Polski „Wiedźmin” po 25 latach – spotkanie z reżyserem Markiem Brodzkim
9 min przeczytania
Fot.: Gabriela Nyklas. Od lewej: Jakub Kalman, Pan Marek Brodzki i Zuzanna Brzóska
Reżyser „Wiedźmina”, Marek Brodzki, złożył wizytę studentom UG. 26 marca na Wydziale Historyczno-Filologicznym odbył się pokaz filmu i spotkanie autorskie z twórcą pierwszej adaptacji przygód Geralta. Wydarzenie zorganizowano w ramach DKF Miłość Blondynki. Jakie refleksje towarzyszą filmowcowi lata po nakręceniu jego wersji historii o Białym Wilku? Między innymi o to zapytaliśmy go razem z Jakubem Kalmanem z Radia MORS.
Jakub: Od premiery filmu minęło już ponad 25 lat. Jak Pan patrzy w retrospektywie na ten obraz? Czy zmieniłby Pan w nim coś, czy coś dodał, odjął może?
To jest dobre pytanie, dlatego, że film tak naprawdę nigdy nie jest skończony – w takim sensie, że po latach można by coś do niego jeszcze dokładać, dokręcać czy domontowywać. Ale nie wydaje mi się, żebym coś takiego chciał zrobić z tym filmem. Uważam, że on wygląda tak, jak wtedy miał wyglądać i niech tak zostanie. Już jest całością i tak pewnie być powinno.
Jeżeli ktoś by chciał zapytać, czy bym nie chciał zrobić lepszych efektów, poprawić smoka – nieee. Smok jest taki, jakiego wtedy mogliśmy zrobić. Zrobiliśmy go z miłością i z dbałością, i tyle wystarczy. Tak to wtedy wyglądało. Na początku film oczywiście budził mnóstwo kontrowersji, bo było tyluż samo wielbicieli, jak i przeciwników, którzy uważali, że film jest za daleko od Sapkowskiego. Ja starałem się, żeby był jak najbliżej. Paradoksalnie, po tym, jak powstała gra (musiała powstać, bo jednak Geralt to jest Geralt!), a potem powstała netflixowa produkcja, to nagle się okazało, że nasz stary dobry Wiedźmin grany przez Żebrowskiego ma walory – których jak ludzie zauważyli, brakuje innym filmom. I żeby to było jasne: nie mówię, że serial Netflixa jest niedobry – broń Boże! – po prostu jest inny. To są różne filmy i różnie rozumiani bohaterowie.
Zuza: Teraz pytanie, czy zdaniem Pana jest szansa na to, żeby powstała kolejna wersja „Wiedźmina”? Może tym razem w Polsce?
Nie wiem. Wszystko jest możliwe. Ale gdybym ja miał jeszcze robić film w tym uniwersum, które osobiście kocham, to pewnie bym zrobił film o Ciri. Bo ona jest i zawsze była tak samo mocna jak Geralt. Nawet jak była jeszcze dziewczynką.
Jakub: A teraz będzie bohaterką „Wiedźmina 4”.
No, nie dziwię się. Ciri jest absolutnie fantastyczna i momentami ciekawsza nawet od Geralta, jeśli mogę tak odważnie powiedzieć. Tak, to by mnie kusiło, ale nic na siłę. I też powinien napisać to ktoś, kto się na tym zna. A wiecie, kto się na tym najlepiej zna? Pan Andrzej Sapkowski. Tylko, że on już przy tamtym (moim) „Wiedźminie” nie chciał pisać scenariusza. Powiedział: „Nieee, ja się znam na tym, wszystko wiem, ale nie chcę tego tykać. Wy filmowcy chcecie film, to sobie napiszcie swój i niech on będzie wasz. A ja wam daję tego bohatera”. No i szkoda, bo jakby Pan Andrzej się przyłożył do pisania tamtego scenariusza, to film na pewno wyglądałby inaczej. Nie powiem, że lepiej, po prostu inaczej.
Jakub: Wcześniej Pan wspomniał o „Wiedźminie” od Netflixa, czy widział go Pan? Jeżeli tak, to jakie są Pana odczucia odnośnie tego serialu?
Widziałem go i mogę go pochwalić za wiele rzeczy. Dużo jest tam wątków, które są… nie chcę użyć słowa naiwne, ale dość prosto zrealizowane. Ale bardzo chcę zaznaczyć, że ja nie oceniam. Bo to jest tak, że ja słyszę ostatnio o filmach: „to okropne, dlaczego tyle Oscarów?”, a potem ja to oglądam i widzę film, który mnie interesuje. Tak samo jest z „Wiedźminem” netflixowym. Jeśli ktoś narzeka, to jest jego sprawa i jego ocena. Ja patrzę na filmy z wielką miłością, przyjemnością, na każdy właściwie. To jest sztuka, która mnie zawsze wciąga. Powiem wam, że w ogóle jestem jakiś dziwny, bo jak idę na przykład do sklepu, gdzie są telewizory, to ja staję, otwieram buzię i oglądam. I w ogóle nie wiem, po co do tego sklepu przyszedłem, bo leci film. A przecież wiem, jak to się robi, że to wszystko to taka ściema, ale się okazuje nagle, że to jest bardzo wciągające.
Zuza: To jest ta magia kina. Co w ogóle Pana skłoniło, aby zekranizować „Wiedźmina”?
To nie jest tajemnica – po prostu sam bohater, Geralt. Przeczytałem „Władcę Pierścieni” w około 70. roku, potem był „Hobbit”. Trafiłem na te książki i po prostu wciągnąłem się kompletnie. To mnie załatwiło, tak mi ten świat podziałał na wyobraźnię. W 70. roku miałem 10 lat. Nagle czytałem coś, co otworzyło przede mną jakieś niezwykłe światy. Potem na VHS-ach widziałem “Conana”. I ten Schwarzenegger – taki Conan to fantazja! Potem już robiłem filmy i nagle ktoś mi polecił te dwa zbiory opowiadań: „Miecz Przeznaczenia” i „Ostatnie Życzenie”. No i jak ja to przeczytałem, to po prostu byłem chory. Brało się książkę i się jej nie odkładało, dopóki się jej nie przeczytało. Ja dosyć szybko czytam, ale to było dla mnie szokujące zdarzenie.
Ten świat, ten Geralt, te rozmaite polskie i słowiańskie baśnie, te odwołania – ja się wtedy zakochałem. I powiedziałem sobie: to jest bohater, którego ja muszę sfilmować.
8 lat za tym łaziłem. A jak się w końcu udało, w końcu producent uwierzył, że to będzie fajny film, to jeszcze i tak długo niektórzy myśleli: „no, jakaś bajka, tam krasnoludy, tu smoki”. Trochę to przeszkadzało, dlatego, że ja chciałem zrobić ten film tak, jak zrobił to Jackson z „Władcą Pierścieni”. Muszę wam powiedzieć, że jak zobaczyłem jego „Władcę Pierścieni”, to się mało nie rozpłakałem. Było dokładnie tak, jak ja chciałem zrobić. Z taką dbałością o szczegół, o wszystko. Ale wtedy były inne czasy.
Jakub: Ciężko się z Panem nie zgodzić. Jak to było pracować na planie takiej produkcji jak „Wiedźmin”? Jakie były przeszkody?
To był trudny film, bo my zaczynaliśmy w lecie, potem była jesień i zima. 168 dni, więc wszystkie pory roku. I to były takie czasy, że np. jak były zdjęcia w górach, trzeba tam było wleźć. A kamera nie była taka, jak dzisiaj – cyfrowa, która jest lekka, ewentualnie waży kilogram, jak ma jakieś wypasione szkła. Trzeba było brać ze sobą taśmę, magnetofon, kamerę, statyw – to wszystko. I to były takie miejsca, gdzie się nie dało wjechać. Trzeba było to wnosić. I pamiętam biednego konia Geralta. To biedne konisko było dosyć odporne, ale jednak były takie miejsca, gdzie jemu też brakowało tchu. Bardzo mi było żal tego zwierzęcia i nawet w pewnym momencie w Karkonoszach nie poszliśmy aż tam, gdzie były planowane zdjęcia. Myśmy chcieli wejść na równię pod Śnieżką, ale trzeba było to kręcić w innych miejscach, bo tam było za ciężko koniowi. Ludzie wszystko zniosą, ale zwierzę? To jego wina, że my film kręcimy?
Zuza: No tak, biedna Płotka. A jak na Pański film zareagował Andrzej Sapkowski? Bo mówił Pan, że pisarz nie chciał współpracować, ale jaka była jego reakcja na obejrzenie już gotowego produktu?
Powiem teraz coś, co rzadko kiedy mówię, ale właściwie Andrzej Sapkowski uratował mnie chyba przed jakąś zapaścią, depresją, nie wiadomo czym jeszcze. Jak się zrobiła wielka burza wokół filmu, mówiono np. „te Driady to są workach po ziemniakach”, „to takie nie wiadomo co” – to była dla mnie straszliwa trauma. No i Pan Andrzej Sapkowski trochę się wycofał i schował, bo nie chciał komentować. Myśmy wtedy jeździli promując film po różnych miejscach w Polsce z Michałem Żebrowskim i z innymi aktorami. Wszyscy na niego zaraz napadali, żeby wiedzieć, co on myśli. I on w ogóle tego filmu nie widział. Umówiliśmy się, że zobaczy go w Łodzi, w kinie, które miało tajne tylne wejście. Odbyła się projekcja tylko dla niego i dla tych, których zaprosił. Nikt nie wiedział, że Pan Andrzej będzie oglądał „Wiedźmina”. No i zadzwoniłem do niego po tej projekcji. A on mówi: „Niektóre walki to były u Pana lepsze nawet niż w Conanie. Podobało mi się.” Spytałem, czy ja to mogę mówić dziennikarzom. „Oczywiście, niech Pan mówi.” I to mi dało taki power, bo mój mistrz, który wymyślił tego bohatera, nie powiedział, że była kicha, tylko wyraźnie zaakceptował. To mi dało skrzydła i pozwoliło przetrwać hejt. Potem wszystko już ucichło, a teraz znowu nasz „Wiedźmin” zaczyna się podobać.

Zuzia: No, widać to po tym, ile osób przyszło dziś na seans.
Jakub: No właśnie. A odbiegając od „Wiedźmina”, jaki jest Pana ulubiony film Pańskiego autorstwa, który Pan najlepiej wspomina i do którego wraca?
To jest seria 10 filmów, którą zrobiłem ostatnio z Wytwórnią Filmów Fabularnych i Dokumentalnych jako producentem. Nazywa się „Ożywione obrazy”, które mają z 16-18 minut. To są krótkie fabuły, które na końcu mają komentarz historyczny Każda z nich kończy się obrazem, dziełem malarskim. Morfuję ostatni kadr w ten obraz, tak jakby ożywiam obrazy w drugą stronę. Bardzo lubię tę serię. Wcześniej zrealizowałem wyłącznie cykl obrazów Matejki w podobny sposób, ale ta tutaj dała mi ogromnie dużo radości, dlatego, że mogłem wymyślić praktycznie wszystko. Bo jest np. obraz pod tytułem „Patrol powstańczy” Maksymiliana Gierymskiego i wiemy, że to jest powstanie z 1863 roku, ale nie wiemy nic o tych ludziach, możemy coś tylko przypuszczać. Teraz ja mogłem zaproponować, mając wiedzę o tym powstaniu, będąc wyuczonym, co się działo. Piszę scenariusz, który jednocześnie niesie za sobą jakieś rzeczy, które mogą się przydać. Piszę to językiem, jaki mógł być wtedy. I uważam, że to są pożyteczne filmy i sprawiły mi dużo radości.
Zuza: To jeszcze ostatnie pytanie. Czy Pańskie doświadczenie przy filmach dokumentalnych wpłynęło na tworzenie „Wiedźmina”? Jak to się różniło?
Kiedy robiłem „Wiedźmina”, to jeszcze nie miałem doświadczenia w robieniu filmów dokumentalnych. Miałem głównie doświadczenie przy pracy przy fabułach i przed „Wiedźminem” robiłem jeszcze filmy dla TVN. Razem z Panem Maćkiem Wojtyszką reżyserowałem serial „Miasteczko”. Natomiast dokumentów to nie robiłem, bo byłem głównie zajęty właśnie fabułami. Zresztą teraz też filmy dokumentalne to nie jest moja domena. Jeśli robię film, to z jakiejś potrzeby. W tej chwili robię dokument o Pani Krystynie Zachwatowicz-Wajda, żonie Andrzeja Wajdy, bo uważam, że trzeba zarejestrować wszystko to, co Pani Krystyna mówi. Ona jest takim ostatnim autorytetem. I uważam za konieczne, żeby taką osobę zatrzymać na taśmie. Także to jest taki dokument z potrzeby serca. Ale nie uważam się za dokumentalistę, a bardziej za rejestratora spraw ważnych.
***
Wywiad został przeprowadzony 26 marca 2026 roku.
