Debiuty: Rachunek za skradzioną prywatność
6 min przeczytania
fot. Unsplash / autor: Omar Lopez
autorka: Gabriela Nyklas
Domowy azyl coraz częściej przegrywa z zasięgami, a intymność dziecka staje się rynkowym towarem. Sharenting to już nie tylko rodzinny album w sieci, lecz wyrachowany model biznesowy uprawiany kosztem najmłodszych. Kto w przyszłości wystawi rachunek za skradzioną prywatność?
Sharenting to połączenie angielskich słów oznaczających dzielenie się (share) i rodzicielstwo (parenting). Termin pojawił się stosunkowo niedawno, ale opisuje zjawisko, które zdążyło już na dobre zakorzenić się w naszej codzienności. Chodzi o regularne publikowanie przez rodziców szczegółowych informacji, zdjęć i nagrań z życia dzieci, często bez większej refleksji nad ich zasięgiem i konsekwencjami. W momencie pojawienia się aspektu finansowego, zaczyna przypominać uporządkowany model biznesowy. Dom traci wtedy swój prywatny charakter i coraz częściej staje się przestrzenią tworzenia treści.
Cyfrowe narodziny
Obecnie około 40% polskich rodziców systematycznie udostępnia zdjęcia i filmy z życia ich dzieci online. W naszym kraju po raz pierwszy szerzej nagłośniono temat w marcu 2019 r., za sprawą raportu Clue PR. Według zrealizowanych badań, rocznie rodzice wrzucają do sieci średnio 72 zdjęcia i 24 filmy swoich pociech. Dziś te liczby rosną, a wiek debiutu w sieci drastycznie spada (obecnie to zaledwie sześć miesięcy). Ponad 80% dzieci poniżej drugiego roku życia posiada cyfrową tożsamość, a coraz więcej opiekunów publikuje zdjęcia USG, nadając dzieciom ślad cyfrowy jeszcze przed narodzinami.

Szczególnie uderzający jest rozdźwięk między tym, co o sharentingu myślą rodzice, a tym, jak czują się ich dzieci. Podczas gdy 81% opiekunów ocenia zjawisko pozytywnie lub neutralnie, badania EU Kids Online pokazują inną perspektywę. Ponad połowa badanych nastolatków w wieku od jedenastego do siedemnastoletniego roku życia odczuwa dyskomfort, gdy rodzice publikują materiały na ich temat bez pytania. Prawie 42% badanych doświadczyło z tego powodu nieprzyjemnych komentarzy od rówieśników. To nie są niewinne pamiątki, lecz cyfrowy tatuaż trafiający do setek często zupełnie obcych ludzi.
Niemowlę w sądzie
Dowodem na to, że internet nie zapomina, jest historia Spencera Eldena, nagiego niemowlęcia z okładki albumu Nevermind zespołu Nirvana. Po trzech dekadach mężczyzna pozwał grupę muzyczną, oskarżając ją o komercyjne wykorzystanie i wyrządzanie mu dożywotniej krzywdy. Argumentował krótko: jako niemowlę nie mógł wyrazić zgody na to, by jego wizerunek sprzedawano na całym świecie.
Choć amerykańskie sądy oddaliły jego pozwy, sprawa Eldena wybrzmiewa jako sygnał ostrzegawczy. Pokazuje, że cyfrowy ślad nadany w kołysce po latach może stać się ciężarem dla dorosłego człowieka. Takiej traumy nie uleczy żaden przelew. W świecie wartości świadoma zgoda nie powinna być dodatkiem. To absolutny fundament każdej publikacji.

Polski system prawny, na szczęście, zaczyna dostrzegać ofiary problemu. Według radcy prawnego Piotra Laskowskiego prawo do prywatności jako dobro osobiste jest niezbywalne.
– Z działalności związanej z wykorzystaniem wizerunku osoby można pobierać korzyści, chociażby na mocy kontraktów reklamowych. Należy jednak pamiętać, że nie jest to zbycie prawa, a jedynie czasowe prawo do korzystania z wizerunku. Nadal przysługuje ono tej osobie, umożliwiając wycofanie zgody na korzystanie z wizerunku w każdym momencie – wyjaśnia.
Prawdziwy wstrząs nastąpi, gdy pokolenie dzieci influencerów zacznie dochodzić swoich praw po osiągnięciu pełnoletności. Mecenas wskazuje tu na art. 23 i 24 Kodeksu Cywilnego, chroniące godność i wizerunek. Ich naruszenie może być podstawą procesu o usunięcie treści, przeprosiny, a nawet zadośćuczynienie.
– Pozostaje również roszczenie z tak zwanej skargi pauliańskiej, odnoszącej się do bezpodstawnego wzbogacenia się rodziców kosztem dziecka. W takim wypadku dziecko mogłoby wystąpić z powództwem przeciwko swoim rodzicom o zwrot korzyści finansowych uzyskanych z wykorzystania jego wizerunku – wspomina również ekspert o ścieżce majątkowej.
Granica wyzysku
Gdzie przebiega granica między chęcią dzielenia się życiem a bezduszną eksploatacją?
– Takie kwestie oceniane są przez sąd rodzinny w konkretnych przypadkach. W zależności od oceny sądu uwzględniającego zasady współżycia społecznego i kwestie częstotliwości wykorzystania materiałów rodzinnych, czy komercyjnego działania nastawionego wyłącznie na zysk bez poszanowania godności dziecka. Może być potraktowane jako działanie niezgodne z jego dobrem – tłumaczy Piotr Laskowski, podkreślając brak sztywnych reguł w polskim prawie.
Według niego pojęcie „dobra dziecka” daje sędziom dużą swobodę interpretacyjną. – Sędziowie w trakcie orzekania nie są wyłącznie związani przepisami prawa, lecz również uwzględniają doświadczenie życiowe i zasady współżycia społecznego funkcjonujące w danym czasie.
W skrajnych przypadkach, gdy wizerunek trafia w ręce pedofilów, sprawa może przenieść się na grunt Kodeksu Karnego. Co istotne, nastolatek po szesnastym roku życia może samodzielnie zażądać usunięcia swoich danych na podstawie RODO. W sytuacji braku porozumienia z rodzicami wiążące zarządzenie wydaje sąd opiekuńczy.
Kim jestem?
Dziś dzieciństwo coraz częściej zaczyna się przed obiektywem. W uniwersum cyfrowego chaosu tożsamość dziecka nie buduje się w domowym zaciszu, ale z telefonem w ręku i kamerą skierowaną na twarz. Każdy naturalny odruch jest korygowany tak, by pasował do estetyki profilu rodzica.
– Jeśli od małego dziecko słyszy: „usiądź prosto”, „uśmiechnij się”, „nie ubrudź się” (bo właśnie trwa nagranie), dostaje jasny komunikat: muszę zachowywać się tak, jak oczekują inni. Moje naturalne potrzeby są drugorzędne. Taka presja buduje przekonanie o byciu niewystarczającym i lęk przed odrzuceniem, jeśli nie spełni się cudzych oczekiwań. Scena zastępuje dom, a autentyczność zostaje złożona w ofierze zasięgów – tłumaczy psycholog Karolina Nowakowska.
W ten sposób dom przestaje być azylem, a staje się miejscem pracy, w którym prywatność dziecka jest poświęcana dla dobra contentu. Brak poszanowania granic przez dorosłych sprawia, że młody człowiek traci kompas moralny. Jeśli intymność jest towarem wystawionym na widok tysięcy obcych ludzi, dziecko traci zdolność do stawiania własnych barier.

– Jeśli ja nie mam swojej prywatności, to nie umiem zrozumieć i uszanować czyjejś, bo nie nauczyłam się tego. Jeśli nie mam jasno postawionych granic, to nie będę umiała ich stawiać w przyszłości i nie będę zważała na czyjeś. Nie będzie mnie interesowało, że sprawiam komuś przykrość, bo dla mnie brak intymności po prostu stał się normą – dodaje Nowakowska.
To właśnie tutaj sharenting zbiera najgorsze żniwo. Więzi słabną, gdy wspólne chwile stają się wyłącznie rekwizytem w rękach rodzica-menedżera. Ciągła obecność kamery sprawia, że dziecko z biegiem lat zaczyna się emocjonalnie oddalać, próbując desperacko chronić resztki swojej intymności przed własną rodziną.
Publiczna intymność
Sharenting komercyjny to wystawianie dzieciństwa na licytację, w której walutą są lajki i kontrakty reklamowe. Rodzic, stając się menedżerem własnego dziecka, niszczy fundament zaufania, którego nie odbuduje żaden przelew. Jako społeczeństwo ulegamy iluzji bliskości z influencerami, stając się biernymi wspólnikami w procesie odzierania dzieci z ich godności.
Pytanie o ostateczny rachunek za skradzioną prywatność pozostaje otwarte. Można o niego walczyć w sądzie, używając artykułów kodeksu cywilnego, jednak strat w psychice nie wyrówna żadna kwota. W świecie, w którym wszystko jest na sprzedaż, największą cenę zawsze płaci ten, kto nie mógł wyrazić na to zgody. Dzieciństwo nie jest własnością rodziców. Jest prawem dziecka, którego nikt nie powinien mu odbierać pod przykrywką „fajnego” profilu w mediach społecznościowych.
