Diabelski Pamiętnik #13: Pech nie może być wymówką

Bruno Fernandes patrzy na pech, czający się gdzieś w oddali.

Fot. https://www.instagram.com/p/C5dpcRSMWV4/?img_index=1 / autor: instagram.com/manchesterunited

O ile po pucharowym starciu z Liverpoolem na Old Trafford panowały dobre nastroje, tak po remisie w meczu ligowym trudno o optymizm. Punkt wywalczony w ostatnim spotkaniu z The Reds jest bowiem zaledwie 1 z 2 w 3 ostatnich potyczkach dla Czerwonych Diabłów. Manchester United powoli, lecz nieubłaganie, żegna się z marzeniami o uratowaniu sezonu 2023/2024. Pech nie może już stanowić wymówki dla Erika Ten Haga i spółki.

Ostrzeżenie: Niniejsza rubryka jest przeznaczona dla osób o mocnych nerwach. Jeżeli nie chcesz doświadczać stanu totalnej beznadziei, zawodu i irytacji, unikaj tego i reszty artykułów z tej serii. Ich czytanie grozi nabyciem silnych tendencji masochistycznych.

Chłopcy do bicia

Pewnie już domyślasz się, drogi Pamiętniczku, że nie mam dla Ciebie dobrych wieści. Spośród 4 ostatnich ligowych potyczek Czerwone Diabły nie wygrały ani jednej. 3 z 12 możliwych do zdobycia punktów to rezultat godny Sheffield United, a nie drużyny z czołówki tabeli. Może nie byłbym tak zdegustowany gdyby nie fakt, że w każdym z tych meczów (nie licząc starcia z Bournemouth) to Manchester wychodził na prowadzenie. Co z tego, skoro chwilę później moi ulubieńcy tracili animusz i dawali prezenty rywalom.

Wszystko zaczęło się od spotkania z Brentford w Wielką Sobotę. Na Community Stadium wyszedł tego dnia tylko jeden zespół. Gospodarze. Pszczoły pokazały podopiecznym Erika Ten Haga jak powinno grać się w piłkę i całkowicie zdominowały przyjezdnych z Old Trafford. Może kiedyś byłoby to zaskoczeniem, ale w obecnym sezonie jest już rutyną. To prawdziwy cud, że ze wszystkich 31 strzałów (w tym 3 w obramowanie bramki), jakie oddała drużyna z Londynu, tylko 1 znalazł drogę do bramki André Onany.

Jeszcze dziwniejszy jest fakt, że to United prowadziło po golu Masona Mounta w 96. minucie. Diabły jednak ewidentnie nie czuły, że zwycięstwo byłoby zasłużone, więc 180 sekund później pozwoliły wyrównać Kristofferowi Ajerowi. Mimo wszystko to Brentford może czuć niedosyt, bo w statystyce xG pokonali gości 2.67 do 0.50. Pech, o którym mówił między wierszami w wywiadzie pomeczowym Ten Hag, dotknął drużynę, która musiała gonić wynik. Manchester mógł za to mówić o sporym szczęściu.

Klauny bez cyrku

Ale czym byłby pech bez doprawienia go porządną dawką żenady? Widzisz, Pamiętniczku, moja ukochana drużyna przypomina bandę klaunów, które z braku cyrku występują na stadionach piłkarskich. Najlepiej niech świadczy o tym konfrontacja z Chelsea. Zespół Mauricio Pochettino aż do zeszłego tygodnia był na czele memicznej klasyfikacji zawodowych lig w Anglii. Z piedestału zepchnąć go mogła tylko jedna siła – Manchester United. I chyba nie będzie to duży spoiler, jeśli już teraz zdradzę, że Diabły z tej sposobności skrzętnie skorzystały.

Stamford Bridge dawniej kojarzyło się z twierdzą, ale obecnie raczej nie budzi jakiejkolwiek grozy. No chyba, że jesteś piłkarzem z czerwonej części Manchesteru. Wtedy nawet wyjazd na Puchar Wójta w Bartoszycach (dobór miejscowości przypadkowy, przysięgam) może cię przerosnąć. Tym samym po 20 minutach The Blues mogli cieszyć się z dwubramkowego prowadzenia. Londyńczycy nie byliby jednak sobą, gdyby nie pozwolili rywalom odrobić strat, więc w 98. minucie na tablicy wyników widniał rezultat 3:2 dla Czerwonych Diabłów. Co mogło pójść nie tak, Pamiętniczku?

Diogo Dalot. Portugalczyk nie tylko dał się ograć jak dziecko Noniemu Madueke, ale w dodatku poślizgnął się i przewrócił Anglika we własnym polu karnym. Cole Palmer nie pomylił się z 11 metrów, a chwilę później skorzystał z braku krycia przy rzucie rożnym i rzutem na taśmę zapewnił swojej drużynie zwycięstwo. 25 lat temu Manchester United wygrywał Ligę Mistrzów po 2 golach w doliczonym czasie gry, by teraz przegrywać z memiczną Chelsea w ten sam sposób. To musiał być pech, prawda?

Mecz o honor

Nadeszła pora na mecz z Liverpoolem. Odwieczni rywale ekipy z Old Trafford przed tym spotkaniem byli na szczycie tabeli. Wciąż walczą o 20. tytuł mistrzowski, który oznaczałby zrównanie się w klasyfikacji wszechczasów właśnie z United. Jeśli to miało zmotywować podopiecznych Erika Ten Haga, to pierwsze 45 minut tego nie pokazało. Na przerwę oba zespoły schodziły przy (zaledwie) jednobramkowym prowadzeniu zespołu z Merseyside. Wynik zaskakująco niski, jeśli weźmie się pod uwagę, że w strzałach drużyna Jürgena Kloppa dominowała 14:0.

Obraz gry po zmianie stron uległ nieznacznej tylko poprawie. Okazało się jednak, że The Reds także potrafią wykazać się wspaniałomyślnością. Najpierw Jarell Quansah pięknie podał do Bruno Fernandesa, by Portugalczyk mógł z połowy boiska zaskoczyć Caoimhina Kellehera. Niedługo potem Kobbie Mainoo skorzystał z latyfundiów wolnej przestrzeni w jedenastce gości i poderwał Old Trafford cudownym trafieniem z obrotu. Nieoczekiwanie dla wszystkich, to Manchester objął prowadzenie. Ale wtedy przytrafił się (który to już raz w tym sezonie?) pech. Ten cholerny, nieubłagany i nieunikniony pech.

Tym razem, inaczej niż ostatnio, Bitwa o Anglię miała zakończyć się remisem. Wszystko za sprawą genialnego wejścia Aarona Wan-Bissaki, który ochoczo rozłożył się w polu karnym i zaprosił Harveya Elliotta do potknięcia się o jego nogę. Mohamed Salah wyjątkowo nie pomylił się z karnego, ustalając wynik meczu na 2:2. Tak oto 3 raz na przestrzeni 8 dni Czerwone Diabły wypuściły z rąk prowadzenie. Biedny Erik Ten Hag po raz kolejny musiał zrzucić winę na brak szczęścia. Czy też, jak kto woli – na pech. Nie wiem, jak Ciebie, drogi Pamiętniczku, ale mnie utyskiwanie na chichoty losu już nie przekona.

To nie pech

Przyczyny rozczarowań Manchesteru United w tym sezonie są nieco inne niż zjawiska metafizyczne. Zacznijmy od tego, że gracze z Old Trafford są drużyną, która pozwala na najwięcej oddanych strzałów na własną bramkę rywalom we wszystkich czołowych 5 ligach w Europie w tym roku. A przecież w tej puli 96 zespołów są takie rodzynki jak wspomniane już Sheffield (82 stracone bramki w tym sezonie), Darmstadt (71) czy Salernitana (64). Tymczasem moi ulubieńcy jakimś cudem stanowią 5. najlepszą defensywę Premier League. Przynajmniej pod względem goli zdobytych przez oponentów.

W tym miejscu, drogi Pamiętniczku, muszę przeprosić André Onanę za wszystkie złe słowa, jakie napisałem na jego temat. Kameruńczyk w ostatnich tygodniach dwoi się i troi, by jakkolwiek naprawiać błędy kolegów z pola. Tytuł piłkarza marca, jaki otrzymał, nie był przypadkowy. W końcu w samym ubiegłym miesiącu na jego bramkę oddano 106 strzałów. Po meczu z Chelsea łączny wynik tego sezonu wyniósł 525 takich prób, by po spotkaniu z Liverpoolem urosnąć do 553.

Widać więc, jakie żniwo zbierają kontuzje czołowych postaci obrony (Lisandro Martinez i Luke Shaw), a także ogromną dziurę zionącą w środku pola United. Jedyne zabezpieczenie tego sektora w drużynie Manchesteru stanowi Mainoo. Casemiro jest za stary nawet na wyprowadzanie psa, a co dopiero na Premier League. Scott McTominay powinien dostać sądowy zakaz opuszczania pola karnego rywali, a Mason Mount i Bruno nie są dominatorami. Jeśli doliczy się do tego okazjonalne wylewy Dalota i Wan-Bissaki oraz “wybitne” krycie stałych fragmentów, to tak duża liczba prób rywali przestaje dziwić. Mityczny pech okazuje się sumą wszystkich zmartwień na Old Trafford.

Mentalny dramat

Ten sezon dobitnie udowadnia, że mentalny dramat przeżywają nie tylko kibice Czerwonych Diabłów, ale także ich ulubieńcy. Trudno zliczyć, ile to już razy w bieżących rozgrywkach Manchester oddawał prowadzenie przeciwnikom. Dość powiedzieć, że 3 wpadki w ostatnim czasie nie stanowią zapewne nawet 20% takich wybryków w całej kampanii 2023/2024. W końcu Liga Mistrzów nie przegrała się sama. Drużyna słynąca od zawsze z odrabiania strat, teraz ułatwia takie wyczyny każdemu, kto wyjdzie na boisko.

Twarzą całej obecnej zapaści mentalnej zespołu mógłby śmiało zostać Marcus Rashford. Anglik nawet jeśli strzela gole (co czyni rzadko ostatnimi czasy) irytuje brakiem zaangażowania. Po spotkaniu na Stamford Bridge okrążenia w sieci robił klip, na którym zakłada pressing. No dobra, przesadziłem. Truchta między graczami Chelsea. A to wszystko mimo faktu, że na murawie pojawił się dopiero w 66. minucie. To chyba najwyższa pora, by pożegnać się z tym wiecznym talentem i wyciągnąć za niego przynajmniej dobre pieniądze.

Chciałbym mieć w życiu tyle szczęścia, co Erik Ten Hag, Pamiętniczku. Gdyby nie walka o Puchar Anglii i brak dobrego zastępcy na rynku trenerskim, Holender musiałby szukać latem nowego pracodawcy. Dostanie kolejną szansę, ale bez wyraźnego progresu będzie skreślony. Jim Ratcliffe nie chciał pójść drogą Lecha Poznań i Mariusza Rumaka, lecz wkrótce zabraknie nawet takich hamulców. Pozostaje tylko wierzyć, że wszystko uda się uratować. Najwyższa pora, by pech zniknął z ust ludzi w największym klubie na Wyspach.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

trzy × 1 =