Gdańsk oczami obcego

fot. JamesQube / pixabay

Według Urzędu do Spraw Cudzoziemców ważne zezwolenia na pobyt w Polsce posiada obecnie prawie 460 tys. emigrantów. Największe grupy stanowią obywatele: Ukrainy 244,2 tys. osób, Białorusi 28,8 tys., Niemiec 20,5 tys., Rosji – 12,7 tys. W związku z tym widoczna jest silna koncentracja cudzoziemców w województwach z największymi ośrodkami miejskimi. Najbardziej popularnymi regionami są: Mazowsze 119 tys. osób, Małopolska 52 tys., Wielkopolska 41 tys. oraz dolny Śląsk 37 tys.

Dane statystyczne, wykresy, suche fakty…

Całą tę garść bezużytecznych informacji możemy wyrzucić do kosza. Dlaczego? Bo kiedy mówimy o obcokrajowcach, powinniśmy pamiętać, że to są ludzie! Nie liczby, nie słupki na wykresie, nie punkty procentowe. Są częścią społeczeństwa, jak ja i ty. Mieszkają obok nas, pracują razem z nami, robią zakupy w tych samych sklepach. Ich problemy, zmartwienia i troski są bardzo podobne do naszych, choć wyrażone innym językiem. Wszyscy niosą swoją własną, unikalną historię, którą przywieźli z najróżniejszych stron świata.

Ze strzępków rozmów odbytych w kawiarniach, parkach, Józefie K., a także poprzez Instagrama, będę się starał zbudować obraz miasta. Widziany oczami obcego, który nie został przefiltrowany i zmącony przez patriotyczne fantazmaty.

Powrót do korzeni – Felix 20 lat

Felixa poznałem w Gdańsku poprzez jego dziewczynę, a moją bliską koleżankę ze studiów – Martynę. Ma 20 lat, 190 cm wzrostu, niebieskie oczy i blond włosy – pochodzi z Niemiec. Na co dzień prowadzi wraz ze wspólnikiem firmę, zajmującą się social mediami.

Podczas naszej rozmowy pytam go, dlaczego wybrał Polskę jako kierunek wyjazdu. Po dłuższej chwili odpowiada, że zwiedził już dość dużo krajów i chciał zobaczyć coś nowego, a że jego mama jest Polką i Polska graniczy z Niemcami, to wybór destynacji był oczywisty.

– Mieszka tu wiele ładnych kobiet – dodaje i śmiejąc się spogląda na swoją dziewczynę.

Oprócz tego wspomina, że jest u nas stosunkowo tanio, więc mógł sobie pozwolić na wiele przyjemności i częstą jazdę Uberem. W naszym kraju (oprócz Martyny) najbardziej zahipnotyzowała go architektura, którą wyróżnia kontrast między nowoczesnymi apartamentami a powojennymi kamienicami – fuzja przeszłości i przyszłości. Serce Felixa podbiła również kuchnia jego przodków, zwłaszcza pierogi i dania mamy Martyny.

Dopytuję się, jak zachowywali się Polacy wobec niego? Sprawdzam, czy nadal wśród nas jest obecna ksenofobia i zaściankowe myślenie. Ku mojemu zdziwieniu, ma same miłe wspomnienia związane z przebywaniem wśród nas, zwraca uwagę, że wszyscy umieli mówić po angielsku oraz byli niezwykle otwarci i gościnni. Choć raz nie muszę się wstydzić za swoich współobywateli. Jedynym, który mu przeszkadzał, mankamentem była miejscami słabo rozwinięta infrastruktura, utrudniająca czasem dojazd.

Na odchodne, pytam jak zmieniło się jego postrzeganie Polski. Stojąc w drzwiach kawiarni odpowiada:

– Wiesz Mateusz, wcześniej Polska kojarzyła mi się tylko z wódką, II Wojną Światową i komunizmem. Ale kiedy tu przyleciałem i poznałem bliżej polską kulturę, mieszkańców, fajne miejscówki no i oczywiście Martynkę, zrozumiałem, że ten kraj ma o wiele więcej do zaoferowania, niż się wydaje. Łatwo nam przychodzi oceniać coś, czego nawet nie znamy.

Ukraińska miłość vs. polska rzeczywistość – Nikita 28 lat

Kolejnego rozmówcę również poznałem drogą pantoflową. Spotkanie zostało zaaranżowane przez wspólną znajomą. Nikita pochodzi z małej miejscowości w Ukrainie, ma 28 lat i szczery, lekko smutny uśmiech. W swoim kraju uzyskał tytuł inżyniera chemii procesowej, przez pół roku pracował w przetwórstwie metalurgicznym. Mimo, że pensja była niezadowalająca, nie chciał zostawiać swojej rodziny i przyjaciół. Do wyjazdu namówiła go dziewczyna Olga, która snuła przed nim wizję lepszych zarobków i perspektywę nowego życia.

– Jak człowiek zakochany, to i na koniec świata pójdzie za ukochaną osobą – śmieje się gorzko. Jednak po przyjeździe do Gdańska, zderzył się z polskimi realiami. Olga nie myliła się, co do pensji, którą mógł zarobić Nikita z racji swojego wykształcenia. Nie wzięła pod uwagę, że znalezienie pracy w wyspecjalizowanym zawodzie jest bardzo trudne, ze względu na małą liczbę wakatów. Po dwóch miesiącach szukania zatrudnienia, oszczędności przywiezione z Ukrainy skończyły się i Nikita razem z Olgą musieli iść do jakiejkolwiek pracy. Minęły 4 lata, a z nich wyparowała cała energia i zapał, który przywieźli ze swojej ojczyzny.

– Nasz związek kończył się. Na samym początku wspieraliśmy się, mówiliśmy, że będzie dobrze i jeszcze to nasze nowe życie się ułoży. Ale z miesiąca na miesiąc, z roku na rok było coraz gorzej. Kiedy wracałem z pracy, to ona musiała już wychodzić i tak na zmianę, cały czas się mijaliśmy. Jedynym czułym gestem wtedy był buziak przed wyjściem do pracy i życzenie sobie nawzajem miłego dnia. Nie próbowaliśmy tego ratować, bo chyba nie było już nic do uratowania. W końcu odeszła, a ja zostałem sam w pustym mieszkaniu.

Przez rozpad jego licealnej miłości, Polska kojarzy się Nikicie z apatią i bezsilnością, jednak stara się dostrzegać jej piękno w małych rzeczach. Bardzo lubi polskie Tatry i jak tylko może to wyjeżdża z Gdańska, żeby choć na chwilę odetchnąć od wspomnień niedawnej miłości. Mówi, że to właśnie góry uratowały go przed depresją.

Zanim się pożegnamy, pytam Nikitę, czy kiedykolwiek brał pod uwagę powrót. Po chwili namysłu odpowiada, że wcześniej miewał takie myśli, ale wewnętrzny głos go powstrzymywał przed tą decyzją. Gdzieś podskórnie przeczuwał, że nie jest to dobry pomysł i warto próbować tego „nowego życia” mimo przeszkód, jakie stają na drodze. Poza tym w Ukrainie nie ma już do czego wrócić.

Pożegnanie z Australią – Greg 28 lat

Na jam session w Józefie K., do mnie i moich przyjaciół dosiada się dwóch mężczyzn. Jeden z nich w białym kaszkiecie, skrywającym równo ogoloną głowę, pochodzi z Australii. Zasypuję go lawiną pytań. Otwiera szeroko oczy i patrzy się na mnie pytająco, ale potem uśmiecha się szczerze i rozpoczyna swoją historię.

Greg pochodzi z Gold Coast, które ulokowane jest na południowym wybrzeżu. Miasto słynące ze złocistych plaż i wysokich fal, po prostu istna mekka surferów. Przez 2 lata pracował jako kucharz w jednej z lepszych restauracji przy plaży. Do Gdańska przyleciał latem 2022 roku. W podróż zabrała go mama, która po skończeniu studiów wyemigrowała z Polski do Australii. Greg początkowo nie był chętny do wyjazdu, bo stwierdził, że w tym kraju nie ma nic wartego jego uwagi, a w Gold Coast ma wszystko, czego dusza zapragnie – piękne plaże, lazurowy ocean i surfing. Wszystko zmieniła gdańska starówka.

– Nie wiem czemu, ale  zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Wow, po prostu wow! – komentuje.  Dla Grega było to coś nowego. W Australii wszystko jest nowoczesne, otoczone piaskiem i oceanicznym szumem, nie ma miejsca na urokliwe ścieżki biegnące wzdłuż starych kamienic. Wrażenie na Australijczyku zrobiły również knajpy, bary, restauracje i kawiarnie, a zwłaszcza ich ilość i różnorodność. To właśnie w tych miejscach Greg poznał swoich pierwszych znajomych, którzy przyjęli go z otwartymi ramionami, jako jednego z nich. Nie spotkał się z barierą językową, bo całkiem spora część mieszkańców mówi biegle po angielsku, więc Greg nie czuł się obco. Te wszystkie czynniki spowodowały, że postanowił dać szansę Gdańskowi i tu zamieszkać.

– Wiem, co myślisz. Była to dość impulsywna decyzja i wiedziałem, z czym się mierzę, zostawiając Australię, a z nią stałą pracę, mieszkanie i rodzinę. Ale powiedziałem sobie just try, najwyżej wrócę, a tak to bym żałował, że nie spróbowałem.

Pierwsze 3 miesiące były trudne dla młodego Australijczyka, rozmowy o pracę nie przynosiły żadnych rezultatów i  zaczynał myśleć o powrocie. Aż do momentu, gdy w jednym z gdańskich pubów poznał managera pobliskiej restauracji. Zrządzeniem losu poszukiwał on nowego szefa kuchni. Greg z miejsca dostał posadę i nadal tam pracuje.

Jam session dobiega końca i  mój rozmówca też już zbiera się do wyjścia, jednak nurtuje mnie jeszcze jedno pytanie. Jak sobie radził przez te 3 miesiące bez pracy? Greg schyla się do plecaka i wyjmuje woreczki foliowe. W pierwszej chwili myślę, że handlował narkotykami, ale okazuje się, że sprowadzał opale australijskie od kolegi z Gold Coast i je sprzedawał. Zarobek był z tego całkiem wystarczający, ale mówi, że nie po to kończył szkołę gastronomiczną, żeby teraz zajmować się obwoźnym handlem. Oboje wybuchamy śmiechem i wychodzimy na dwór, żeby zapalić.

Każdego dnia trójmiejska mozaika kulturowa poszerza się o nowe twarze. W miarę napływu obcokrajowców, Gdańsk staje się miejscem bardziej inkluzywnym i otwartym dla ludzi z całego globu. Ksenofobiczne zachowania nadal są obecne w naszej przestrzeni, ale miejmy nadzieję, że będziemy obserwować ich stopniowy zanik. Proces asymilacji nie jest szybki – wciąż trwa. Dopóki dbamy, żeby żyło się nam wszystkim dobrze, nasze miasto się rozwija, a postęp pociąga za sobą dobrobyt – zarówno twój, jak i „obcego”.

Tekst autorstwa Mateusza Kłosińskiego.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *