Jak dzielić się wiedzą? Rozmowa z Dominiką Byczek

Dominika Byczek – absolwentka specjalizacji nauczycielskiej na gdańskiej filologii polskiej, założycielka i redaktorka portalu lekcjaliteratury.pl, redaktorka portalu zadłużenia.com i nauczycielka języka polskiego w szkole Laboratorium Edukacji.

Kolejna rozmowa z cyklu wywiadów z absolwentami Uniwersytetu Gdańskiego. 

Rafał Skowroński: Jak wyglądały początki projektu lekcjaliteratury.pl?

Dominika Byczek.: Pomysł pewnie nie przyszedłby mi do głowy, gdyby nie formuła studiowania filologii w Polsce. Nie mamy opcji studiowania albo literaturoznawstwa, albo językoznawstwa – w planie studiów przeplatają się zajęcia z jednej i z drugiej dyscypliny naukowej. Większość przedmiotów to jednak wykłady i ćwiczenia z literaturoznawstwa, a ja jestem tym zagubionym językoznawcą, który uczęszczać musiał na wszystkie zajęcia. Spotkałam się ze sporym problemem czasowym – jak pogodzić wszystko, żeby zdążyć przeczytać lektury (a chciałam podejść do sprawy ambitnie i przeczytać każdą) i żeby znaleźć czas na dokładną realizację przedmiotów językowych.

Wiadomo, że pierwszym rozwiązaniem, o którym pomyślimy, jest poszukanie streszczeń i opracowań lektur. Nie po to, żeby nie czytać książek, ale żeby czytać je z większym zrozumieniem. Tym bardziej w pierwszych latach studiów, kiedy nasze oczytanie jest jeszcze na niskim poziomie i zrozumienie literatury – szczególnie średniowiecznej lub renesansowej – nie jest łatwe. Okazało się, że o większości pozycji nie napisano nawet słowa w Internecie. Marzyłam o jakiejś stronie z opracowaniami, które zarysowałyby wstępny obraz tego, co będę czytać i czego szukać w literaturze danej epoki. Nie znalazłam czegoś takiego, więc zrobiłam to wszystko sama. Opracowałam dziesiątki książek i pomyślałam: czy powinnam to zachować dla siebie? Każdy student zainteresowany językoznawstwem przyjdzie na studia i stanie przed podobnym problemem. Przecież mogę się tą wiedzą podzielić. Na szczęście istnieje Internet i bardzo łatwo jest współcześnie wymieniać się informacjami. Stąd pomysł na stronę internetową, na której dzieliłam się swoimi notatkami; aktualnie zaś ewoluowało to w portal z redakcją, z odpowiedziami na zapytania internautów. Początkowo jednak chciałam tylko ułatwić innym studiowanie i podzielić się tym, co sama zrobiłam przez te wszystkie lata.

Czyli zaczęło się od notatek i bloga, a później była strona i redakcja?

Właściwie tak, chociaż byłabym ostrożna z określeniem „blog”. Na początku forma działania w Internecie – czy coś jest stroną, czy coś jest redakcją, czy coś jest blogiem – jest dosyć trudna do zweryfikowania. Szczególnie, kiedy witryn internetowych powstaje coraz więcej i każdy nazywa swoją działalność jak chce. Wiele osób nawet tego nie definiuje. Zrobiłam podobnie, czyli założyłam najprostszą witrynę internetową jaką można, żeby jak najszybciej cokolwiek opublikować. Jakiś czas temu, po dwóch latach prowadzenia bloga, dowiedziałam się, że to, co robię, jest w porządku, dopóki upubliczniam tylko swoje własne materiały, jeżeli chciałabym jednak napisać o aktualnościach – na przykład: co dzieje się na uczelni, co dzieje się w kraju – to może być już nielegalne. Dostałam taką informację, kiedy chciałam napisać prosty artykuł o tym, kiedy odbywają się matury. Wtedy trochę się przestraszyłam i pomyślałam o tym, żeby poszukać dla siebie odpowiedniej formy prawnej. Ze względu na to, że zarobkowo na co dzień pracuję dziennikarsko, to pomyślałam o założeniu własnej redakcji.

Jak wygląda proces zakładania redakcji?

Najpierw musimy mieć na siebie pomysł. Ten pomysł musi być spójny, powiązany z jakąś nazwą – nazwa redakcji pozostanie już z nami na zawsze, ponieważ zostaje ona zapisana w Rejestrze Dzienników i Czasopism. Żeby trafić do rejestru, składamy odpowiedni wniosek do sądu okręgowego właściwego ze względu na miejsce zamieszkania. W moim przypadku był to Sąd Okręgowy w Gdańsku. W zasadzie najwięcej podajemy danych o sobie, a nie o naszym projekcie. Jak wypełnimy całą część informacji o nas, to w kolejnej części wniosku musimy wskazać nazwę redakcji, redaktora naczelnego oraz wydawcę. Te rubryki trzeba uzupełnić, więc w sytuacji, kiedy prowadzimy własną stronę, sami chcemy ją wydawać i sami chcemy być jej redaktorem, to w trzech miejscach wpisujemy te same dane. W takim wniosku musimy również określić z jaką częstotliwością będziemy funkcjonować: czy czasopismo będzie ukazywało się co tydzień, co miesiąc, a może – jak zwykle w przypadku redakcji internetowych – codziennie.

Znaczenie ma również forma publikacji – może być ona papierowa lub cyfrowa. W swoim wniosku zgłosiłam, że tytuł prasowy będzie się ukazywał jedynie w formie elektronicznej i pod konkretnymi adresami internetowymi. Musiałam je wskazać i nie mogę tych adresów zmienić bez powodu – jeżeli chciałabym uruchomić nową stronę albo zmienić nazwę tej już istniejącej, to musiałabym znowu złożyć wniosek w sądzie, poczekać na zgodę i za każdą zmianę zapłacić. Taki sam proces musiałabym przejść, gdybym chciała zmienić formę publikacji, czyli zacząć wydawać treści z witryny lekcjaliteratury.pl w czasopiśmie papierowym. Dlatego warto podczas tworzenia wniosku każdą rzecz dokładnie przemyśleć: czy w najbliższych latach na pewno w ten sposób będziemy coś wydawać, czy jednak asekuracyjnie nie dopisać czegoś jeszcze. Za wniosek zapłacimy sto złotych, a potem sto złotych za każdą zmianę w naszych danych zapisanych w Rejestrze Dzienników i Czasopism.

We wniosku na samym końcu znajduje się pole „Uwagi”, w którym mamy jedyną szansę, żeby przekonać sąd, że nasza redakcja jest potrzebna, że mamy jakiś sensowny pomysł na jej prowadzenie. Bez tej rubryki sąd właściwie dostałby tylko informacje o nas – nasz PESEL i adres zamieszkania – nazwisko wydawcy i nazwę tytułu prasowego, ale nie wiedziałby, co zamierzamy robić. Dopiero w polu „Uwagi” możemy zawrzeć całą naszą koncepcję. Uzupełniony wniosek składamy i czekamy na jego akceptację. Teoretycznie odpowiedź powinna być szybka, ale w czasie pandemii wszystko działa wolniej. Moje oczekiwanie trwało dwa miesiące.

Czyli taki wniosek może zostać odrzucony?

Tak, jak najbardziej. Mogą pojawić się zastrzeżenia do konkretnych elementów, ale może być również cały wniosek rozpatrzony negatywnie i redakcja nie powstanie.

 Jeżeli dobrze rozumiem: założenie redakcji chroni przed ewentualną karą za prowadzenie nierejestrowanej redakcji, zaś dla czytelników oznacza to, że będą mieli dostęp do bogatszej publicystyki?

 Tak, głównie dlatego, że jeżeli jestem redakcją, a nie blogiem, to mogę uzyskiwać dostęp do informacji prasowych przedpremierowo. W praktyce wygląda to tak, że każdy, kto coś organizuje i przygotowuje informacje na ten temat, najpierw wysyła powiadomienia do mediów, żeby zrobiły mu szum i dopiero wtedy wchodzi ze swoim oficjalnym ogłoszeniem. Na przykład, jeżeli wydawnictwo rusza z nową serią książek, to może przekazać informacje o tym czasopismom zanim opublikuje oficjalnie ogłoszenie w swoim biurze prasowym i na swojej stronie internetowej. My, czytając takie wiadomości internetowe, zastanawiamy się, czy to prawda, szukamy źródła na oficjalnej stronie, ale niczego nie znajdujemy i jest w nas frustracja – skąd oni to wiedzą, czy to jest potwierdzone? Wiedzą stąd, że jeżeli są zarejestrowani jako redakcja, to mają dostęp do informacji jako pierwsi. Szybciej niż dana firma opublikuje to u siebie. Czytelnicy lekcjaliteratury.pl to właśnie zyskują – dzięki temu, że jestem redakcją, również będę otrzymywać wcześniej oficjalne informacje.

Nazwa to „lekcja literatury” rozumiem jednak, że wolisz pracować nad językoznawczymi zagadnieniami?

Tak, jeżeli chodzi o ten podział na literaturoznawstwo i językoznawstwo, to zdecydowanie wolę opisywać językoznawstwo. Wiele zagadnień językowych działa jak mechanizmy w maszynach i dużo łatwiej jest je wytłumaczyć. Z literaturoznawstwem jest już trochę gorzej. W Internecie znaleźć możemy obecnie głównie streszczenia popularnych lektur szkolnych i nie chciałabym takich treści powielać. Nie ma stron ze streszczeniami lektur ze studiów polonistycznych, więc to jest w jakimś stopniu moim marzeniem, żeby je opracować. Jednocześnie nie chcę po prostu powielać streszczeń Lalki. Myślę, że lekcjaliteratury.pl ma być dla osób zainteresowanych czymś więcej niż tylko lekturami i prostymi streszczeniami. A wracając do nazwy strony – miałam na myśli ogół literatury, nie literaturę piękną, ale literaturę w całości. Również tę, która poświęcona jest językoznawstwu.

Twoje teksty mają bardziej formę publikacji popularnonaukowych niż stricte naukowych?

Styl naukowy nie jest potrzebny internaucie, który poszukuje informacji na temat danej książki, danej dziedziny, danego pojęcia. Jeżeli jest studentem, to spotyka się z nim na co dzień w literaturze naukowej, jest nim przemęczony, niekiedy niewiele z niego wynosi. Moją przewagą jest to, że jeżeli w stylu naukowym już coś zrozumiałam, to w stylu popularnonaukowym jestem to w stanie bardziej przystępnie wytłumaczyć.

Czy swoje treści kierujesz również do uczniów szkół podstawowych i średnich?

Tak, aczkolwiek jest to plan na dalszą przyszłość. W pierwszej kolejności chcę publikować treści związane z programem studiów filologicznych. Mam całe segregatory z notatkami z tego okresu, zajmie to trochę czasu. Jeżeli chodzi o tworzenie artykułów poza tym działaniem – szukam tematów, których potrzebuje polski Internet. Myślę, że chciałabym dać dzieciom treści dużo lepszej jakości niż te, które są prezentowane w podręcznikach szkolnych. Zrobiłam to testowo z jedną przypowieścią (Przypowieść o kąkolu), która nie była nigdzie opracowana w Internecie i artykuł do dzisiaj jest na pierwszym miejscu w wyszukiwarce Google, kiedy szukamy streszczenia tego utworu.

Jak wygląda proces powstawania artykułów? Czy podejmujesz jakieś działania promocyjne?

Proces wygląda tak samo jak przy pracy nad każdym tekstem: zbieram dane, tworzę konspekt, realizuję go. W przypadku treści udostępnianych w Internecie bardzo ważna jest strona wizualna – tym zajmuję się już po napisaniu artykułu. Przede wszystkim pogrubiam najważniejsze informacje, żeby czytelnik od razu wiedział, co jest najistotniejsze w tekście. Tworzę sensowne podsumowanie – oprócz streszczenia książki na kilka stron, dodaję również skrót treści w paru zdaniach. W przypadku działań marketingowych szczególnie ważne jest, by wpis dobrze został zaindeksowany w wyszukiwarce. Dlatego trzeba nadać mu dobry tytuł. Jeżeli chcemy stworzyć wartościowy artykuł, który dotrze do wielu osób, to nie wystarczy nam sam dobry tekst, trzeba go jeszcze trafnie opisać. Tak, żeby Google chciał go zaindeksować wysoko. Staram się to robić, a efekty poznaję po analizie, którą przesyła mi Google do każdego artykułu. To są konkretne matematyczne wykazy i tabelki: ile razy dany wpis jest wyświetlany, o jakich godzinach, przez jaką grupę wiekową. Wszystkie dane mogę następnie analizować i ewentualnie edytować treść lub tytuł artykułu tak, by pozycjonował się on lepiej.

Czy masz jakiś kontakt z blogerami zajmującymi się podobnymi zagadnieniami? Czy jest odczuwalna jakaś konkurencyjność?

Raczej jestem twórcą niż tym, który podgląda innych. To też nie jest do końca dobre – może w przyszłości znajdę czas, żeby to zmienić. Motywacją mojej działalności było jednak to, że nie znalazłam w ogóle blogów o takiej tematyce. Chciałam dać Internetowi to, czego sama w nim nie znalazłam. Dlatego też chcę zadbać o formę, żeby ona była przystępna – również językowo. Wystarczy spojrzeć jakim językiem posługujemy się w mediach społecznościowych. Sama jestem odbiorcą, który chciał treści lepszej jakości i przekazanej zrozumiałym językiem. Stąd pomysł na wypośrodkowanie stylu naukowego i publicystycznego jakiego w polskiej blogosferze jeszcze nie widziałam. Myślę, że stąd też łatwość w przekonaniu sądu do tego, że moja działalność redakcyjna będzie miała sens – podkreśliłam właśnie to, że redakcji tego rodzaju jeszcze nie ma.

W jaki sposób doświadczenie zdobyte na specjalności nauczycielskiej przydało ci się w przy tworzeniu artykułów na lekcjaliteratury.pl? Jak wykorzystałaś je w pracy w szkole?

 Początkowo nie byłam zbyt zadowolona z mojego wyboru specjalności, a jednak coś kierowało mną by dokończyć kurs i teraz mam zupełnie inny ogląd tego, co przeżyłam. Równocześnie z prowadzeniem witryny lekcjiliteratury.pl i pracą w redakcji zadłużenia.com, pracuję z dziećmi w szkole Laboratorium Edukacji. Nie jest to typowa placówka edukacyjna, tylko szkoła z zajęciami dodatkowymi. Uważam, że to świetne miejsce na nauczycielski debiut – grupki są małe, a dzieci, które je tworzą, wiedzą, że przychodzą na zajęcia dla czegoś konkretnego. Z tym się raczej w przeciętnej szkole za często nie spotkamy. Dlatego moja sytuacja jako pedagoga jest prostsza.

Nie da się ukryć, że dopiero teraz – w praktyce, na zajęciach z dziećmi – nauczyłam się więcej niż przez wszystkie lata na studiach i to praktyka pokazała mi, że jest to miejsce dla mnie. Dopiero podczas zajęć mogę mieć satysfakcję, kiedy dzieci są zadowolone i mówią mi: „W szkole tak łatwo nie tłumaczą. Jak pani wytłumaczy, to wszystko jest takie proste”. Po prostu czuję swoją misję i mogę stwierdzić – taka praca mi odpowiada.

Jak wyglądają zajęcia dodatkowe z języka polskiego?

Na początku może powiem, że – choć dla wielu może być to zaskoczeniem – jest naprawdę sporo chętnych na takie zajęcia. Prowadzę zajęcia indywidualne albo grupowe. Zajęcia indywidualne przyjmują formę korepetycji, ale odbywają się w szkole, z którą dziecko ma podpisaną umowę. Siedzimy w ciepłym pomieszczeniu, gdzie jest herbata, ciastka i przyjemna atmosfera do nauki. Zajęcia grupowe uważam jednak za ciekawsze, bardziej inspirujące. Te, które prowadzę w tym roku, są zajęciami przygotowującymi do egzaminu ósmoklasisty. Odbywają się co tydzień w grupkach od czterech do sześciu osób. Powtarzamy pięć lat edukacji w podstawówce w jeden rok, żeby uczniowie przygotowali się jak najlepiej. Co ciekawe, nie ma w takiej szkole żadnych wymogów związanych z podstawą programową, która narzucałaby realizację konkretnych treści w obrębie danych zajęć czy danego roku. Podstawa programowa jest dla mnie punktem wyjścia do tego, co z dziećmi powtórzyć, ale to, jak zorganizuję zajęcia danego dnia, zależy całkowicie ode mnie. Jest to dla mnie interesujące wyzwanie; w tradycyjnej szkole nauczyciel jednak nie ma szans na taką elastyczność – musi realizować to, co na dany etap kształcenia przewidziano.

Pracujesz również w redakcji zadłużenia.com, gdzie chociaż specjalność nauczycielska nie jest potrzebna, to jednak doświadczenie polonistyczne wydaje się cenne. Jak oceniasz pracę w tym miejscu?

Poniekąd jest tak, jak powiedziałeś. Dobrze, że ta praca nie jest związana z moją specjalnością, ponieważ mogę rozwinąć swoje umiejętności w innym kierunku. Pracowałam w redakcji przez wszystkie lata studiów i myślałam wcześniej, że to jest moja praca marzeń, ale jak poczułam satysfakcję z zawodu nauczycielskiego, to już wiem, że to była bardziej satysfakcja finansowa i satysfakcja z tego, że jestem w stanie szybko i dobrze zrobić coś, co innym zajmuje dużo czasu. Gdybym miała teraz porzucić jedną z tych prac, to – o dziwo dla samej siebie – porzuciłabym redakcję. 

Co planujesz dalej robić zawodowo?

Myślę, że czas pokaże. Póki co przez jakiś czas zajmę się macierzyństwem i w tym okresie mam nadzieję, że uda mi się wypromować witrynę lekcjaliteratury.pl – zachęcam do wchodzenia (śmiech). Praca w szkole z dodatkowymi zajęciami jest lepiej płatna niż praca w tradycyjnej szkole, więc mam nadzieję, że w przyszłości uda mi się realizować właśnie taką edukację pozaszkolną wraz z prowadzeniem mojej redakcji internetowej i że to połączenie da mi szansę godnego utrzymania. Niekoniecznie chciałabym przejść do rutyny codziennej pracy od ósmej do szesnastej, to chyba nie jest dla mnie.

Jeden powód, dla którego poleciłabyś filologię polską? Komu odradziłabyś studiowanie na tym kierunku?

Poleciłabym filologię polską ze względu na elastyczność i uniwersalność jaką daje wykształcenie na tym kierunku. To są studia – moim zdaniem – bardzo praktyczne, bo wszechstronnie kształcące, przygotowujące jednocześnie do pracy w każdym zawodzie. W obecnych czasach jest to bardzo duży plus – rynek pracy wymaga od nas dostosowania się do tego, co akurat jest dobrą ofertą, a niekoniecznie do tego, co z góry planujemy dla siebie. Piszę obecnie o finansach w redakcji zadłużenia.com, ale mogłabym pisać o ogrodnictwie i nic by się w mojej codzienności nie zmieniło, ponieważ i tak informacji nie czerpię z głowy, tylko ze źródeł, które trzeba znaleźć i zbadać. Wiadomo, że w jednej tematyce czujemy się lepiej, w drugiej gorzej, ale jeżeli jesteśmy filologami, to odnajdziemy się we wszystkim, co związane z pracą z tekstem. Odradziłabym te studia tym, którzy nie są gotowi na to, żeby przetrwać lektury, żeby je przeczytać, żeby rozwinąć umiejętność rozmowy o literaturze. Ostatecznie – bez chęci, żeby się z lekturami jakkolwiek zapoznać, to jest strata czasu.

Czy wspominasz ciepło jakiegoś wykładowcę lub jakieś zajęcia?

To by były zajęcia z profesorem Feliksem Tomaszewskim na pierwszym roku. O dziwo nie językoznawcze, a literaturoznawcze – z poetyki. Teoretycznie powinnam lepiej wspominać te, które mnie bardziej interesują, ale atrakcyjność sposobu prowadzenia zajęć nie zawsze jest zbieżna z atrakcyjnością wykładanego materiału. Zajęcia z poetyki były dla mnie o tyle fenomenalne, że mieliśmy je co tydzień przez cały semestr i przeanalizowaliśmy w ich trakcie tylko kilka wierszy, z czego jeden, z którym zrobiliśmy absolutnie wszystko co się dało. Ten wiersz mam w pamięci do dziś. Wydawało mi się wtedy, że ten utwór nie był szczególnie wybitny, a jednak pamiętam go nadal po pięciu latach. Profesor Tomaszewski jest dla mnie profesorem-legendą, to ktoś, kto potrafi wskazać wartość w czymś niepozornym, stworzyć coś z niczego. To były fenomenalne zajęcia, na których nie czekało się na koniec i nie patrzyło się na to, jakie są lektury, jaki jest sposób zaliczenia. Przychodziliśmy na ćwiczenia, otwieraliśmy szeroko oczy z zaskoczenia i wchodziliśmy w świat poezji. Dla takich zajęć warto było studiować na Uniwersytecie Gdańskim.

Na koniec chciałbym zapytać o gedanistykę, którą studiowałaś podyplomowo na Uniwersytecie Gdańskim, na wydziale historycznym. Czy te studia uzupełniły twoją edukację filologiczną?

To było wspaniałe doświadczenie. Miałam tam poczucie, że wszystko jest wartościowe. Zajęcia były prowadzone przez samych pasjonatów, którzy Gdańskiem żyją, którzy na temat tego miasta napisali mnóstwo prac. Jeżeli ktoś znał się na historii gdańskiej medycyny, to znał się tylko na tej medycynie i znał nazwiska wszystkich lekarzy gdańskich, pod jakimi adresami przyjmowali, co konkretnie leczyli, jakie preparaty stosowali. I pokazywał mnóstwo zdjęć z przeszłości. Każda z tych osób była taką małą legendą, przewodnikiem po danym zagadnieniu związanym z Gdańskiem. Byłam w szoku, że jesteśmy w stanie przez kilka godzin rozmawiać o samych rurach, oknach, krawężnikach i podobnych rzeczach, na które nie zwracałam wcześniej uwagi. Później, kiedy szłam po starówce i widziałam te wszystkie zwykle niezauważalne elementy, to byłam szczęśliwa, że dane mi było doświadczyć tej wiedzy, że otwarto mi oczy na to, co mnie otaczało na co dzień. Pozytywnym aspektem tych studiów było to, że mało zajęć odbywało się w sali. Raczej większość odbywała się w plenerze. Jeżeli były to zajęcia o ukształtowaniu terenu, to odwiedzaliśmy miejsca opisywane przez prowadzącego. Jeżeli to były zajęcia o architekturze danej epoki, to odwiedzaliśmy budynki w konkretnych latach wybudowane. Nie był to katalog zdjęć w prezentacji – to były studia prowadzone z pasją przez ludzi, którzy chcieli opowiadać. Były też na nich tylko osoby, które chciały się czegoś dowiedzieć.

Byłam takim niewtajemniczonym studentem, bo nawet nie jestem z Trójmiasta, więc jak wykładowcy czy studenci rzucali nazwami ulic, skrzyżowań, placów, to miałam otwartą mapę i szukałam, o czym obecnie mówimy. Część studentów była już przewodnikami gdańskimi albo pracownikami muzeów i różnych fundacjach gdańskich. Dla nich te studia też były przygodą, co pokazywało mi, że jesteśmy na kursie zaawansowanym, gdzie osoby z doświadczeniem również mogły dowiedzieć się nowych rzeczy. Cieszę się, że miałam szansę studiować na tym kierunku. Szansę, bo przy studiach podyplomowych dużą rolę grają finanse – to zwykle nie są studia darmowe – a dzięki temu, że postarałam się i napisałam sporo o Gdańsku – zarówno na lekcjaliteratury.pl, jak i w drugiej redakcji – to Fundacja Gdańska uznała mój wkład w promowanie historii Gdańska i te studia mi zafundowała. Mogłam więc studiować za darmo i będę za to wdzięczna do końca życia. To zmieniło moje spojrzenie nie tylko na Gdańsk, ale w ogóle na strukturę i historię polskich miast.

Co do relacji z filologią polską – mieliśmy cały przedmiot o literaturze gdańskiej, nie tylko o samej literaturze. Zdziwiło mnie, że to, co czytaliśmy, czyli gdańską literaturę, to było praktycznie nieobecne na studiach filologicznych, realizowanych przecież również w Gdańsku. Co ciekawe, mówiliśmy o wielu zabytkach literackich z czasów średniowiecznych, wczesnorenesansowych, w których wykładowcy prezentowali nam dużo dzieł ręcznie pisanych z tamtych czasów. Okazało się nawet, że moja wiedza językoznawcza mogła się przydać – przez lata profesorowie źle odczytywali pewne nazwy i mogłam im przyjść z pomocą. Oczywiście weryfikowali te informacje i dziękowali za uwagi.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *