Konkurs piękności? Slam poetycki w trójmiejskim wydaniu

fot. Adrian Sokołowski

26 kwietnia, 19:00, Lawendowa 8

W mini-pubie przy Lawendowej odbywa się slam poetycki. Na zewnątrz w grupkach stoją ludzie z piwem, z winem albo tylko z papierosem. Większość z nich mieści się w przedziale wiekowym między 20 a 30 lat, ale jest też kilku starszych, około 60-tki. Wewnątrz tłum, ale to wina bardzo ciasnego lokalu. Na scenę wchodzi organizatorka i tłumaczy zasady poetyckiego konkursu. Młody mężczyzna rozdaje kartki publiczności. Mają służyć do głosowania. Losowane będą pary wykonawców i wykonawczyń, jedno z nich, to z większą liczbą głosów przechodzi do kolejnej rundy i tak przez 3 etapy, aż wyłonimy zwycięzcę lub zwyciężczynie. Wygląda na to, że większość tu obecnych się zna. Witają się w przejściu, rozmawiają przez chwilę i podchodzą do kolejnych osób. Organizatorka losuje z woreczka pierwszą parę twórców i przypomina o tematyce dzisiejszego spotkania – Wykrzyczmy emocje, które się w nas kłębią. – Podaje mikrofon uczestniczce. Niektóre występy są faktycznie wykrzyczane, niektóre wyszeptane, a inne zarapowane. Odczytom towarzyszą szmery, szepty i dźwięk przelewającego się w butelce piwa. Po pewnych osobach widać, że ze sceną są zaprzyjaźnieni. Pani Karolina zdaje się być zawodową slamerką. Po odczytach otrzymuje gratulacje i słowa pochwały. Organizatorka zarządza przerwę. Wychodzimy na papierosa. Zagaduje nas starsza kobieta, która również występowała na scenie. Okazuje się, że jej wiersze to „freestyle” i robi to z czystej przyjemności. Narzeka na sytuację kobiet w Polsce, a zaraz po tym zaprasza nas na kolejny slam, który organizuje. Dopóki papieros się nie skończy rozmawiamy o zbliżających się wydarzeniach poetyckich. Jednogłośnie stwierdzamy, że dzisiejsze spotkanie ma w sobie coś magicznego.

Karol, 26 lat

– Na swój pierwszy slam poszedłem zaczynając studia, a podejmowałem próby pisania już w liceum. Człowiek szukał miejsca, gdzie mógłby skonfrontować, to co pisze z żywym odbiorcą, ale kimś innym niż kolega, który już nie wiesz, czy mówi ci szczerze, czy przytakuje mając nadzieję, że przestaniesz, że dasz mu spokój. Wziąć udział w rywalizacji, którą oceniałoby jury, a w tym wypadku publiczność. Sprawdzić, czy to, co piszesz jest w ogóle cokolwiek warte. Konkurowanie nie było dla mnie tak ważne, jak aspekt nagrody. Rzadko mamy możliwość zmaterializowania swoich wypocin, napisania i zarobienia na tym. Popularna jest wizja artysty, który nie ma co do garnka wrzucić, prawda? Na sztuce zarabiają teraz twórcy mainstreamowi, a poezja nie cieszy się szczególną popularnością. Pamiętam, jak szukałem jakichkolwiek możliwości zarobku z twórczości i znalazłem dwie formy. Istnieją konkursy „wysyłane”, gdzie dostarcza się zestaw trzech wierszy, a czasem cały tomik. Nagrodą są pieniądze albo wydanie tomiku. Odkryłem też slamy poetyckie organizowane przez Niezależne Zrzeszenie Studentów, udało mi się wtedy wygrać, więc złapałem bakcyla.

W tym roku obchodzimy 20-lecie slamów w Polsce. W takim razie pierwszy slam wydarzył się w 2003 roku, jeśli mówimy o oficjalnej nazwie „slam poetycki”. Bitwę poetycką odbył już przecież Adam Mickiewicz i Juliusz Słowacki. Slamy są organizowane w całym kraju, nie tylko w większych miastach, stają się coraz bardziej popularne, coraz więcej osób o tym słyszy. Odbywają się też Mistrzostwa Polski, na które dostają się reprezentanci danych regionów. Mnie parę razy udało się uczestniczyć w Mistrzostwach w Poznaniu jako reprezentant Gdańska, czy Gdyni. Poznań ma dosyć rozwiniętą scenę slamerską.

Miałem problem przez pewien czas z nazywaniem swojej twórczości poezją. Nie lubię wzniosłych słów. Ale jednak trzeba się w jakiś sposób określić i także dlatego, poszedłem na konkurs. Żeby ktoś to zrobił za mnie, powiedział co to jest.

Slam jest też formą, która mi się podoba. Łączy performatywność z tekstem, a ja piszę na głos. Chodzę, zaczynam formułować myśli i chciałbym móc to czytać według mojej wizji. Wydany tomik nie daje takiej możliwości. I tu pojawia się pewien konflikt, bo krąży opinia, że prawdziwi poeci nie nazywają slamów poezją, a ja trochę tego nie rozumiem. To jest twórczość jak każda inna, z chwilową rywalizacją, ale to wciąż jest wiersz. Moje utwory bronią się na scenie, nie na papierze. „Jesteś slamerem, czy poetą?” – to często pojawiające się pytanie. Slam to jest po prostu kolejna z form przedstawiania poezji, w tym wypadku połączona z konkurowaniem. A skoro Mickiewicz i Słowacki mieli swoją bitwę poetycką, czyli slam, jeśli wtedy istniałoby to słowo, to czy warto odmawiać slamom funkcji i nazwy poezji?

– Będąc na tego typu wydarzeniach łatwo zauważyć, że coś wypada, a czegoś nie wypada robić. Jak jest w przypadku slamów poetyckich?

– Śmieszny jest savoir-vivre slamów. Krzywo się patrzy, jak ktoś przychodzi z grupą dziesięciu swoich znajomych, bo z reguły ci znajomi będą głosowali na tę osobę niezależnie od jakości wiersza. Ja na przykład, jak z kimś idę, to zawsze proszę, żeby był szczery w swych ocenach, albo nie głosował, gdyby miał głosować nieszczerze. Jeśli chodzi o występowanie, to wolę być na scenie jako drugi. Publiczność pamięta lepiej ten wiersz, który dopiero usłyszała. Jest też coś, co wydaje mi się, że ja wprowadziłem w Gdańsku – odwracam się podczas głosowania, żeby nie wywierać presji i nie patrzeć na ludzi. Niech sobie głosują i mają świadomość, że poeta nie wie. Każdy slam rządzi się trochę swoimi prawami, ma swoje klimaty. Toruń jest fajną sceną, Tczew też, ale on bywa nieco hermetyczny. Poznań, Warszawa, tam jest sporo slamów. Trójmiasto rozwija się w ostatnim czasie. W Gdańsku na Lawendowej jest klimat luźnego baru przy piwku, a gdzie indziej będziesz miała poezję i sztukę wyższą, spięty ton. To organizatorzy tworzą savoir-vivre, ale jest też taki ogólnie przyjęty schemat.

– A nie masz wrażenia, że to środowisko jest tak hermetyczne, że rywalizacja traci sens?

– Środowisko jest hermetyczne, ale organizatorzy między sobą nie konkurują, a raczej starają się współpracować, co pokazywały eliminacje do Mistrzostw Polski z zeszłego roku. Kilku organizatorów trójmiejskich slamów połączyło siły, stworzyli punktację zwycięzców danych spotkań i ostatecznie po iluś tam konkursach osoba, która miała najwięcej punktów, jechała jako przedstawiciel regionu. Typowanie przedstawiciela nie jest wybiórcze. To ma jakieś znamiona demokracji. Rzucania sobie kłód pod nogi raczej nie widziałem. Od początku miałem wrażenie, że to jest środowisko wzajemnego poklepywania się po pleckach i kiedyś napisałem, że „tylko poeci czytają poetów, a nawet poetom się nie chce”. Kiedy wydajemy jakiś tomik, to dla tego otoczenia, a przeczyta go i tak tylko część. Mam wrażenie, że poeci współcześni przestali wierzyć w możliwość jakkolwiek bycia rozpoznawalnym, popularnym czy po prostu zarabiania na poezji. To jest trochę smutne i dlatego starałem się w tym nie uczestniczyć. Zbieram się do wydania czegoś, bo chcę to zrobić dla siebie, ale też, żeby mogło trafić do Empiku i zwrócić uwagę. Mam wrażenie, że w tym środowisku publikuje się tomiki dla samych siebie. Na slamach często byłem pytany, czy wydałem już swój pierwszy tomik. Z jednej strony to było miłe, budujące, ale z drugiej strony miałem wrażenie, że jest związane z tą hermetycznością, że to jest takie zabieranie się do sprawy od końca. Większość z osób piszących marzy, żeby ich nazwisko pojawiło się na papierze. Nie wiem, jaka jest droga do wydania tomiku, wiem, że większość poetów korzysta z self-publishingu. To jest spełnienie marzenia, ale warto chyba najpierw wypracować swój warsztat. Pisać, tworzyć, pojawiać się w czasopismach, bo ktoś nas tam chciał. Kroczek po kroczku. W końcu wydać swój tomik i może wtedy ludzie będą tym zainteresowani. Poeci wydają poezję bardziej dla siebie, a później jest rozdawana na kolejnym konkursie albo wciskana rodzinie. To nie jest coś, czym mogłaby być zainteresowana szersza publiczność. Środowisko zaakceptowało swoją niszę i w niej się obraca. Są poeci, którzy wydali swoje tomy, nie uczestniczyli nigdy w slamach, a fajnie mi się ich wiersze czyta. Mam wrażenie, że jak idę na slam, to większość jest już po wydaniu swojego pierwszego tomiku, a proszę, wskaż mi osobę, która nie jest ze środowiska i po taki tom sięgnie. Jeżeli nikt nie chce tego czytać, to marnujemy chyba papier, nie?

 

fot. Adrian Sokołowski

7 maja, 18:00, Hotel Vesper House

W ciasnym hotelowym lobby brakuje miejsc siedzących. Dwójka organizatorów próbuje opanować sytuację i przynieść więcej krzeseł. Pomimo eleganckiego otoczenia wokół panuje zamieszanie. Ta sama starsza kobieta, która zapraszała nas na to wydarzenie w Lawendowej, uśmiecha się na nasz widok i wskazuje wolne miejsca. Nie można przecież stać, to wyglądałoby dziwnie i nieprofesjonalnie. Zaczyna się podobnie jak poprzednim razem. Krótka przedmowa, rozdanie kartek do głosowania i wyjaśnienie zasad. Widzę te same twarze wśród publiczności i uczestników. Występuje Kamil. Dziewczyna siedząca obok mnie z zaangażowaniem słucha jego poezji.

Jakaś kobieta wstaje i próbując nie przeszkadzać, szepcze do organizatorki, że i ona chciałaby dziś wystąpić. Moja „sąsiadka” kręci głową. Zaczyna nerwowo trząść nogą. Nadchodzi kolej owej przeszkadzającej dziewczyny. – Przed chwilą zdecydowałam, że jednak dziś wystąpię. Muszę szybko zacząć czytać swoje wiersze, zanim zejdzie ze mnie alkohol. – Publiczność reaguje śmiechem, a zdenerwowana kobieta obok mnie krzyczy – Fajnie by było, jakbyś z zapisem poczekała do przerwy między występami. To przeszkadza. – Uczestniczka komentuje uwagę krótkim żartem o alkoholu i przechodzi do odczytu.

Panuje cisza. Publika, jeżeli już musi się poruszyć, to robi to w jak najcichszy i niezauważalny sposób, nie rozmawiają ze sobą w trakcie występów i odnosi się wrażenie, że nawet ich siedzenie na krześle jest sztywne. Współorganizator próbuje rozluźniać atmosferę nietrafionymi żartami, kilka osób kręci głowami. Tu nikt nie trzyma piwa. Tu wszyscy siedzą „jak na szpilkach”. Tutaj poważnie się słucha poważnej poezji.

Michał, 45 lat

– Tutaj wystawiałem swoją pierwszą sztukę. Miałem swój teatr. Może powinienem wrócić do pisania? Ale to już nie jest moją pasją, już tego nie kocham – podłącza telefon do samochodowego radia i wybrzmiewa „Skalpel”. Wygląda za okno. – Pisałem też poezję. Z moim serdecznym kolegą Robsonem wymienialiśmy się swoimi pracami. Nie pisaliśmy tylko wtedy, kiedy mieliśmy wenę. Nie czekaliśmy na nią. Takim czekaniem niczego się nie nauczysz. Żeby dobrze pisać, musisz się czasem do tego zmusić. Nie ma, że dziś mi się nie chce, dziś jestem zmęczony, dziś nie wiem, o czym pisać. Cały czas pisz. Ustaliliśmy sobie, że tygodniowo będziemy pisać określoną ilość wierszy. Pełno było złych, ale to też musiałem nauczyć się dawać do odczytu. Rzemiosło tego wymaga. A Ty, kiedy zamierzasz napisać ten reportaż? Pewnie go nie skończysz. Wy młodzi, wam się wszystkim coś wydaje i najchętniej to byście nie pracowali, wam jest wiecznie za ciężko.

Wyciąga zza pazuchy przeciwdeszczowej kurtki żółty tytoń Pueblo i powoli skręca papierosa. Znów patrzy za okno, następuje chwila ciszy, odpala skręta.

– Skoro pisałeś tak dużo i obracałeś się w środowisku malarzy, muzyków i poetów, to wystąpiłeś kiedyś na slamie?

– Na slamie? Te śmieszne konkursy na poezję? – szyderczo się uśmiecha i teatralnie przewraca oczami. – Nie, nie wystąpiłem na żadnym. To śmieszne. Chcieliby być najlepsi. Muszą przejść dalej, muszą otrzymywać pochwały, chcą na tym zarabiać. Nie o to chodzi w poezji. Nie uważasz? Sama byłaś muzyczką, przecież wiesz, że nie da się tego wymierzyć.

– Zimermana i Argerich nie da się porównywać, ale młodych muzyków i muzyczki już tak.

– Ale czy to nie zabija istoty całego artyzmu? Konkurs na najlepszy wiersz. Co to w ogóle jest? Kto na to wpadł? Serio, to jeszcze w ogóle istnieje? I Ty na to chodzisz? Pewnie w Lawendowej, co? No tak, przecież trzeba bywać i się pokazywać. Na jazzie, na slamie, w operze i teatrze. Wydaje mi się… No tak, nam wszystkim się coś wydaje… Uważam, że to głupie i płytkie. Na odczyty chodziłem. To lubiłem, ale nie na te całe konkursy. Niech się lepiej zajmą robotą. Mierni poeci i ich durne pozy. Ja pisałem dobrą poezję. Ale pisałem dla siebie i bliskich. Czasem coś odczytałem, ale to lata temu. Będą się bawić w poetów. Artyści. Prawdziwy artysta by na czymś takim nie wystąpił. Nie będzie się bawił w przepychankę, kto napisał lepszy wiersz. Poezja nie jest konkurencją. Jest pięknem.

„Skalpel” się skończył i włącza tym razem Milesa Davisa „Round Midnight”. Marszczy czoło od pierwszego dźwięku trąbki.

– Myślisz, że taki Miles by się bawił w udowadnianie innym, że jest lepszy? Nie, on to po prostu robił i wiedział. Wtedy wszyscy inni też wiedzieli. Piękny jest ten album. Ale ja nie rozumiem jazzu. Nic właściwie już nie rozumiem z tego wszystkiego. Dziwne to jest. Po prostu dziwne.

Tak, jak powiedział Karol – Trójmiasto powoli rozwija swoją scenę slamerską. Wydarzenia odbywają się w pubach i domach kultury. Jest pewna grupa poetek i poetów, którzy regularnie konkurują, jednak nie przeszkadza to nowicjuszom w debiutach. Slamy poetyckie mają swoich zwolenników i przeciwników. Mimo to niewątpliwie zaczynają być coraz bardziej popularne, a dowodem na to jest deficyt miejsc siedzących wśród publiczności.

Imiona bohaterów i osób wspomnianych zostały zmienione.

Tekst autorstwa Agnieszki Szczęścikiewicz.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *