Archiwum Dźwięków. Rok 1989

Trudno wyobrazić sobie brzmienie muzyki rozrywkowej po wyciągnięciu z jej historii choćby jednej dekady. Szczególnie tej, w której rozwinęło się tak wiele gatunków i tak wielu twórców, nie pozostających bez wpływu na kształt dzisiejszego rynku muzycznego. Mowa oczywiście o latach 80., bardzo charakterystycznych, choć na pewno nie monotonnych. Zwieńczeniu dekady towarzyszyło wiele przemian, włączając w to także stopniową transformację estrady. Rok 1989 okazał się godnym zakończeniem ery oraz rozważnie zbudowanym pomostem ku kolejnej. Stanowił soczystą the cherry on top, słodkością przebijając wszystkie poprzedzające go wiosny. A tylko przypomnę, że ten tort naprawdę był wyśmienity.

W tym roku swoją premierę ma tak ważny dla grunge’a pierwszy album Nirvany, Lenny Kravitz debiutuje ciepłym przekazem Let Love Rule, Tina Turner śpiewa, że jest „The Best”, po trzech latach w studiu Queen w końcu wydaje The Miracle, Elton John zaś raczy nas jedną z najbardziej klasycznych ballad „Sacrifice”.  W radiu grają już „Kocham wolność”, w ogóle w Polsce muzycznie trzymamy się dobrze: debiutuje IRA, Ciechowski nagrywa jako Obywatel G.C., znaczenie zyskują Voo Voo, Pidżama Porno czy T.Love.

Nie sposób wyróżnić wszystkich krążków wydanych w 1989, które na to zasługują. Można jednak próbować wyłonić chociaż 10 wartych uwagi, a przy okazji zamknąć setkę tych recenzowanych pokrótce w Archiwum Dźwięków. A skoro grudzień to i tak miesiąc podsumowań: spróbujmy, może będzie to całkiem zgrabny happy end.

1. Disintegration

Zdaje się, że wzrastająca popularność i coraz większe sukcesy komercyjne to motor napędowy dla artystów w zasadzie w każdej z dziedzin. Niekoniecznie dla Roberta Smitha, który wobec takiej sytuacji poczuł się raczej niezrozumiany. Kultowa Dezintegracja faktycznie jest jednym z najważniejszych momentów w karierze The Cure, o ile nie najważniejszym. Z założenia miała jednak zboczyć z głównego nurtu, bo obecność w nim lider uznał za symptom spłycenia twórczości kapeli. Pop star to ostatni przydomek, który zechciałby nosić. „This is not what our band is about”, mówił. Artyście dodatkowo towarzyszył strach przed ubiegającym czasem, pragnął stworzyć coś, co miałoby jakieś znaczenie jeszcze przed ukończeniem trzydziestki, a ta zbliżała się agresywnie. Tak więc wróciły psychodeliki, a razem z nimi, no właśnie, powiew psychodelii, ciemności i duszności, tak utęsknionych od czasu Pornography (1982).

Ten album to długa opowieść, o nieokreślonym miejscu i czasie akcji. Chciałoby się rzec, że kopalnia złota, ale chyba jednak dużo adekwatniejsze porównanie stanowi jaskinia. Atmosfera trochę chłodna, momentami przygnębiająca, ale gdy wzrok się wyostrzy, to można dostrzec niespotykany na powierzchni rodzaj piękna, oślepiający tak czy owak. No i jaka imponująca akustyka. Odgłosy raczej spokojne, ale zaskakująco rytmiczne. Rzeczy nie z tej ziemi, a jednak na wyciągnięcie ludzkiej ręki i po ludzku nazwane.

Chociaż zawartość przepełniona jest przejmującym smutkiem, to odczuwanie tej emocji przy takim akompaniamencie jest przeżyciem niemal transcendentnym, uszczypliwi zechcą być może powiedzieć: aktem blisko masochistycznym. Przyznam wówczas, że widzę, o co może im chodzić, ale chwilę później zaproponuję, żeby sobie w samotności Disintegration przesłuchali i powiedzieli z czystym sercem, że to nie było przyjemne. Nie uwierzę.

2. The Stone Roses

Uformowana w 1983 roku grupa z Manchesteru, która później stała się jedną z muzycznych wizytówek miasta i filarów nurtu madchester, pierwszy studyjny album wydała dopiero 6 lat po rozpoczęciu kariery. Warto było na niego poczekać do końca dekady. Mimo inspiracji rytmicznymi brzmieniami typowymi dla lat 60. autorska arogancja i rockowa maniera The Stone Roses przyczyniły się do wyznaczenia granic dla grania sentymentalnego, paradoksalnie łączącego apatię z młodzieńczą energią, nazwanego potem chwytliwie brit-popem. W dodatku do iście beatlesowskich melodii otrzymujemy ciekawe w tym kontekście instrumenty i atmosferę, momentami funkową, a czasem już neopsychodeliczną.

Na uwagę zasługuje przemyślane opakowanie. Na okładce widnieje grafika inspirowana twórczością Jacksona Pollocka. „Bye bye Badman” to praca Johna Squire’a, uwielbianego przez zespół i chętnie przez muzyków wykorzystywanego. Obraz nawiązuje do paryskich zamieszek z maja 1968 r., gdzie cytryny stosowano jako antidotum na gaz łzawiący, którym atakowano tłumy protestujących. Ianowi Brownowi spodobał się też dostrzeżony w jednym z filmów dokumentujących wydarzenia motyw rzucania kamieniami w policjantów. No i faktycznie wątek kamieni (stones) jest wszechobecny w twórczości i image’u angielskiej grupy.

Wyróżnić trzeba by tak pięknie błagalne „I Wanna Be Adored”, które nie bez powodu cieszy się największą popularnością na krążku, a być może w całym repertuarze kapeli. Utwór ten jest niesamowitym łącznikiem pomiędzy dwoma erami rocka alternatywnego, pieszcząc wycofaną perkusją i gitarą ślizgającą się mocno po osi czasu między 80s a 90s.

3. Pretty Hate Machine

W latach 80. zmieścili się jeszcze ze swoim debiutem studyjnym panowie z Nine Inch Nails, z charyzmatycznym Trentem Reznorem na czele. Artysta ubrał typowy synthpop w czarny lateks, skórę i inne, raczej mroczne tekstury. Można by pomyśleć, że to przepis na późniejsze Depeche Mode i w przypadku PHM to analogia wcale nie na wyrost. To jest wciąż nowa fala, ale w rozumieniu nowej, bardzo wpływowej inicjatywy, która odcisnęła widoczne ślady na muzyce industrialnej. Elektronika nabrała nieznanej dotąd agresji. Przeplatane z gitarami syntezatory zaskakująco sprawnie współpracują tutaj z zautomatyzowaną, ciężką perkusją i wokalem ciekawie lawirującym od szeptu do krzyku. Jednocześnie nie dostajemy dawki mechanicznych powtórzeń, utwory to nie uderzane tracki, a w istocie piosenki. To brzmienie oryginalne, a jednak dość uniwersalnie „alternatywne”.

Niepokój dostrzegamy także w tekstach, przepełnionych poczuciem szeroko rozumianej zdrady: ludzie nas zdradzają, ale system też. Głównym założeniem było rozbicie idealnego obrazka tą liryczną pięścią: trochę buntowniczą, ilustrującą dorastanie i odsłanianie się przed człowiekiem faktycznego obrazu rzeczywistości. Ta przyziemność odzwierciedlona jest zresztą też w samym brzmieniu, które miało, jak mówił Reznor, „uczłowieczyć” dotychczas zbyt kolorową muzykę elektroniczną i dance’ową. Pozwolę sobie przytoczyć idealne podsumowanie AllMusic: „być może największym osiągnięciem Pretty Hate Machine było to, że wniósł emocjonalną ekstrawagancję do gatunku, którego głównym tematem prawie zawsze była dehumanizacja”.

Chyba najtrafniej obrazujący zarówno źródła (wspomniane wcześniej DM czy Ministry), jak i wpływowość początków twórczości NIN jest trzeci singiel: bezwstydny, mocny „Sin”.

4. Oranges & Lemons

Oranges and lemons, say the bells of St. Clement’s. Popularną, choć trochę demoniczną w swoim niewinnym brzmieniu, brytyjską dziecięcą rymowankę część z nas kojarzy z orwellowskiego „Roku 1984” jako symbol tęsknoty do normalności i beztroski. Niektórzy może rozpoznają w niej wersy z „Clash City Rockers” zespołu The Clash. Jeszcze innym na myśl przyjdzie właśnie jedenasty krążek XTC.

Zespół tłumaczył nawiązanie do przyśpiewki bardzo kiepską sytuacją finansową, która wisiała wówczas nad artystami niczym ciężka ciemna chmura i zamykała im drogę do rozwoju. Pomarańcze i cytryny zdają się jednak również bardzo zmysłową ilustracją tego, co płyta naprawdę zawiera. Gdyby wybierać można smaki i kolory dla brzmień, to właśnie cytrusy stanowiłyby tu przewodni motyw kulinarny. Być może nie bez znaczenia dla wywoływanych odczuć jest także oprawa graficzna, bardzo groovy, bardzo popartowa. Okładka miała przypominać pracę Heinza Edelmanna, dyrektora artystycznego filmu Yellow Submarine. Charakterowi nagrań sprzyjało także miejsce, w którym powstawały, a mianowicie słoneczne LA.

Jeśli chodzi o brzmienia, to wszechobecne, owocowe ciepło i egzotykę przynoszą psychodeliczne nawiązania do lat 60. i inspiracje afrykańskimi brzmieniami oraz gatunkami, które nie boją się instrumentów dętych. Mimo wszystko płyta świetnie wpisuje się w charakter dekady, ujmuje jej funkowe szaleństwo, ale też rockowe zboczenie.  Początkowo miała być to banalna składanka, za pomocą której kapela mogłaby odbić się od dna, a wyszedł album przepełniony co prawda lekkim, ale okrzesanym entuzjazmem i nienasyceniem, jak powiedział sam Partridge: zbiór singli kreujących swoisty bizarre perfect universe.

5. 13 Songs

Pierwsze siedem z nich pochodzi z Fugazi, pozostałe sześć z Margin Walker, a zatem dwóch mini-albumów zespołu Fugazi, nagrywanych i wydanych w osiemdziesiątym ósmym i dziewiątym. W efekcie dostajemy więc długometrażową post-hardcore’ową kompilację. Wszystkie trzynaście utworów razem. Rany, jakich dobrych utworów! 3 miliony sprzedanych egzemplarzy i to bez żadnej oprawy marketingowej, bez żadnych teledysków ani radiowych singli: wynik podnoszący na duchu, bo mowa o czymś zdecydowanie offowym.

Magazyn „Stereogum” tłumaczy ponadczasowość krążka mniej więcej tymi słowami: „Jeśli koncepcja punkowego zespołu piszącego piosenkę z perspektywy kobiety, osaczonej zewsząd seksistowskimi huknięciami, wydaje się teraz rewolucyjna, wyobraź sobie, jak brzmiało to w 1988 roku, kiedy kanon klasycznego punka wciąż składał się głównie z piosenek traktujących o biciu, piciu, linczowaniu i innych dziwnych rytuałach”. Z tego cytatu wyłania się obraz kapeli dojrzałej, ale pamiętającej o specyfice owego czasu i owej sceny: niespokojnej, niestandardowej, asertywnej, która swój bunt kształtuje jednak w całkiem inteligentny sposób. To nie jest zwykłe wycie i walenie w akcie niezadowolenia. To kunsztowne przekucie tego niezadowolenia w pomysłową gatunkową mieszankę, a że ciężkim i ogromnym dłutem –  no trudno.

Jedna z 13 Songs, chyba najbardziej kultowa „Waiting Room” została zainspirowana krótkotrwałym charakterem poprzedniego zespołu Iana MacKaye’a. Jest o tym, że warto czekać na odpowiednich ludzi i odpowiedni moment. No nie sposób się nie zgodzić, skoro efekty czasu spędzonego w tej poczekalni wyglądają, a raczej brzmią, w ten właśnie sposób.

6. The Sensual World

Kolejny album tym razem prosto z krainy łagodności, z trochę dziwacznego, ale jakże zmysłowego świata Kate Bush. Dość jasno widać, że inspiracje literaturą należą do jej ulubionych, dlatego nie dziwne, że i tym razem tytułowy kawałek oparto na klasycznej powieści Jamesa Joyce’a „Ulysses”. Kiedy właściciele praw do tekstu odmówili wykorzystania dosłownej jego treści, Bush nie zrezygnowała wcale z upatrzonej, ukochanej idei. Umieściła główną bohaterkę Molly w utworze, tworząc swego rodzaju literacki apokryf, w którym schodzi ona ze stronic książki do rzeczywistości.

Wokalistka wiedziała jak szokować nieostentacyjnie, zachowując smak i właściwą sobie tajemniczą eteryczność, delikatność, zwiewność. Zdawała sobie sprawę, że w tych kobiecych cechach tkwi także ogromna siła, nie bała się bowiem rysowania tematów trudnych (np. w „This Woman’s Work”, gdzie porusza kwestię porodu), szczególnie w tym czasie i szczególnie na rynku zdominowanym przez mężczyzn i wielkie „męskie granie”. Jednocześnie daleko jej od agresji, a wszystko podane jest w bardzo estetycznej oprawie artystycznej. Jest odważnie, ale nie bezczelnie, kobieco, ale na pewno nie „słabo”. Bush sama wyreżyserowała teledyski wydane w dodatku wideo, w ogóle była przede wszystkim odpowiedzialna za produkcję całego albumu. To nie tak, że jej nie doceniono. Dwa lata po premierze The Sensual World był nominowany do nagrody Grammy za najlepszy album z muzyką alternatywną.

W 2011 roku cztery utwory z krążka zostały odkurzone i wydane w nowej wersji, włącznie ze świeżym klipem do „Deeper Understanding”, niewygodnie i dobitnie alarmującym o samotności, jaką przyniesie nam technologia. Dopiero wówczas zdano sobie sprawę, jak bardzo artystka wyprzedzała swoją epokę w 1989 i na jak wielu poziomach to robiła. A, i Joyce Estate zgodziło się tym razem na wykorzystanie prawdziwej historii Molly z „Ulyssesa”.

7. Thunder and Consolation

Nazwa zapożyczona z siedemnastowiecznego literackiego zbioru dzieł Edwarda Burrougha to zaledwie zapowiedź epickości czwartego albumu New Model Army. Klimatu nadała także sprężysta, ale rozważna zabawa z folkowymi smyczkami („Vagabonds”, „Green and Grey” ) i cudowne, enigmatyczne dźwiękowe tło dla prowadzących gitar (np. w „I Love the World”).

Brytyjskiemu zespołowi z rozczochranym liderem bez zęba na przedzie zapowiedziano, że z takim wizerunkiem kariery w Stanach nie zrobi. Justin Sullivan jednak nigdy nie dbał o zdanie innych, nawet za całą produkcję krążka odpowiedzialni byli wyłącznie członkowie kapeli. Jednak by dostać się za ocean, trzeba było podjąć jakąkolwiek współpracę z ludźmi znającymi się na marketingu. Mimo takiej potrzeby powielanie schematów wciąż nie wchodziło w grę, więc do kompromisu w sprawie image’u nie doszło. Upartość jednak opłaciła się, bo dzięki swojej autentyczności i, co by nie było, wizom pracowniczym, Anglicy podbili amerykańskie college radio i serca publiczności nowego kontynentu.

Nic dziwnego, scena to w rzeczy samej żywioł New Model Army, frontman nazwał ją wręcz swoim catharsis. Jak mówił w pełnym wspomnień wywiadzie przeprowadzonym przez Neda Ludda w 1997 roku: „Trasa to prosty sposób na życie, wolny od codziennych zmartwień. Uwielbiam pokoje hotelowe, niekończące się podróże, stacje benzynowe przy autostradach w środku nocy (które mimo menu i wystroju wciąż uważam za dziwnie romantyczne) i to poczucie melancholii, które wynika z patrzenia przez okno autokaru i obserwowania dziwnego świtu pełnego poczucia pustki, jakiegoś oczyszczenia, i świadomości, że następnego dnia mam szansę zagrać muzykę od nowa: inaczej lub lepiej. To długi romans z drogą, która zaczęła się lata przed muzyką. Większość artystów ma dość podróżowania, ale jeśli chodzi o mnie, szczęśliwie umrę gdzieś w drodze”. W tę dziwną, poetycką, a jednak nieoderwaną od brudów rzeczywistości drogę zabiera nas właśnie Thunder and Consolation.

8. Deep

Smyczki usłyszymy też na solowej składance Petera Murphy’ego, znanego przede wszystkim jako frontman grupy muzycznej Bauhaus. Nierzadko krytyka posuwała się do stwierdzeń, że artysta jest mroczniejszą wersją Davida Bowiego, przepełnioną jeszcze większą tajemnicą. Cóż, analogia może i dla wokalisty komercyjnie skuteczna, ale nieuczciwie godząca w jego oryginalność. Bowie i Murphy to przecież niepodważalnie dwa autentyki.

Brzmienie Deep wciąż nosi wyraźne znamiona gotyckiej przeszłości wokalisty, ale sprytnie wpasowuje się w ramy modern-rocka, zagrzewając sobie uprzywilejowaną pozycję w katalogu alternatywnych przebojów zarówno mijającej, jak i nachodzącej dekady. Jest przystępniejsze dzięki swojej niewymuszonej, a wypracowanej raczej przez lata lekkości. Słychać, że to robota twórcy dojrzałego, który wie, kiedy pozwolić sobie na odsłonięcie trochę radości tworzenia, pozostając jednocześnie za cienkim woalem profesjonalizmu i artystycznej perfekcji.

Za tym woalem kryje się z lekka androgyniczna twarz o wyraźnych kościach policzkowych. Osobowość sceniczna tak samo gładka, jak szorstka, o głosie w równej mierze dramatycznym, jak kołyszącym. Już jako dziecko, Murphy nie tylko śpiewał, ale też pisał i malował. Jak wspomina, w jego pamięci szczególnie zapisały się próby chóru w kościele, na których po raz pierwszy doświadczył niezwykłej doniosłości muzyki i mocy, z jaką dostarcza ona uniesień. Nie przypadek zatem, że album brzmi, jakby tworzony był ze szczerą miłością i oddaniem sztuce, którą ostatecznie artysta wybrał jako swoje przeznaczenie.

9. New York

To przede wszystkim maniera, z jaką śpiewa Lou Reed, wyróżniała jego twórczość spośród innych albumów powracających do podstaw rock & rolla. Nie do końca udana produkcja nadrobiona została dojrzałymi brzmieniami (tego, co krytycy nazywali adult rock ‘n’ roll) i trzymaniem się koncepcji, według której utwory tworzyły swego rodzaju historię. Reed tym razem pozostaje staranny nawet w swojej artystycznej nonszalancji.

New York ma w sobie coś oldschoolowego, ale lirycznie ściśle trzyma się ówczesnej rzeczywistości, szczególnie tej kreowanej wówczas przez masowe środki przekazu. Magazyn „The Rolling Stone” użył nawet określenia, że teksty te jawią się jako swoista publicystyka, rodzaj poetyckiego dziennikarstwa, skuteczniejszego, bo wolnego od politycznych wpływów. Sprawnym, trafnym, ale nie bezczelnym komentarzem i niepodrabianą charyzmą wokalista wskrzesił niejako także publiczność The Velvet Underground, grupy, której tak długo przewodził. W repertuarze brzmień też nie znalazło się miejsce na nic nudnego, ba, dostajemy takie ciekawostki, jak np. elektryczny kontrabas, na którym zagrał Rob Wasserman. Album to niewątpliwie przełom w karierze dojrzałego już u schyłku lat 80. muzyka i jego największe osobiste osiągnięcie dekady.

„Złapany między zakręconymi gwiazdami, pokreślonymi liniami, błędną mapą, która sprowadziła Kolumba do Nowego Jorku” – tymi słowami kulturalny, acz bezkompromisowy Reed otwiera krążek, zapraszając nas do swojego miasta i do swojego, mniejszego znacznie, ale ileż przyjemniejszego dla ucha, świata.

10. Floating into the Night

Chociaż piękny, utulający do snu wokal należy do Julee Cruise, to za produkcję debiutu piosenkarki, teksty i kompozycje odpowiedzialny jest jeden z najbardziej onirycznych duetów kultury popularnej: David Lynch i Angelo Badalamenti. Zawartością Floating into the Night urozmaicano zresztą ścieżki dźwiękowe dzieł amerykańskiego reżysera, między innymi te do serialu „Miasteczko Twin Peaks” czy filmu „Blue Velvet”. Faktycznie, odtwarzając owe brzmienia, widzę już prawie wyłącznie czarno-białą podłogę, czerwone zasłony, ekspres do kawy i podrygującą wokół niego Audrey Horne. Lubiła jazz i pstryknięcia palcami. Była też taka romantyczna. Cóż za nostalgia!

Lynchowskiego piętna nie da się w tym przypadku wymazać, wygładzić, „odzobaczyć”, ale cała ta somnambuliczna atmosfera bez głosu Cruise byłaby pozbawiona zwiewności, ciepła i eteryczności. To śpiew syreny, ale takiej bez demonicznych intencji. Hipnotyzuje i nawiedza, ale też kołysze, obejmuje i przyciska do piersi. Zmusza do wewnętrznych powrotów, ale z takim akompaniamentem nie chce się wracać do miejsc złych. Tutaj przez uszy do serca leje się miękka słodycz.

Floating into the Night jest być może najadekwatniejszym tytułem, jaki albumowi można było nadać. Nie znam lepszego środku nasennego, którego jedynym skutkiem ubocznym może być ukłucie tęsknoty nie wiadomo za czym.

Możliwe, że gorszą stroną słuchania tej muzyki wieczorem są problemy z dotrwaniem do końca, zanim stanie się ona soundtrackiem do naszego prywatnego filmu: głębokiego snu. Można jej zatem z czystym sumieniem zażywać na raty.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *