Tort z keczupem – recenzja „Split”

splitposterMężczyzna porywa trzy studentki i więzi je w piwnicy. Ile takich historii już znamy. Dodajmy jednak, że porywacz to nie jedna, a dwadzieścia trzy osobowości i sami czasem nie do końca wiemy, która z nich w danym momencie przez niego przemawia. „Split” to nie jest film złożony, ale z dobrym pomysłem na siebie.

Manoj Shyamalan to reżyser o którym powinno się pisać książki. Przeszedł on drogę od nominowanego do Oscara w dwóch kategoriach filmu „Szósty zmysł” , aż po „Ostatniego władcę wiatru”, z którego śmieje się cały świat. Twórca nie traci wiary w swoje umiejętności i udaje mu się wydać czasem coś dobrego („Osada”, „Wizyta”), aby zaraz znowu światło dzienne ujrzał jakiś gniot („1000 lat po ziemi”, „Zdarzenie”). Gdy prześledziłem jego drogę twórczą zdałem sobie sprawę, że wiele innych osób dało by sobie już spokój w tym zawodzie. Ale nie Manoj. Kto raz skosztował wielkiego sukcesu, chce go poczuć jeszcze raz. Tym sukcesem miał być nowy film reżysera pod wdzięcznym tytułem „Split”. Pomysł szalenie dobry, jednak finalnie wyszło średnio.

Historia rozpoczyna się od porwania trzech nastolatek. Nie zgadniecie – dwie z nich to głupiutkie lale. Trzecia jest klasowym dziwadłem. Nikt nie chce mieć z nią wiele do czynienia. Urodzinowa impreza w podmiejskiej knajpce dobiegła końca. Ojciec jubilatki proponuje, że odwiezie outsiderkę (została zaproszona z litości) do domu. Dziewczyny wsiadają do samochodu, a minutę później, zamiast ojca jednej z nich, za kierownicą siada nieznajomy. Spryskuje je sprayem, po którym tracą przytomność. Wszystkie trzy budzą się w piwnicy. Schemat stary jak świat. Minęło dwadzieścia minut, a jedyne co czuję, to ból na ustach od przesolonego popcornu. Do tej pory historia mnie nie zainteresowała. Z niecierpliwością czekam na pojawienie się głównego bohatera. Jak reżyser poradził sobie z przedstawieniem wychwalanych na każdym plakacie licznych osobowości Kevina (James McAvoy)? Nie jest źle, ale spodziewałem się czegoś lepszego.

Trailer nie pozostawiał złudzeń, że „Split” to film przy którym szare komórki będą pracowały na wysokich obrotach. Trochę się jednak zawiodłem. Nie wszystkie osobowości zostały przedstawione. Wyszło to jednak filmowi zarówno na plus, jak i na minus. Gdyby McAvoy miał zagrać dwadzieścia trzy różne postacie, mogło to się nawet uważnemu widzowi trochę pomieszać. Fabuła by się rozciągnęła, trzeba by rozbudować i zamknąć niektóre wątki. Każdy charakter Kevina, który przejmował nad nim kontrolę, wyróżniał się innymi cechami. Barry to projektant mody, jest trochę niedbały, ale pewny siebie. Hedwig to dziewięcioletni fan Kanye’go Westa. W swoim pokoju ma okno z papieru i walkie-talkie, które ukradł Denisowi. Ten z kolei to pedantyczna i chorobliwie nieznosząca brudu osobowość Kevina, która przez traumę wytworzyła się jako pierwsza.  Bardzo chciałem poznać problem mnogiej osobowości. Jak żyje taki człowiek w społeczeństwie, jak wyglądają jego relację z innymi ludźmi. Niestety odpowiedzi na to pytanie w filmie nie uzyskamy. Reżyser nie pozostawia nas jednak z niczym. Przedstawiony zostaje fragment panelu dyskusyjnego na temat zmian, jakie mogą zajść w biologii człowieka cierpiącego na osobowość mnogą. I jak do tej pory we wszystko byłem w stanie uwierzyć, tak po tej scenie miałem z tym mały problem.

split2Denis i Patricia (kolejna osobowość Kevina) to bohaterowie, którzy wierzyli w przybycie tzw. Bestii. Zapowiadana dwudziesta czwarta postać, znacznie przewyższająca ludzki gatunek pod względem siły, szybkości, poruszania się i odporności na obrażenia. Przez cały film otrzymywałem sygnały, że Bestia nadchodzi i trzeba się jej bać. Niespecjalnie na nią czekałem, a gdy już się pojawiła to trochę się zawiodłem. Budowanie napięcia szło bardzo nieudolnie i nie byłem zaangażowany w fabułę. Z rzeczy które spodobały mi się najbardziej, to historia Casey (Anya Taylor‑Joy) – wspomnianego odludka. Dziewczyna nie stała się outsiderką bez przyczyny. Ma to związek z jej dzieciństwem, którego przebieg poznajemy w kilku retrospekcjach. Trauma jaką przeżywa w pewnym sensie łączy ją z Kevinem, którego los także nie oszczędził. Nagrodzić brawami chciałbym także Jamesa McAvoya. Charaktery które przedstawił, mimo że było ich (tylko albo aż) siedem, znacznie się od siebie różniły. Aktor w jednej chwili był dziewięciolatkiem z wadą wymowy, by zaraz zamienić się w silnego i bezwzględnego trzydziestoparolatka z wyraźnym angielskim akcentem. Patricia została zagrana tak dobrze, że nie mogłem wyjść ze zdumienia. Tego nie zrobił nawet Eddie Redmayne w „Dziewczynie z portretu”. No i kadry! Zbliżenia na McAvoya wydają się trwać wieczność i wychodzi to filmowi na plus. Widzimy każdy jego grymas. Z twarzy aktora wynika, że kontroluje sytuację, a w oczach widać strach, ból i cierpienie. Sala z krzesłami i snopem światła, którymi określa się jego świadomość, jest za mała dla tych wszystkich którzy chcą dojść do głosu.

Ostatnie minuty filmu to niestety jedno z najbardziej niesatysfakcjonujących zakończeń filmowych. Nic się nie wyjaśnia, a dostajemy jeszcze odwołanie do wcześniejszego filmu reżysera. Niby puszczamy oczko, ale tak trochę zapominamy je otworzyć. W internecie roi się od teorii spiskowych na temat kolejnej części filmu. Niektóre z nich wydają się całkiem logiczne i gdyby się spełniły, mogła by wyjść z tego udana kontynuacja. „Split” jest dla mnie jak tort z keczupem. Jeśli go dobrze oczyścić, smakowałby o wiele lepiej. Shyamalan’owska „Wizyta” to wciąż jeden z lepszych horrorów jakie widziałem. Miałem więc nadzieję, że i tym razem reżyser stanie na wysokości zadania i nowy film wgniecie mnie w fotel. Siedząc w kinowej sali przed piątkowym seansem, zastanawiałem się od czego zacznę tę chwalebną recenzję Po wyjściu z kina, nie wiedziałem co powiedzieć. Trochę się zawiodłem, ale bawiłem się nie najgorzej.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *