„Każdy przepuszcza kino przez swoją wrażliwość” – rozmowa z Kają Klimek

Kaja Klimek podczas VII Konferencji Mediów Studenckich

Kaja Klimek, fot. Zuzia Podobas

Chlebem powszednim każdego krytyka filmowego jest kino. Jest to zawód skrojony pod entuzjastów i masowych pochłaniaczy popkultury. Jak ryba w wodzie w tej roli czuje się Kaja Klimek – recenzentka filmowa, tłumaczka i edukatorka, która w swoich ocenach nie boi się odbiegać od powszechnych opinii. Krytycznym okiem spogląda także na współczesny mainstream, poszukując oryginalnych perełek wśród przewidywalnych blockbusterów. Co jej zdaniem sprawia, że konkretne produkcje są udane i jak ważne w ich odbiorze są dla niej osobiste odczucia? 

 

Kaju, czy jako recenzentka często odbiegasz od powszechnej opinii na temat jakiegoś filmu czy lubisz iść pod prąd? 

Gdybym miała być tutaj szczera i uczciwa to powiem, że nie jest tak, że patrzę sobie „o, wszyscy dają 9, więc ja daję 2“. Często mam tak, że kompletne lajkowanie jakiegoś filmu nie zgadza się z tym, jak ja na niego patrzę. Mam takie dwa przykłady, które w ogóle do mnie nie przemówiły, a wiem że są powszechnie niesamowicie doceniane: „Aftersun“ i „Dobrzy nieznajomi“. To są filmy, które emocjonalnie są ze sobą połączone: jest w nich i nostalgia, i typowe dla takiego nostalgicznego sposobu opowiadania światło i kolor. Jest i Paul Mescal, a ja się nie załapuję na to ani emocjonalnie, ani intelektualnie. I trochę jakby zazdroszczę tym wszystkim ludziom, którzy płaczą na tych filmach, bo mnie to w ogóle nie wzrusza. Więc jeśli coś takiego się dzieje, to się dzieje we mnie, a nie jest w żaden sposób wystudiowane czy wymyślone. Często się zdarza, jak w tym przypadku, że jestem gdzieś na bakier z tym, co myślą inni. I to naprawdę nie jest tak, że ja sobie myślę „hmm, jakby tutaj zaznaczyć swoją obecność?“ i „może skoro wszyscy oceniają wysoko to, ja ocenię nisko?“. Po prostu każdy przepuszcza kino przez swoją wrażliwość i ja niektóre rzeczy doceniam, ale zostaję na brzegu. Zdarza się tak, że mam zupełnie inną opinię niż ta powszechna. 

Jaki jest twój najukochańszy film? Ale odpowiadając nie rozumem, a sercem. 

„Midsommar“ Ariego Astera. I to jest faktycznie film, który bardzo mocno zapisał się w moim sercu,  bo widziałam go ze cztery razy, a chyba nawet więcej. Bardzo się identyfikowałam z tą historią. Minęło trochę czasu, moje życie trochę się też od tamtej pory zmieniło, więc nie wiem, czy on by działał na mnie tak samo emocjonalnie jak wtedy. Ale jeśli chodzi o filmy, które bardzo mocno wjechały w moje serce to oprócz tego dodam jeszcze drugi tytuł, bo trochę je łączy. Ważnym elementem opowiedzianej w nim historii jest taniec. „Ema“ Pablo Larraina to jest film, w którym bohaterka jest dla mnie po prostu absolutnie imponująca i strasznie ją kocham. Ona sama o sobie mówi, że jest miłością, więc trudno tak na nią nie reagować. To są dwa tytuły, które faktycznie bardzo głęboko uderzyły w moje emocje. Ludziom się nie podobały. Ale skąd taka wielka miłość do tych filmów? Ja po prostu uznałam je za swoje. Jakbym miała być filmem, to mogłabym być którymś z nich. Ale tak jak mówię, widziałam je parę lat temu.

A co tak osobiście jest ważniejsze w kinie fabularnym, właśnie ta emocjonalność, umiejętność trafienia do powszechnego odbiorcy czy bardziej przesłanie filmów?

Dla mnie zdecydowanie najważniejsza w filmie jest forma, czyli to jak on jest zrobiony, czy reżyser naprawdę próbuje mi coś ciekawego powiedzieć przy użyciu tych klocków, jakimi jest kino. Jeśli tak jest, to ja od razu mam lepsze connection, więcej inwestuję w dany film, bo wiadomo, że film to spotkanie między widzem a reżyserem. Więc to mnie najbardziej porusza, wzrusza i przyciąga, jeśli jest ciekawy styl, ciekawa forma. Przesłanie moralne w ogóle mnie nie interesuje, bo kino nie jest od tego, żeby nam mówić, jak żyć. Kino jest od tego, żeby czasami nam pokazywać, jak właściwie żyć się nie powinno albo jak można wymyślić swoje własne życie i ma być takim czymś trochę z zewnątrz nas. A jeśli jest twórca, który mi mówi “tak powinno wyglądać życie” albo „takie decyzje są dobre, a takie złe, to nie będziemy tutaj żadnego paktu podpisywać, ja się na takie rzeczy nie łapię. Jeśli twórca mi pokazuje coś w taki sposób, że ja nawet nie byłam w stanie sobie tego wcześniej wyobrazić albo o tym pomyśleć – to jest moje kino. 

„kino nie jest od tego, żeby nam mówić jak żyć. Kino jest od tego, żeby czasami nam pokazywać, jak właściwie żyć się nie powinno, albo jak można wymyślić swoje własne życie (…)

 

Wiem, że specjalizujesz się w filmie, ale co na przykład powiesz, jeżeli chodzi o animację? 

Bardzo ją lubię, bo jest to taki świat, w którym wyobraźnia nie zna absolutnie żadnych granic. Bardzo lubię animowane dokumenty, które pozwalają pokazać rzeczywistość w sposób interesujący i bezpieczniejszy dla bohaterów albo taki, że inaczej po prostu nie dałoby się tej historii opowiedzieć, jak chociażby w „Walcu z Baszirem“ Ariego Folmana. To jest, paradoksa

Kaja Klimek podczas VII Konferencji Mediów Studenckich

fot. Michał Żebrowski – Uniwerek.TV

lnie, absolutne arcydzieło i animacji, i dokumentu jednocześnie. Kocham też japońskie animacje. Filmy anime Hayao Miyazakiego to są po prostu moje rzeczy, bo jest w nich i baśniowo, i trochę eko, i o przyjaźni, i o rodzinie – a te tematy mnie bardzo poruszają. Jeśli chodzi o animacje to te dwa nurty są mi najbliższe. Ale lubię sobie też czasem obejrzeć „Coco” albo „Frozen“. Jako, że jestem mamą to myślę, że te wszystkie rzeczy już niedługo mnie czekają od samego początku. Będziemy oglądać bajeczki i różne animowane historie, bo one też pozwalają spotkać się ze swoim wewnętrznym dzieckiem, a potem spotkać się ze swoim dzieckiem po prostu. 

 

„Będziemy oglądać bajeczki i różne animowane historie, bo one też pozwalają spotkać się ze swoim wewnętrznym dzieckiem, a potem spotkać się ze swoim dzieckiem, po prostu.

Czyli jak rozumiem, w przyszłym rozdaniu Oscarów w kategorii animacja powinien wygrać „Chłopiec i czapla?  

To jest bardzo trudna sprawa, bo tam jest nominowany „Pies i robot“, a to jest też świetna animacja, która opowiada o przyjaźni i o tym, że ona czasami się kończy, że się zmienia. Film niby o robocie i piesku, ale tak naprawdę to dla mnie bardzo głęboka opowieść o kryzysie relacji w zwierzęcym Nowym Jorku. I to wszystko się świetnie ogląda. „Chłopiec i czapla“ jest absolutnie wspaniałą opowieścią też o tym, co to znaczy być twórcą, więc do mnie to też bardzo mocno przemawia. Poza tym muzyka Joe Hisaishiego jest tam absolutnie genialna. Tak na dłuższą metę to sercem jednak z „Chłopcem i czaplą“, aczkolwiek „Pies i robot“ to też jest dla mnie mocna rzecz. Obydwie te animacje są mało mainstreamowe, one przychodzą jedna z Francji a druga z Japonii, więc jest to taki świat, który z animacją w Hollywood jest trochę mniej kojarzony, więc którykolwiek z nich wygra to i tak się ucieszę.

A propos tego mainstreamu, czy zdarza Ci się właśnie podążać bardziej za takimi mniej znanymi produkcjami, czy jednak skupiasz się na tym, żeby głównie śledzić blockbustery? 

Nie, już blockbustery są dla mnie trochę w odwrocie. Miałam potężną, długą fazę w swoim życiu, kiedy najbardziej interesowało mnie kino mainstreamowe. I nadal mnie interesuje, przy czym mam takie poczucie zastoju, które wynika z tego, że żyjemy w świecie remake’ów i sequeli. Te filmy już są dosyć do siebie podobne, tak jak gigant jakim jest Uniwersum Marvela czy chociażby filmy spod znaku „Szybkich i Wściekłych, które mają wiele części. One już w pewnym sensie mi powiedziały to, co miały do powiedzenia. W mainstreamie nie widzę poza takimi twórcami jak Christopher Nolan czy teraz Greta Gerwig jakichś super ciekawych propozycji, które by do mnie przemawiały, a w kinie artystycznym jest dużo większa wolność wyrazu, oryginalność też ma tam swoją siedzibę. Raczej sięgam po kino artystyczne, niezależne, a ostatnio przede wszystkim po stare filmy. Po filmy, które mają po 20, 30, 40 lat, bo okazuje się, że tam jest większa świeżość niż w tych produkcjach, które są obecnie w kinach. Więc to jest może trochę smutny moment, może jesteśmy w jakimś kryzysie a przynajmniej ja go czuję, jeśli chodzi o kino współczesne. Czegoś mi w nim brakuje, ale całe szczęście filmów jest całe mnóstwo i można cofać się w przeszłość, żeby znaleźć coś naprawdę interesującego.

***

Wywiad został przeprowadzony 2 marca 2024 roku, podczas VII Konferencji Mediów Studenckich w Warszawie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

9 − pięć =