Mam za sobą cztery semestry…
12 min przeczytania
Plakat "Polowania na Muchy" Andrzeja Wajdy / źródło: materiały prasowe
Autor: Jakub Kosatka
Andrzej Wajda w swoim przemówieniu po otrzymaniu Oscara mówił: „Tematem wielu naszych filmów były okrucieństwa nazizmu, nieszczęścia jakie niesie komunizm”. W zbiorowej świadomości twórczość Wajdy jawi się jako hurtowa ilość patosu i historii Polski. Przyklejona twórcy już dawno temu łatka arcypoważnego mistrza, reżysera od spraw narodowych, polskich tragedii i lektur szkolnych, funkcjonuje do dziś. Zwłaszcza w świadomości moich rówieśników (osób urodzonych po 2000 r.), Andrzej Wajda nie jest nawet reżyserem, którego twórczość wypada znać, lecz zazwyczaj obiektem westchnień polonistek przy omawianiu Pana Tadeusza w szkole średniej.
Od 2024 r. jestem studentem na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Gdańskiego. Nawet tutaj, wśród studentów nauk humanistycznych, znajomość twórczości Wajdy zdaje się być nieprzyjemnym obowiązkiem, z którego i tak nie trzeba się skrupulatnie wywiązywać. Nie ma też co się dziwić – jak niby młody człowiek ma dziś z pasją w oczach oglądać Pokolenie, Popioły czy Krajobraz po bitwie? Przecież to już nas nie dotyczy. Jak stwierdziła Agnieszka, główna bohaterka Człowieka z marmuru, odnosząc się do wydarzeń z nieodległej przeszłości: „Dla mnie przodownik pracy to jak powstaniec styczniowy”. Tym bardziej dziś – moje pokolenie nie doświadczyło wojny, PRL-u czy stosunkowo niedawnej transformacji ustrojowej. Naczelne tematy filmów Wajdy zdają się być nam obojętne. Jednak nie bez powodu Andrzej Wajda w pełni zasłużył sobie na miano największego reżysera w historii polskiego kina.

Jako że studiuję Wiedzę o Filmie i Kulturze Audiowizualnej (mam tylko cztery semestry, co wiąże się z powracającą kwestią dialogową ekranowej postaci, o której poniżej), co może nieoczywiste, muszę interesować się kinem, a w szczególności kinem polskim. Tak się zabawnie złożyło, że polskie kino nawet lubię. Z tego tytułu staram się systematycznie poszerzać swoją wiedzę na temat dokonań Andrzeja Wajdy wykraczając nieraz poza program studiów. Mimo to przez długi czas nie ceniłem Wajdy jako autonomicznego twórcy. Uważałem, że był wiecznie zależny od ludzi ogromnego talentu, których eksploatował na swoich planach filmowych. Jednak tak się zamierzonym przypadkiem złożyło, że na mojej półce znalazło się DVD z wypisanym na grzbiecie tytułem Polowanie na muchy, a spoglądająca z okładki Małgorzata Braunek przekonała mnie do wyciągnięcia płyty.
Film Polowanie na muchy (1969), na podstawie scenariusza Janusza Głowackiego, opowiada historię dwójki bohaterów. Włodek (Zygmunt Malanowicz) to mąż i ojciec po trzydziestce, mający nieukończone studia z filologii rosyjskiej (ma natomiast pięć semestrów, co kilkakrotnie podkreśla) i mieszkający razem ze swoimi teściami. Przypadkowo poznaje Irenę (Małgorzata Braunek), piękną studentkę polonistyki o wielkich ambicjach twórczych, piszącą obecnie pracę magisterską. Oboje są z zupełnie różnych środowisk, a Włodek, znudzony dotychczasowym życiem, daje się namówić na radykalne zmiany – porzuca rodzinę, codzienny kierat i wchodzi z Ireną w relację romantyczno-erotyczną.
Uważam, że Polowanie na muchy jest dziełem znakomitym i ponadczasowym. Teraz, z perspektywy dwudziestoletniego studenta, wypadałoby tę tezę uargumentować, gdyż wpadłem już w lep tego filmu. Po seansie apriorycznie uznałem, że Andrzej Wajda po prostu przełożył na ekran wybitny scenariusz Janusza Głowackiego. Scenariusz będący rewelacyjną satyrą na istniejącą po dziś dzień „Warszafkę”, posługujący się błyskotliwymi dialogami, które nie straciły świeżości, będący zbiorem fascynujących postaci. Na pierwszy rzut oka film ten stoi scenariuszem i dialogami, a nie warsztatem reżyserskim. Uradował mnie fakt, że mam kolejny przykład, jak to Wajda korzysta z cudzych talentów. Sprawa wydała mi się jednak na tyle ciekawa, że postanowiłem odwiedzić bibliotekę Filmoteki Narodowej – Instytutu Audiowizualnego w Warszawie i zgłębić temat.
Otworzyłem teczkę zatytułowaną Scenariusz i oddałem się lekturze, która okazała się rozczarowująca; więc z miejsca sięgnąłem po teczkę Scenariusz, wersja poprawiona. Po przeczytaniu obu wersji nie zauważyłem znaczących różnic, poza poprawionymi błędami i stworzeniem wyraźnych akapitów. Tekst Głowackiego, który wydawał się być filarem filmu, nie nosi żadnych znamion scenariusza – ani formalnych, ani narracyjnych. Literacko wypada znakomicie, jednak przełożenie tekstu znajdującego się w teczce Scenariusz, wersja poprawiona na film zdaje się być karkołomnym zadaniem. Jest to swego rodzaju strumień świadomości Janusza Głowackiego, czytelny dla odbiorcy, ale mniej więcej do połowy. Autor tekstu w absurdalny sposób miesza narrację, dialogi są poplątane z didaskaliami, akcja skacze z lokacji do lokacji, brakuje ciągu przyczynowo skutkowego – jednym zdaniem to zbiór różnych epizodów, które przeżywają Włodek z Ireną. Można odnieść wrażenie, że Janusz Głowacki w 1968 r. nie pisze scenariusza, tylko przepisuje swoje opowiadanie (scenariusz powstawał w oparciu o wcześniejsze opowiadanie pod tym samym tytułem). Ubarwia je w zwroty „A teraz wydarzy się to”, które mają za zadanie sprawić wrażenie planowania filmu.
Mimo tego scenariusz zostaje zatwierdzony, a film skierowany do produkcji. W stenogramie z posiedzenia Rady Programowej Zespołu Syrena, gdzie omawiany był scenariusz, z ust Andrzeja Wajdy pada stwierdzenie: „Będziemy coś kombinować”. Faktycznie, Wajda wykombinował, i to całkiem dobrze. W scenopisie znaleźć możemy już linię narracyjną, wyraźne poprowadzenie historii, a nie anegdotyczną formułę. Nadal jednak znajduje się w nim dużo krótkich, niepotrzebnych scenek ze scenariusza – np. pijany Jan Himilsbach biegający od bohatera do bohatera z butelką wódki (notabene, to interesujący wątek, wszak Himilsbach zadebiutował dopiero w 1970 r. w Rejsie Marka Piwowskiego i na etapie tworzenia scenariusza do Polowania na muchy był szerzej nieznaną postacią). W liście montażowej filmu znalazłem również wiele scen i wątków, które ostatecznie nie znalazły się na ekranie, co działa jedynie na korzyść filmu. Po paru godzinach spędzonych na ostrożnym wertowaniu pożółkłych stron maszynopisu wnioski nasunęły się same.
To, co widzimy na ekranie podczas seansu Polowania na muchy, jest efektem mistrzowskiego warsztatu reżyserskiego i świetnej intuicji Andrzeja Wajdy. Sposób, w jaki zaadaptował scenariusz, będący tekstem tak niewdzięcznym do adaptacji, budzi podziw. Z tego, co napisał Głowacki, na ekranie widzimy jakieś 50%. Sposób, w jaki Andrzej Wajda pozbywa się niektórych wątków, inne przekształca, kumuluje wiele sytuacji w jedną czy zamienia wydarzenia w postacie, jest prawdziwą wirtuozerią. W tym miejscu muszę postawić sobie nową tezę. Andrzej Wajda niewątpliwie w swojej twórczości wspierał się talentami innych, ale bez jego niesamowitej intuicji, świetnego warsztatu i ogromnego talentu nie powstałyby filmy, które są do dziś pokazywane i analizowane nie tylko w Polsce. Niezręcznie mi, że mogłem myśleć inaczej.
Jednak to, że Wajda wielkim reżyserem był, nie świadczy o aktualności filmu, a jest on z pewnością ponadczasowy. Polowanie na muchy, a także Wszystko na sprzedaż to pewien wyłom w filmografii Wajdy. Po okresie Szkoły Polskiej, filmach patriotycznych i wielkiej superprodukcji, jaką były Popioły, Wajda bierze się za pierwszą i jedyną komedię w swojej karierze – Przekładańca (1968) – po czym kręci filmy o teraźniejszości, opowieści o późnych latach 60. Wszystko na sprzedaż (1968) to jeden z nielicznych w jego dorobku film autotematyczny, formalnie nowofalowy i zrealizowany na podstawie własnego scenariusza, zadający pytania o ówczesny stan polskiego kina. Polowanie na muchy zadaje natomiast pytania o kondycję polskiego społeczeństwa, a konkretnie młodego pokolenia.
Ponadczasowość tego filmu przejawia się w postaci Ireny i środowiska, w którym bohaterka się obraca. To studentka polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim, której metryka nie obarcza doświadczeniami II Wojny Światowej; jest stale obecna w nocnych klubach, warszawskich kawiarniach czy na potańcówkach. Irena posługuje się ogromną ilością nazwisk myślicieli, pisarzy, artystów i pseudointelektualnym słownictwem. Jest jednocześnie grafomanką, na siłę próbującą udowodnić wszystkim, że jej atutem nie jest piękne ciało, a studiowanie. Właśnie „studiowanie”, a nie stojąca za nim wiedza i inteligencja. Nawet do łóżka idzie z semantyką na ustach, podczas seksu nie może sobie odmówić wymienienia Ingardena, Jakobsona i Poppera. Są to jedynie puste frazy padające z jej ust bez kontekstu, wystrzeliwana niczym z karabinu paplanina, mająca na celu podkreślić jej status studentki. Stosując język komunistycznej nowomowy, moralność jest dla niej drobnomieszczańska, o ile w ogóle zna takie pojęcie. Zachęca Włodka, aby oddał się sztuce, tłumaczył poezję, odrzucił swoją rodzinę, stał się artystą. Jednocześnie kiedy Włodek wpada w wir tłumaczenia i dostrzega w tym sposób na lepsze życie, Irenę bardziej interesuje to, jak powinien odpoczywać, jak powinien wyglądać i jak powinien obracać się przez ramię chodząc po pokoju. Można dojść do wniosku, że według Ireny to wywoływanie wrażenia, a nie faktyczny wysiłek, dorobek czy praca, stanowi atut w ówczesnym społeczeństwie, a z pewnością w kawiarnianym środowisku. Studia nie są dla Ireny etapem rozwoju intelektualnego czy twórczego – to styl życia, styl bycia, bycia studentką renomowanego uniwersytetu. Traktuje studia jako legitymację do pomachania komuś przed twarzą, aby podbić swój status społeczny, a przecież wiemy, że status studenta sam w sobie znaczy głównie zniżkę w PKP. Irena mówi masę rzeczy na temat swojej specjalizacji bez żadnych konkretów. To przedłużenie młodości i przepustka do nocnych klubów, ucieczka od rzeczywistości, bo wszystkie jej twórcze próby kończą się fiaskiem. Boleśnie przekonuje się epizodyczna postać byłego partnera Ireny (Daniel Olbrychski) i ostatecznie sam Włodek.
Z uwagi na fakt, że jestem studentem, obracam się w środowisku akademickim podobnie jak Irena. Postanowiłem wśród studentów mojego wydziału przeprowadzić ankietę na temat tego filmu. Jej wyniki pokazały, że niestety mało kto w tym środowisku oglądał Polowanie na muchy, ale 100% tych, którzy film widzieli, na pytanie „Czy Polowanie na muchy to film aktualny?” odpowiedziało twierdząco – sam zresztą należę do tej grupy. Mając za sobą cztery semestry, muszę stwierdzić, że ludzi pokroju Ireny spotkałem dość wielu; ludzi, dla których studiowanie jest stylem bycia, stylem chodzenia na imprezy, stylem mówienia i stylem ubioru. Można uznać, że taka kolej rzeczy jest naturalna, jest to pewien etap w życiu, który prowokuje do takich, a nie innych zachowań. Tylko w tym zdaniu kluczowe jest słowo „etap” i „prowokuje” – to nie jest przymus. Bezpłatne studia na państwowych uczelniach wyższych nie są konieczne do życia i funkcjonowania. Jednocześnie (zwłaszcza studia humanistyczne) kuszą małą ilością obowiązków i odpowiedzialności, przedłużeniem młodości i chęcią bycia „wiecznym studentem”, co wiele osób bezrefleksyjnie przyjmuje za naturalną kolej rzeczy. Śmiało powiem, że środowisko studenckie, które reprezentuje Irena, niewiele się różni od środowiska studenckiego Anno Domini 2026. Dodajmy tylko, że od momentu realizacji filmu minęło prawie 60 lat.
Jednak, aby nie być zbyt brutalnie pesymistycznym, należy zwrócić uwagę, że Andrzej Wajda powołał do życia (do spółki z autorem scenariusza, Aleksandrem Ściborem-Rylskim) jeszcze jedną ponadczasową studentkę. Agnieszka (Krystyna Janda) z Człowieka z marmuru jest zaprzeczeniem postaci Ireny. Jest kobietą wykorzystującą legitymację studencką jako trampolinę, przepustkę do realizowania własnych pasji i walki o swoje, a nie jako wejściówkę do świata warszawskich klubów. W odróżnieniu od Ireny sama tworzy, a nie nakłania do tego innych. Jej działania mają wymiar materialny i rozwojowy, słowa zamienia w czyny, nie rzuca pustymi frazesami. Mimo, że w Człowieku z marmuru studia Agnieszki nie grają nawet trzecich skrzypiec, jej status studentki jest wielokrotnie podkreślany. Dzisiaj studentów takich jak Agnieszka również jest wielu. Traktują uczelnię jako możliwość osiągnięcia własnych celów, budowania portfolio, zbierania doświadczenia. Ludzie z pasją i charyzmą, podobni do Agnieszki, nie muszą podkreślać co chwilę, że znają dużo mądrych słów, tylko w odróżnieniu od Ireny potrafią skorzystać z ich znaczenia. Andrzej Wajda dał kinu polskiemu postacie dwóch studentek znajdujących się na przeciwległych biegunach, jednocześnie ich nie oceniając, co świadczy o jego znakomitym wyczuciu.
Polowanie na muchy na stałe zostanie w mojej pamięci, jak zresztą wiele innych filmów Andrzeja Wajdy. Chętnie wspominać będę ten film ze względu na jego niebywałą estetykę i postacie tak barwne i aktualne, że można o nich debatować godzinami. Wizyta w Filmotece Narodowej dodatkowo utwierdziła mnie w przekonaniu, że Andrzej Wajda, patrząc na jego sposób tworzenia kina i cały dorobek, jest największą postacią polskiej kinematografii. Andrzej Wajda wielkim reżyserem był, a Polowanie na muchy i masa innych filmów jest tego dowodem. Chodząc (prawie) codziennie po uczelnianych korytarzach, obcuję z wieloma studentami idącymi ścieżką Ireny, jak i takimi, co kroczą drogą Agnieszki. Obie te drogi do czegoś prowadzą, ale tylko od nas samych, studentów, zależy którą pójdziemy. Bo jeszcze nie dane mi było słyszeć ani widzieć, że miano studenta szufladkuje w jakiś jeden, ostateczny sposób.
