„Autopsja Jane Doe” – śmierć przez zanudzenie

Autopsja Jane Doe recenzjaAndré Øvredal zaprasza nas do prosektoryjnego stołu. Niestety, początkowo świeży i ciekawy pomysł szybko ulega rozkładowi i zaczyna trącić stęchlizną.

Wszystko zaczyna się w domu, w którym doszło do rzezi. Policja oznacza dowody, fotografuje ciała. Nie wiadomo kto i dlaczego pozabijał tych ludzi. Jakby tego było mało, funkcjonariusze znajdują w piwnicy częściowo zakopane ciało młodej kobiety. Rodzą się kolejne pytania: kim jest? Skąd się tu znalazła? Jaka była przyczyna zgonu? Dlaczego w piwnicy nie ma betonowej podłogi? Szeryf prowadzący sprawę, postanawia udać się z prośbą o pomoc do miejscowego prosektorium.

Dobrze się zapowiadało…

Tutaj na scenę wkraczają główni bohaterowie: ojciec i syn – mistrz i padawan, Tommy (Brian Cox) i Austin (Emile Hirsch) Tilden. To oni są właścicielami prosektorium połączonego z krematorium. Wspólnie pracują nad zwłokami, próbując ustalić przyczyny zgonu. Podczas tych pięknych, wspólnych chwil, gdy w tle przygrywa rockowa nuta, dyskutują o życiu, rodzinie i miłości. Wydają się oni wariacją na temat rodziny Addamsów. Co prawda panowie nie mają lokaja i samoświadomej biegającej dłoni, ale posiadanie prosektorium w piwnicy pod domem też nie jest czymś normalnym.

Pierwsza połowa „Autopsji” jest niezwykle klimatyczna. Obserwowanie mistrzów przy pracy jest naprawdę wciągające i jednocześnie w pewnym stopniu niepokojące. Bliskie ujęcia nacinania skóry skalpelem, czy chrzęst kości przecinanych potężnymi nożycami niejednego przyprawi o ciarki. Przecież tego typu sceny nie są popularne w kinie. To nie slasher, w którym szokować ma kawał mięsa i hektolitry krwi, tylko precyzyjna oraz bardzo realistyczna robota. Panowie odkrywając podczas swojej pracy coraz dziwniejsze ślady, starają się połączyć je w logiczną całość. Konwencja ta, z oszczędnym oświetleniem i ograniczeniem się do jednej sali, niezwykle mi odpowiadała. Niestety, nie to autor miał na myśli.

…ale się zepsuło.

Wszystko zmienia się, gdy do gry wchodzą nadnaturalne moce. Wtedy poetyka filmu zmienia się diametralnie. Przestajemy być obserwatorami skrupulatnej i ciekawej pracy, a stajemy się świadkami zużytych, chaotycznych i straszliwie nudnych schematów. W mgnieniu oka prosektorium staje się placem zabaw samego szatana i jego nieczystych mocy. Gasnące światła i samoistnie otwierające się drzwi, to tylko część innowacyjnych zabiegów, które mają nas przerazić. Do znudzenia prezentowane ujęcia wąskich korytarzy tracą swój klaustrofobiczny urok niezwykle szybko, a cały spektakl zmienia się w jeden z odcinków „Walking Dead” – przecież ciała z lodówek nie mogą się zmarnować!

Objawienie się sił zła wprowadziło chaos nie tylko w życiu głównych bohaterów, ale również w scenariuszu. Panowie odpowiedzialni za tę historię sami chyba nie wiedzieli, co chcą osiągnąć. Znaleźć można w tym filmie masę niedociągnięć i niedomówień, które jedynie dobijają – i tak kulejącą – fabułę. Mógłbym napisać coś o wątkach oraz postaciach pobocznych, bo i takie się tu znajdują, ale wezmę przykład ze scenarzystów i po prostu pominę ten temat.

„Autopsja Jane Doe” jako całość nie jest kompletnym fiaskiem. Ma swoje momenty, widać, że Øvredal starał się stworzyć intrygujący i jednocześnie niepokojący klimat, co udało mu się przez pierwsze 40 minut. Niestety, scenariusz nie pozwolił na wyciśnięcie niczego więcej z tej historii, a szkoda, bo liczyłem na niekonwencjonalny horror, a dostałem zlepek klasycznych kinowych zagrywek.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *