kanonów narzucanych na kobiety nie potrafisz zaakceptować?

Wyjątkowo nie podoba mi się ideał matki doskonałej, której dziecko żywi się tylko jarmużem i brokułami, ma same edukacyjne drewniane zabawki. Matki, która nigdy nie podnosi głosu. Nie oszukujmy się, każdy prędzej czy później krzyknie na swoje dziecko. To wzór, który nie wytrzymuje konfrontacji z rzeczywistością. Dziecko nie jest komputerem. To jest człowiek z własnym charakterem i osobowością, w tym również słabościami. Osobiście kocham czekoladę i liczę się z tym, że mój syn też może tak mieć i woleć ją niż ten brokuł.

Drugi to instagramowy ideał piękna, który jest niemożliwy do osiągnięcia. To powoduje, że kobiety trafiają na mur. Bo muszę pracować, ale jestem przemęczona, bo mam swoje słabości i nie zawsze mam ochotę na zielony koktajl, czasami chcę chipsy. Mężczyźni też nie mają lepiej pod tym względem. Facet zawsze ma być wspaniały, zarabiać dużo pieniędzy. A nie każdy chce i może zostać milionerem.

Ale z drugiej strony, młode dziewczyny, dzisiejsze nastolatki, dorastają patrząc na takie wzorce promowane przez media społecznościowe. Jak pokazać im, że nie muszą do tego dążyć?

Zdecydowanie trzeba zacząć bardzo wcześnie. Badania pokazują, że 8-letnie dziewczynki nie czują się gorsze od swoich kolegów. Nie mają poczucia, że matematyka jest dla chłopców albo nie zostaną astronautkami. Jednak już 12-letnie dziewczynki zaczynają odbierać społeczne komunikaty o tym, co jest kobiece a co nie, że coś wypada, a coś nie. I ich pewność siebie się zmniejsza.

Tu bardzo dobrą robotę, wartą naśladowania robi Kosmos dla Dziewczynek. Ważne by, jak najszybciej dotarł do nich przekaz,  że jesteś tak samo dobra, jak chłopcy, nie jesteś zobowiązana do niczego. Jeśli chcesz się malować, będziesz się malować. Jeśli chcesz chodzić bez makijażu, w porządku. Jeśli chcesz mieć męża i dziecko, miej. Jeśli nie chcesz, nie miej. Jeśli chcesz być modelką, super, zostań. Jeśli chcesz być astronautką, pewnie. Powinno się także pozwolić dziewczynkom robić pewne rzeczy po swojemu i może nawet popełniać błędy. Do niedawna uważałam, że fakt zabawy lalkami Barbie pewnie mi zaszkodził. Z powodu nierealistycznego wyobrażenia o pięknie i tak dalej. Prawdopodobnie tak. Z drugiej strony Barbie wykonuje wszystkie możliwe zawody świata i do tego robi to z uśmiechem na ustach. Było to  dla mnie odkryciem, bo większość ludzi, których wtedy obserwowałam, strasznie cierpieli, bo musieli iść do pracy. Barbie pokazała mi zatem, że praca może być przyjemnością i sposobem na samorealizację, a nie męką. Dlatego dyskredytowanie pewnych stereotypowych zainteresowań dziewcząt czy ich zabawek też nie jest dobrym kierunkiem, bo te zainteresowania i zabawki nie są w niczym gorsze od aut i klocków, i nigdy nie wiadomo, do czego nas zaprowadzi zabawa.

I myślę, że dziewczyny również powinny otworzyć się na to, że naprawdę nie muszą spełniać żadnych oczekiwań. Nie muszą być kobiece i podobać się chłopakom.

A jaką Ty byłaś dziewczynką?

Pasjonatką lalek Barbie, jak już wspomniałam. To była zabawka z Zachodu, która autentycznie zmieniła moje życie w szarej końcówce PRL-u. Pierwszą przywiozła mi babcia z zagranicy, kiedy miałam 2 lata. To był przełom, bo zobaczyłam dorosłą kobietę, która nie jest zawsze zmęczona, która się uśmiecha, która jest dobrze ubrana i która ewidentnie dobrze się bawi. Byłam też dziewczynką dość ciekawą świata, dużo czytającą. Uwielbiałam również kontakt z naturą, spacery, bycie w ruchu, za co jestem wdzięczna moim rodzicom, bo oni właśnie byli miłośnikami spacerów i turystyki, i dzisiaj na przykład nie jest dla mnie rozrywką siedzieć przez półtorej godziny ze smartfonem w ręku. Byłam czasami trochę nieśmiała wobec moich rówieśników. Wejście w nowe środowisko było dla mnie stresujące. Ale zawsze z czasem udawało mi się poznać fajną ekipę.

To jak z ciekawości odebrałaś po latach film Barbie?

Teraz popularna jest dyskusja o tym, że Barbie przegrała wyścig oscarowy z Oppenheimerem. Ale Oppenheimer to naprawdę genialny film opowiadający o jednej z najważniejszych historii we współczesnych dziejach ludzkości. Trudno jest więc te dwa filmy porównywać i niedziwne, że Barbie tę rywalizację przegrywa. Ten film to dla mnie opowieść o tym, czego mnie Barbie nauczyła i o byciu sobą, o byciu szczęśliwym na swój własny sposób. Fajnie, że firma Mattel nie boi się żartów na własny temat. To była trochę podróż sentymentalna. Z drugiej strony mam wrażenie, że to film adresowany do młodszych osób ode mnie, nastolatek i może być dla nich takim ABC feminizmu. Jedna z amerykańskich feministek napisała po seansie, że normą jest przyjść do domu dorosłego faceta i zobaczyć Lego, czołgi itp., ale jeśli znalazłoby się u kobiety lalki, to już dziwne. Panowie mają prawo do kontynuowania swoich hobby. Widać to choćby po liczbie filmów Marvela. A tu wreszcie coś dziewczyńskiego. Wszyscy mamy przecież prawo do powrotu do swoich dziecięcych imaginariów. Uprawomocniło to Barbie jako ważną ikonę popkultury.

Która z opisanych przez Ciebie czy to w książkach, czy to na blogu historia wywołała na Tobie największe wrażenie? 

Tych historii jest mnóstwo. Jeśli chodzi o moją pierwszą książkę, to będzie to historia Elżbiety Jezierskiej Ziemkiewicz, konstruktorki komputerów, która w latach 70. pracowała w zespole Jacka Karpińskiego. Był to zespół programistyczno-konstruktorski. Realizował on wyjątkowo nowatorskie pod względem technologicznym projekty i w związku z prześladowaniami politycznymi, najpierw Jacka, potem Elżbiety, te projekty nigdy nie osiągnęły pełnej formy w polskiej rzeczywistości. Dodatkowo z lekką ręką wówczas nasze państwo pozbyło się Elżbiety, która po prostu wyjechała do Francji, bo w Polsce nie czekało na nią nic ważnego. Jej problemy potęgowało także wspieranie Solidarności.

I było mi smutno, że kobieta, która była tak wybitna, tak unikalna w swojej dziedzinie, została przez Polskę tak łatwo wykreślona. Miałam okazję ją poznać. Jest ona ciepłą, dobrą osobą. W tamtym zespole pracowała także ze swoim mężem. Byli w sobie bardzo zakochani, robili razem ciekawe rzeczy, więc to przy okazji opowieść o pięknej miłości. Elżbieta była bardzo wyjątkowa, lubiła tańczyć, nawet podczas internowania motywowała kobiety do działania i prowadziła z nimi zajęcia z baletu. Niezłomna postać.

Teraz, 17 kwietnia, ukaże się moja druga książka, tym razem o kobietach w piłce nożnej. Jest tam taka znana historia o jednej z nielicznych polskich piłkarek, która w ogóle pokazywana jest w mediach. Mowa o Ewie Pajor, dziewczynce z bardzo małej wsi, która miała wszelkie warunki, żeby na tej wsi pozostać i większej kariery nie zrobić. Ale ktoś zauważył ten jej sportowy talent, jej pierwszy trener i nauczyciel wychowania fizycznego. Oszlifował diament i sprawił, że dziewczyna poszła w świat. Dzisiaj regularnie gra w finale Ligi Mistrzyń, w jednym z najlepszych niemieckich klubów kobiecych, VfL Wolfsburg. To też dla mnie przykład kogoś, kto nie poddał się oczekiwaniom, o których wcześniej rozmawiałyśmy. Pytana o cele w życiu, mówi, że uwielbia strzelać gole.

Co sprawiło, że jako drugie na tapet postanowiłaś wziąć piłkarki? 

To nie przypadek, po prostu interesuję się piłką nożną, zarówno męską, jak i żeńską. Cyfrodziewczyny były pokłosiem bloga na temat kobiet w świecie technologii. A tutaj połączyłam hobby z tym, czym zajmuję się zawodowo. Zaczęło się od wysłuchania audiobooka,  autobiografii Enioli Aluko, świetnej napastniczki reprezentacji Anglii, która grała dla Chelsea, a potem dla Juventusu. Opisywała tam ona typowe dla tego światka przypadki, czyli grę dla wielkich klubów połączoną z marnymi pieniędzmi. Ona musiała dodatkowo zarabiać jako prawniczka, bo nie była w stanie utrzymać się ze sportu. Kluby padają z braku sponsorów, a wobec kobiet nagminnie stosowana jest dyskryminacja. Pomyślałam sobie, że tak znacząca osoba miała fatalne przejścia, przez co w takim razie muszą przechodzić polskie piłkarki? Zaczęłam więc z nimi rozmawiać.

Trafiłam przy okazji na ciekawy moment, kiedy zainteresowanie kobiecą piłką gwałtownie przyspiesza, piłkarki powoli zaczynają więcej zarabiać i być bardziej rozpoznawalne. Trzy lata mojego pisania to czas dynamicznych zmian. Kiedy zaczynałam nie było tak, że w reklamie obok piłkarzy występuje piłkarka. Teraz w reklamie Laysów pojawiła się obok Messiego i Pogby, holenderska piłkarka Lieke Martens. Można krytycznie powiedzieć, że to syndrom smerfetki (“syndrom smerfetki” jest wtedy, kiedy w grupie samych mężczyzn mamy jedną kobietę, której obecność pozwala autorom/organizatorom bronić się przed zarzutami dyskryminacji), ale z drugiej strony to odzwierciedla pewne tendencje. Krok do przodu. Otwierasz stronę PZPN i po jednej stronie masz Roberta Lewandowskiego, a po drugiej Ewę Pajor. Chociaż ten postęp  przysporzył mi więcej roboty, bo musiałam zmienić cały wstęp i zakończenie.

A jakie są Twoje osobiste doświadczenia z dyskryminacją, z pozycją kobiet w naszej branży, czyli w mediach, dziennikarstwie? 

Bardzo bym chciała, żeby w naszej branży i w ogóle na polskim rynku pracy była przejrzystość płac. Mam dość tego, że w Polsce pieniądze są tematem tabu i że właściwie zawsze, gdy ubiegasz się o pracę, słyszysz pytanie, ile chciałbyś zarobić. Więc mówisz jakąś kwotę, sugerując się zazwyczaj tym, ile zarabiałeś w poprzednim miejscu pracy. I nigdy nie wiesz, czy mówiąc brzydko się sfrajerzyłaś, czy wynegocjowałaś gwiazdorski kontrakt. Póki tego nie wiemy, nie jesteśmy w stanie dokładnie określić skali dyskryminacji płacowych. W mojej poprzedniej firmie, czyli w Agorze z wewnętrznych badań wyszło, że waha się to tam na poziomie 6-7%. Kiedy zaczęłam swobodnie rozmawiać z innymi o moich dochodach, wydawało mi się, że zarabiamy mniej więcej podobnie. Może dotyczyło to innych działów. To nie znaczy jednak, że różnice nie istnieją.

Panuje nadal przeświadczenie, że mężczyzna w radiu brzmi znacznie bardziej wiarygodnie. Kobieta jak już chce tam pracować, musi mieć z natury niski głos. Ja akurat mam to szczęście, ale ile świetnie nadających się do zawodu kobiet nigdy nie dostało tej pracy tylko przez swój zbyt wysoki głos. Jeśli spojrzymy na ludzi pracujących w telewizji w Polsce, mam na myśli zarówno mężczyzn, jak i kobiety, można zauważyć znaczną różnicę między naszym TVN a BBC albo CNN. W BBC nikogo nie dziwi, że prezenter ma siwe włosy, jest trochę otyły i widać, że dawno przekroczył 40 lat. Nic nadzwyczajnego ani niecodziennego. W naszym kraju jednak nadal zależy nam na tym, aby ludzie na ekranach byli piękni i młodzi. I mam wrażenie, że kobiety, jeśli nie są naprawdę wybitne jak Monika Olejnik, mogą nie znaleźć swojego miejsca. A to nie branża, w której powinna liczyć się uroda, tylko kompetencje.

Jeśli chodzi o moje osobiste doświadczenia, to zaczęłam pracować, kiedy miałam 21 lat. Pracowałam w „Antyradiu”, w którym przez jakiś czas byłam jedyną kobietą na antenie. I czułem swego rodzaju pobłażliwość ze strony moich kolegów, dopóki nie udowodniłem im, że jestem dobra. Do tej pory naprawdę nie wiem, czy to dlatego, że byłam kobietą, czy dlatego, że byłem po prostu młoda i niedoświadczona. Nieważne, jaka była przyczyna. Nie sądzę, że powinno do tego dochodzić. Jeśli oczekujemy, że ktoś młody do nas dołączy, będzie się rozwijał, w pewnym momencie będziemy pracować jak równy z równym, to nie możemy traktować tej osoby jak głupiego smarkacza.

Poza tym nie doświadczyłam niczego gorszego. Jednak to, że mnie to nie spotkało, nie oznacza, że tego problemu nie ma. Niestety, znam wiele przypadków kobiet, które nie miały tyle szczęścia. Jestem całym sercem po ich stronie i zawsze wierzę osobie, która jest poszkodowana. I zawsze stanę w jej obronie, nawet jeśli nie mogę się utożsamić z pewnym doświadczeniem.

Co sprawia, że jesteś tak zaangażowana w edukację, a Twoja praca ma misyjny charakter?

Tak zostałam wychowana. Moja mama, która teraz jest na emeryturze, przez wiele lat była nauczycielką i bardzo angażowała się w swoją pracę. Nie tylko w przekazywanie wiedzy z określonej dziedziny, ale także w słuchanie swoich uczniów, w udzielanie im pomocy. Dla wielu z nich była powiernicą. Było to dla mnie dziwne, ponieważ ja traktowałem moich nauczycieli jako osoby, które po prostu mają pewne wymagania wobec mnie. Lubiłam niektórych z nich, innych nie, ale nie miałam super emocjonalnej relacji z nimi.  Miałam wrażenie, że to może wywołało we mnie poczucie, że praca powinna służyć do czegoś więcej. To nie tylko zarabianie pieniędzy. Przez lata obserwowałam, jak traktowane są kobiety, jak się o nich mówi. I zobaczyłam, jak realnym zjawiskiem jest dyskryminacja. Zarówno zarabiają mniej, jak i są warunkowane do grania ról, których nie chcą. Postanowiłam bliżej się temu przyjrzeć. No i wisienka na torcie, jestem kobietą w Polsce. A sytuacja tu pozostawia wiele do życzenia. Kwestia aborcji, która nie została dotąd rozwiązana. Kwestia in vitro, którą uregulowano dopiero niedawno. Teraz po prostu wiemy, że państwo może być przeciwko nam, że musimy walczyć o nasze prawa. Tak więc, myślę, że to nie tylko kwestia mojej wrażliwości, ale po prostu obserwacji rzeczywistości wokół mnie.

Wchodząc w temat tych dyskusji politycznych, trochę społecznych, jaka jest Twoja opinia na temat feminatywów?

Używam ich i nie mam z tym problemu. Dla mnie dyskusja na ten temat jest absurdalna. To ponownie pokazuje, że jeśli pewne rzeczy dotyczą kobiet, są podejrzane. Rada Języka Polskiego jednoznacznie wypowiedziała się, że skoro feminatywy powstają poprzez dodanie do rzeczownika żeńskiej końcówki, to są poprawne i tworzy się je zgodnie ze sztuką. Najbardziej bawi mnie, to gdy osoby pracujące w korporacjach i używające na co dzień słów takich jak focusować czy challengować, wracają do domu i nagle mówią, że feminatywy im przeszkadzają. Przeszkadzają, bo są narzędziami prowadzącymi do większego równouprawnienia, a oni są mu przeciwni. Nikomu nie przeszkadza forma żeńskie jak nauczycielka, fryzjerka, bo przyzwyczaiłyśmy się do faktu, że istnieją takie zawody, które po prostu kobiety wykonują. A nagle, gdy mowa o architektce czy chirurżce  – o Boże, jak strasznie to brzmi. Nie każde słowo musi nam się podobać. Nie lubię wielu słów w języku polskim, ale to nie oznacza, że są one złe. Tym bardziej, że przez ten opór do feminatywów dochodzi do absurdów. Jest taka reklama, w której pani mówi: Jestem międzynarodowym specjalistą w stylizacji paznokci i autorką książek. Brzmi, jakby mówiła o dwóch różnych osobach.

Nie rozumiem tego oporu. Uważam, że rzeczownik męski nie jest neutralny. Jest męski. Granice mojego języka są granicami mojego świata.

To jak w takim razie podchodzisz do święta typu Dzień Kobiet czy Międzynarodowy Dzień Kobiet i Dziewcząt w Nauce? 

Takie dni są bardzo potrzebne. Pokazują, że te kobiety istnieją i robią rzeczy, o których często nawet nie śnimy. Kiedyś był to po prostu dzień, gdy panie dostawały kwiaty. Teraz przez cały marzec mówimy o prawach kobiet, o tym, co mamy jeszcze do wywalczenia, a to jest bardzo ważne, bo mało się o tym pamięta przez resztę roku. Obalamy to, że np. kobiety w nauce nic nie osiągnęły. I rada dla panów, Wy też obchodzicie Dzień Mężczyzny, może warto wtedy także coś światu zakomunikować. Bo również macie przed sobą jeszcze pewną drogę do przebycia.

Czego więc życzysz kobietom w tym dniu? 

Żeby były sobą i nie robiły tego, co oczekują od nich inni. Żeby znalazły w sobie odwagę. Myślę, że życzyłabym im widzenia sojuszniczek i przyjaciółek w innych kobietach, bo jak wspomniałaś, nie zawsze tak jest. A jest znacznie łatwiej, kiedy kobiety współpracują ze sobą. I również życzyłabym im, by miały wokół siebie mądrych mężczyzn. Mądrych mężczyzn jest wielu i mądrzy mężczyźni lgną do mądrych kobiet. Ich obecność wspaniale nas uzupełnia. Spełniajcie marzenia.

Miesiąc Historii Kobiet, który obchodzimy co roku w marcu to czas przypominania i głośnego mówienia o naszych prawach. Tych, które już udało nam się wywalczyć i tych, które jeszcze musimy światu wydrzeć. Kobiety, redakcja CDN… życzy Wam, by był to dla Was wyjątkowy miesiąc. Zadbajcie o siebie, o swoje siostry i przyjaciółki. Pamiętajcie, że jesteście wyjątkowe. Wszystkiego najlepszego!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

czternaście − osiem =