Dominic Miller zachwycił w Starym Maneżu!

Dominic Miller z zespołem w środowy wieczór wystąpił w Starym Maneżu. Nawiązując do nowego albumu, muzycy dali popis swoich umiejętności w centrum kulturalnym Wrzeszcza. Artyści wraz z organizatorami stworzyli niesamowitą atmosferę. Obyśmy częściej byli świadkami takich widowisk.

Wydarzenie w Gdańsku odbyło się w ramach trasy promującej nowy krążek w dyskografii Dominica Millera„Absinthe”. Płyta powstała przy dużym wpływie impresjonizmu na gitarzystę. Przy jej odsłuchu narzuca się brzmienie bandeonu. Instrument ten często mylony jest z akordeonem, choć faktem jest, że wygląda łudząco podobnie. W trakcie koncertu za brzmienie wyżej wymienionego odpowiadał pochodzący z Buenos Aires Santiago Arias. U boku Millera pojawili się też: marokański perkusista Rhani Krija, mający polskie korzenie, basista Nicolas Fiszman oraz grający na instrumentach klawiszowych Mike Lindup.

Przez niewielkie opóźnienie, wejście muzyków było, powiedzmy, mocno kameralne. Całe szczęście, siedzący jeszcze w telefonach zdążyli się zorientować i oddali uznanym artystom należną porcję braw. Dominic Miller przywitał się wyświechtaną formułką o nieopisanej radości z powodu powrotu do Polski (to nie był pierwszy koncert tego artysty w kraju nad Wisłą). Przedstawił też pozostałych członków zespołu. Czas formalności całe szczęście dobiegł końca i wyczekiwany koncert się rozpoczął.

Grupa zaprezentowała jedynie dwa utwory z promowanego albumu –  tytułowy „Absinthe” oraz „Etude”. Pomiędzy nimi publiczność ożywiła się jeszcze bardziej, gdy spod palców Millera popłynęły pierwsze akordy  „Shape of my heart” (gitarzysta jest współkompozytorem tego przeboju). Poza wcześniej wymienionymi artyści zagrali kompozycję z solowych krążków Millera, m.in. „First Touch”, „Third Wall”, „Surrender”, czy „5th House”.

„Na tej trasie mam beznadziejnych techników. Naprawdę. Może dlatego, że sam nim jestem” – rzucił w środku występu Miller. W trakcie przerw między utworami lider złapał dobry kontakt z widzami. Brytyjskie poczucie humoru zrobiło swoje, ale jeszcze więcej dała świetna gra. Artyści często improwizowali przy wykonywaniu kolejnych utworów. Ogromne wrażenie na publiczności wywarły umiejętności perkusisty – Rhaniego Krijy. Również solowe popisy wokalne Mike’a Lindupa nie ostały się bez dodatkowych braw. Trochę szkoda, że Santiago Arias często siedział z założonymi rękoma z powodu nieobecności bandeonu w niektórych kompozycjach. Szkoda, bo oczywiście Argentyńczyk radzi sobie z tym „pseudoakordeonem” naprawdę dobrze.  Band zakończył koncert utworem „Truco” z albumu „Second Nature”.

Czy da się wyśmienity występ zakończyć w tak pospolity sposób? Oczywiście, że nie. Publiczność spróbowała oklaskami wciągnąć muzyków na scenę, co oczywiście się udało. Zgromadzeni w Starym Maneżu bez zaskoczenia, ale z entuzjazmem powitali z powrotem bohaterów wieczoru.

Mało kto pewnie spodziewał się przelatującego nad salą koncertową ducha Bee Gees, ale większość ludzi na widowni doskonale bawiła się przy „Stayin’ Alive”. Falset Mike’a Lindupa doskonale pasował do specyficznej interpretacji tego utworu. „Fragile” dopełniło znakomity koncert i tym razem artyści pożegnali się z Gdańskiem już ostatecznie.

Można było czuć niedosyt po koncercie. Jednak tylko z tego powodu, że tak szybko się skończył. Świetni muzycy sesyjni pod wodzą Dominica Millera potwierdzili swoją klasę, wprowadzając widownię w znakomity nastrój. Swoje cegiełki dorzucili organizatorzy. Światła i nagłośnienie stały naprawdę na wysokim poziomie. W tłumie wypełzającym powoli z sali koncertowej można było usłyszeć głosy zadowolenia. Dominującym tematem rozmów (poza popularnym ostatnio koronawirusem) był właśnie zawód wynikający z szybkiego zakończenia. Miejmy nadzieję, że tak dobrych muzyków sesyjnych będziemy widywać w Trójmieście jeszcze częściej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *