02/05/2026

CDN

TWOJA GAZETA STUDENCKA

Pomniki są nudne. Najciekawsze są postacie, o które ludzie się spierają, czyli wywiad z Dorotą Karaś i Markiem Sterlingowem

13 min przeczytania

grafika: Paulina Kozień i Eden Król, fot. Martyna Niećko

Na spotkaniu autorskim z Dorotą Karaś i Markiem Sterlingowem pytaliśmy, czy istnieje reportaż doskonały. Ale może właściwsze byłoby inne pytanie: czy istnieje duet doskonały? Ta dwójka zdecydowanie zbliża się do takiego wzoru. Widać to nie tylko w ich scenicznej energii, lecz przede wszystkim w jakości wspólnych książek. Na kilka dni przed premierą najnowszej z nich „Chłodni, czyli grzejni” opowiedzieli nam, kto w ich relacji pełni którą rolę, jak patrzą dziś na zawód dziennikarza, jak wyglądają kulisy ich pracy i o jakich bohaterach lubią pisać.

Na swoim Instagramie napisała Pani: „Gdyby dziś staż zaproponował mi „The New Yorker”, pewnie bym się ucieszyła. Ale nie zrobiłoby to na mnie takiego wrażenia jak zaproszenie na praktykę w dziale reportażu „Gazety Wyborczej” w 1999 roku.”  Kim była tamta młoda kobieta, dopiero na progu swojej kariery, a kim jest Pani dziś? Czym różnią się te dwie Doroty? 

Dorota Karaś: Pracowałam wtedy w gdańskiej „Wyborczej”. Każde wydanie było wtedy pokaźnych rozmiarów, niczym książka. Gazeta publikowała mnóstwo tekstów, w tym świetne reportaże. Czytałam je i rozpoznawałam już nazwiska autorów – Hugo-Badera, Szczygła, Piotra Lipińskiego, Lidii Ostałowskiej. Ta redakcja była dla mnie absolutnym wyznacznikiem jakości.

Kiedy pojawiła się możliwość wyjazdu na staż i uczenia się od ludzi, którzy tych reporterów wychowali – zwłaszcza od Małgorzaty Szejnert – była to dla mnie ogromna szansa. Wtedy wszyscy jeszcze pracowali w redakcji, nie było pracy zdalnej, więc można było podpatrywać warsztat, zobaczyć, jak pracują z bliska.

A dziś… z pewnym zdziwieniem obserwuję, że to ja jestem po tej drugiej stronie i prowadzę zajęcia z pisania reportażu. To dla mnie wciąż trochę niepojęte.

A Pan? Jak różni się Marek Sterlingow, który zaczynał, od tego dzisiejszego?

Marek Sterlingow: Miałem szczęście zaczynać w czasach, kiedy zawód dziennikarza miał prestiż i był dobrze płatny. Dzięki temu nie pisałem dla pieniędzy, bo dużo zarabiałem. Dziś jest inaczej. Każdy tekst muszę rozważyć pod kątem opłacalności. To bardzo frustrujące.

„Gazeta Wyborcza” dawała mi kiedyś prawdziwy dobrobyt pod kątem szukania własnych tematów i przeżywania dziennikarskiej przygody. Chciałem zobaczyć wojnę, inne kraje, wejść w miejsca, do których normalnie się nie trafia i to robiłem. Dziennikarz ma tę niezwykłą możliwość poznawania świata. Do dzisiaj ją mam, tylko teraz ciągle muszę myśleć, czy mnie na to stać. Czasem chciałbym napisać świetny reportaż, ale wiem, że za te pieniądze nie utrzymam się nawet pół miesiąca.

Czy w takiej sytuacji pojawia się myśl, żeby robić coś zupełnie innego?

Dorota Karaś: Gdybym miała dziś doradzić młodszej sobie, pewnie wybrałabym bardziej praktyczne studia, może medycynę albo jakąś inżynierię na politechnice, choć to niekoniecznie współgra z moimi wrodzonymi zdolnościami. Z pewnością byłoby to coś, co daje konkretny zawód.

Marek Sterlingow: Ja z kolei mam poczucie, że ciągle mam jeszcze co w moim zawodowym życiu próbować, odkrywać. Teraz myślimy o scenariuszach filmowych. Zbieramy historie, a z nich powstają książki, ale mogą też powstać filmy. Zaczęliśmy współpracę z producentem i to jest fascynujące, bo to zupełnie inny świat. Trzeba go zrozumieć na nowo. Ale jest w tym też coś ekscytującego i nie ukrywajmy to branża, która potrafi być dobrze płatna. Mam dziś większą ochotę pisać scenariusze niż oglądać cudze. Ciągnie mnie bardzo do tej branży.

Z jakim pomysłem wchodzą Państwo w świat filmu?

Marek Sterlingow: Z serialem o Jerzym Urbanie. Prace nad nim na chwilę zawiesiliśmy przez nadmiar prowadzonych równolegle projektów, ale mam nadzieję, że jeszcze do tego wrócimy.

Urban to postać bardzo kontrowersyjna, przez wielu postrzegana wyjątkowo negatywnie. Większość osób, które go kojarzą, ma na jego temat swoją wyrobioną opinię.  Czy łatwiej pisać o bohaterach „pomnikowych”, czy raczej o tych bardziej niejednoznacznych, o złożonej osobowości i nierzadko rysie zła?

Dorota Karaś: Nie ma nic gorszego niż pisanie o postaciach pomnikowych. To po prostu nuda. Dla dziennikarza pisanie żywotów świętych  nie jest ciekawe. Najbardziej fascynujące są postacie kontrowersyjne, o których ludzie mają różne zdania. Urban jest właśnie takim przykładem. Im ciekawszy bohater, tym ciekawsza jest też moja praca.

Marek Sterlingow: Dziennikarstwo to nie tylko spektakularne efekty końcowe w postaci promowanych głośno książek, ale przede wszystkim żmudna praca nad słowem pisanym. Jak wiele można napisać o przysłowiowej „dobrej babci”? Urban był za to wyjątkowo „złą babcią”, ale dzięki temu fascynującą postacią. Gdy temat, a co za tym idzie bohater, cię wciąga przestajesz myśleć kategoriami pragmatycznymi, jak choćby już dziś wspominane pieniądze. Wtedy zaczyna być to niejako misja.

Dorota Karaś: Podobnie było z Anną Walentynowicz. W podręcznikach przedstawia się ją jako bohaterkę bez skazy, dzięki której wybuchł strajk, powstała Solidarność, Polska obaliła komunizm. Nas zainteresowało coś innego. Nie wspaniałość i odwaga, a pęknięcie w jej życiorysie. Walentynowicz przez całe życie ukrywała swoje ukraińskie pochodzenie, swoje rodzeństwo, przekłamała biografie rodziców.

Marek Sterlingow: W dużej mierze bardzo świadomie wykreowała swój wizerunek. Przez wiele lat była też działaczką komunistyczną, na stronę opozycyjną przeszła dopiero później. Ale jak to często bywa, chcemy pamiętać tylko określone fragmenty swojej historii, te korzystniejsze. Nie chcieliśmy ująć w naszej książce tego w napastliwy sposób, a z dużą dawką wybaczenia, zrozumienia, z refleksją na temat też nas Polaków. Na ile w tym było lęku, a ile realiów tamtych czasów?

Czego można się o sobie samym dowiedzieć, pisząc biografie takich osobistości?

Dorota Karaś: Przy każdej z postaci znajdowaliśmy coś, co jest dla nas ostrzeżeniem albo lekcją. Na przykład przy Urbanie zobaczyliśmy pewien wzór: czasem warto robić coś inaczej niż wszyscy. Powielając schematy innych, giniemy w tłumie. Dobrze jest szukać innych dróg, alternatywnych spojrzeń na problem, dodatkowych ścieżek. W dziennikarstwie to szczególnie ważne.
A przy Małgorzacie Szejnert zdałam sobie sprawę, że to jak wiele wymagała od siebie i od innych, jest dobrą metodą na sukces. Z drugiej strony koszt tego potrafi być bardzo duży. Jej brat powiedział nam, że dla niej najważniejsza jest praca i to jasno podkreśla ścieżkę, na którą się zdecydowała.

Marek Sterlingow: Przy Walentynowicz odkryłem ogromną siłę uporu. Niezależnie od tego, czy ma się wykształcenia, czy nawet czasem rację, jeśli ktoś się czegoś uparcie trzyma, może zajść bardzo daleko.
Na temat Szejnert mam podobne refleksje, myślę o jej postępowaniu w kontekście rodzicielstwa. Każdy chce być przecież dobrym rodzicem, ale kim jest taki dobry rodzic? To może wbrew pozorom właśnie ktoś bardzo wymagający, stawiający wysoko poprzeczkę, oschły? Tak Szejnert „wychowywała” swoich uczniów. Choć kilku z nich przez taką presję się poddało, wielu odniosło spektakularny sukces. Ja akurat mam miękkie serce i nie potrafiłbym taki być, ale niewątpliwie jest w tym jakaś metoda.

Jakie są Państwa pierwsze wspomnienia związane z cesarzową reportażu Małgorzatą Szejnert?

źródło: Wydawnictwo Znak

Dorota Karaś: Na początku naszej nowej książki, opisujemy dwie zabawne anegdotki o tym. Kiedy przyjechałam na staż do Warszawy, napisałam reportaż o kobiecie potrzebującej pomocy, zlecony właśnie przez Małgorzatę. Tekst wywołał ogromny odzew, ludzie z całej Polski zaczęli przysyłać wsparcie, a mnie za to bardzo w redakcji doceniono. Potem okazało się, że ta kobieta była oszustką. Nikt nie miał do mnie pretensji. Małgorzata po prostu wysłała inną reporterkę, żeby jeszcze raz sprawdziła sprawę i opisała ją od nowa. Ale moja sława bystrej reporterki skończyła się bardzo szybko.

Marek Sterlingow: Ja z kolei po trzech tygodniach pracy dostałem zadanie napisania reportażu o katastrofie statku. Napisałem tekst o dzielnych marynarzach. Miałem swoje kontakty w Norwegii, z łatwością pozyskałem więc wiele informacji. To był temat rzeka, wykraczający poza ramy zwykłego newsa. Podjąłem się tego zadania, ale efekt był średniawy. Szejnert przeczytała i powiedziała w skrócie: to nie o to chodzi. Prawdziwy temat to zaniedbania armatora. Przydzieliła mi doświadczoną reporterkę, która przerobiła tekst. I to była dla mnie ogromna lekcja, ale cóż … byłem świeżakiem.

Pisanie książki o Szejnert podczas spotkania autorskiego humorystycznie określili Państwo jako „półtora roku męki pańskiej”. Czy pisząc o kimś tak świadomym mechanizmów opowieści, mieliście poczucie, że ona trochę „reżyseruje” swój własny portret?

Dorota Karaś: Półtora roku przy tak cienkiej książce to rzeczywiście długo, ale przy poprzednich biografiach pracowaliśmy nawet po trzy lata.

Marek Sterlingow: Małgorzata trochę „reżyserowała” naszą pracę w tym sensie, że nie była łatwą rozmówczynią. Zmuszała nas do myślenia, do intensywniejszej pracy intelektualnej, do szukania nowych pomysłów, by posunąć się naprzód. Nie była superwspółpracująca, ciągle dostępna i wyjątkowo otwarta. Choć dostając ten projekt, myśleliśmy, że będzie to bułka z masłem i sama przyjemność – trzy miesiące i mamy dobrą książkę. Ona za to robiła wszystko, żebyśmy musieli stawać na wyżynach swojej kreatywności, talentu, warsztatu. Ostatecznie jednak jesteśmy bardzo zadowoleni z tej książki.

Jak to jest być dziś po tej drugiej stronie, kiedy młodsi dziennikarze patrzą na Państwa jak na mistrzów?

Dorota Karaś: Ja się w ogóle nie czuję mistrzynią. Zresztą nawet sama Szejnert kategorycznie nie zgadzała się, żeby książka o niej miała tytuł „Mistrzyni i Małgorzata”, choć nam wydawał się naprawdę świetny. W dziennikarstwie nie tworzymy hierarchicznych struktur, staramy się na co dzień skracać dystans między sobą. Dlatego nie nazwałabym w ten sposób nigdy swojej roli.

Marek Sterlingow: Mówi się, że jesteś tak dobry, jak twój ostatni tekst. Piszesz latami. Przychodzi młody reporter, napisze świetny artykuł i nagle to on jest najlepszy. Tak działa ten zawód. Trudno więc – jak już powiedziała Dorota – utrzymać tu sztywne hierarchie.

Oczywiście wiek czy doświadczenie czasem budzą pewien respekt, ale w dziennikarstwie nie chodzi o to, by stawiać się ponad innymi. Starsze pokolenia dziennikarzy nieraz zastanawiają się, co przyniesie nowa fala – a ona zawsze w końcu nadchodzi. My też kiedyś nią byliśmy, i to w czasach wielkiego przełomu. Nasze dziennikarstwo było wtedy inne, ale inne jest również to dzisiejsze, w dużej mierze kształtowane przez technologię. Dlatego niewielu ludzi w tym zawodzie czuje potrzebę nazywania siebie mistrzami. Ten zawód po prostu tak nie działa.

Choć namiastkę tego widziałam już na scenie, nadal jestem bardzo ciekawa Państwa relacji. Kto z was częściej „schładza” teksty, pomysły, a kto „ogrzewa”?

fot. Martyna Niećko

Marek Sterlingow: Kiedyś byłem gigantycznym optymistą. Idąc na spotkanie, miewałem poczucie, że mój rozmówca na starcie opowie mi wszystkie swoje sekrety, a reportaż prawie sam się wtedy doskonale ułoży. A Dorota wtedy bywała dla mnie taka ochładzająca, przygaszająca mój nieposkromiony entuzjazm swoim pragmatyzmem. Po latach jednak to się wyrównało, mamy większy balans między naszymi charakterami. Nadal się dobrze uzupełniamy. Dorota dba o język, a ja o zgrabny dowcip w odpowiednim momencie.

Dorota Karaś: Przy tak długiej pracy nad danym projektem, oboje przechodzimy przez różne fazy, lepsze i gorsze, więc dobrze robić to z kimś, z kim możesz wspólnie poszukiwać rozwiązań, gdy kończy się wena. Przechodzimy przez to w tym momencie. Jesteśmy na etapie zbierania materiałów, mamy świadomość, że temat jest świetny i dobrze z nami rezonuje. Natomiast nadal brakuje nam na niego naprawdę mocnego pomysłu. Niczego jeszcze nie napisaliśmy, efekt końcowy więc nawet nie rysuje się na horyzoncie. Emocje są więc nieco schłodzone. Rozgrzewają nas najbardziej zawsze momenty przełomowe, np. ekskluzywne informacje, jakie odkryjemy i wtedy wszystko się rozpala.

Książki, o których rozmawialiśmy na spotkaniu autorskim wydawane są z okazji jubileuszu dziewięćdziesięciolecia Małgorzaty Szejnert. Gdyby Państwo też kiedyś świętowali w ten sposób okrągłe urodziny i ktoś postanowiłby napisać o Was książkę, to jaki nosiłaby tytuł? 

Dorota Karaś: To bardzo trudne pytanie. Tytuł zwykle powstaje na końcu pracy, kiedy już zna się materiał. Ewentualnie, kiedy w trakcie ma się magiczne oświecenie. Nie może być zbyt patetyczny, ale też nie powinien być głupi czy frywolny. Może Marek miałby lepszy pomysł…

Marek Sterlingow: (śmiech) Powiedziałaś to z taką nadzieją w głosie, jakbyś liczyła, że ja mam gotową odpowiedź. A ja nawet nie zacząłem wymyślać, bo chyba bym się zbyt bał takiej książki. Z perspektywy mojego wieku, powiem po prostu – obojętnie.

Dorota Karaś: Niech przyszli autorzy nad tym popracują, niestety nie podpowiemy im. Ciekawe, czym nas zaskoczą.

Dorota Karaś i Marek Sterlingow – reporterzy, którzy od lat opisują świat w sposób wnikliwy i poruszający, a ich historie to te, które zostają z czytelnikiem na długo. Oboje wywodzą się z „Gazety Wyborczej”. Dorota z redakcją pożegnała się niedawno. Marek był także korespondentem wojennym w Afganistanie oraz do 2016 roku pracował w Radiu Gdańsk. Na swoim wspólnym pisarskim koncie mają takie pozycje jak: „Walentynowicz. Anna szuka raju”, „Urban. Biografia”. Ich najnowszym dziełem jest „Chłodnia, czyli grzejnia” – wywiad rzeka z Małgorzatą Szejnert. 

Redaktorka naczelna, szefowa działu Wywiad i Reportaż, koordynatorka ds. współpracy medialnej. Dziennikarka i specjalistka ds. komunikacji, związana z mediami i projektami wydawniczymi. Doświadczenie zdobywała przy realizacji projektów medialnych oraz w pracy nad treściami informacyjnymi i wizerunkowymi. Interesuje się kulturą, literaturą i historią feminizmu oraz tworzeniem angażujących narracji, które realnie wpływają na odbiorców.