Czy miłość ma „Kształt Wody”? – recenzja filmu

fot. materiały dystrybutora

Ta fabularna ekranizacja baśniowej powieści zaczarowuje odbiorcę spojrzeniem na miłość, która nie potrzebuje słów, by wyrazić ogrom swojej istoty w życiu każdego człowieka i nie tylko.

 

 

 

 

Guillermo del Toro, który nakręcił niedawny „Zaułek Koszmarów” oraz stworzył scenariusz trylogii „Hobbit”, w 2017 roku przy współpracy ze studiem Disneya opowiedział poprzez ekran bajkę na podstawie swojej własnej powieści o tym samym tytule.

Obecnie można ją obejrzeć na HBO MAX, Playerze czy Canal+Online.

OBIEKT NA WAGĘ ZŁOTA

Obsypany nagrodami filmowymi „Kształt Wody” (4 Oscary, 2 Złote Globy, 3 BAFTy, 3 MFF) to historia osadzona w Ameryce lat 60. XX wieku, gdzie Zimna Wojna osiąga swój szczyt w sporze między dwoma supermocarstwami świata – Stanami Zjednoczonymi a Rosją. W takiej codzienności przedstawia się widzowi Elizę Esposito. Niemą kobietę, pracującą jako sprzątaczka w jednym z rządowych laboratoriów w Baltimore w stanie Maryland. Mieszka wraz ze swoim przyjacielem artystą — Gilsem —nad miejskim amfiteatrem, w którym wyświetlane są megaprodukcje ówczesnego kina, takie jak „Historia Rut” z Elaną Eden w roli głównej. Jej życie składa się z jednej rutyny podporządkowanej pracy, w której znikomo szukać czasu dla samej bohaterki. Podczas sprzątania wraz ze swoją najlepszą koleżanką Zeldą jednego z pilniej strzeżonych pomieszczeń „T4” jest świadkiem wniesienia „najcenniejszego obiektu”, który znajduje się pod dachem zakładu, zawitania wraz z nim grupy badaczy oraz koordynującego wszelkie działania nowego szefa ochrony — Richarda Stricklanda. Główną bohaterkę fascynuje to, czym ten obiekt jest. Podczas jej samotnego pobytu w sali skrywana za kapsułą wypełnioną wodą, posiadająca ludzki kształt postać, ukazuje się jej. Pokryta łuskami, widocznymi skrzelami i świdrującymi od lewej do prawej gałkami ocznymi. Elizę nie przeraża ten widok. Nie traktuje „obiektu” jako agresywnego potwora, mimo iż może sprawiać takie wrażenie. Jest w nim coś, co samej bohaterce wydaje się bardzo tożsame, przez co próbuje go poznać, a to staje się bardzo ryzykowną decyzją.

fot. materiały dystrybutora

CZARUJĄCA PREZENCJA

Obraz „Kształtu Wody” w znakomity sposób oddaje klimat kina ubiegłego stulecia, w którym przedstawiana jest również historia. Przyciemnione, lekko wyblakłe kadry, w których głównie manewruje się niebieskościami oraz zielenią przypominają produkcje fabularne z tamtego okresu. Taki zabieg daje poczucie déjà vu – jakbyśmy już kiedyś tę produkcję widzieli, chociażby podczas niedzielnych przeskoków pilotem między kanałami telewizyjnymi. Opowieść staje się automatycznie bliższa.

To, co kołysze nas po falach fabuły, po raz kolejny oddając atmosferę, a przy tym hołd złotej erze kinematografii to piękna ścieżka dźwiękowa, której nie powstydziłyby się żadne kultowe produkcje, co potwierdza Oscar w kategorii najlepszej muzyki oryginalnej. Muzyczne tło, za które w głównej mierze odpowiadał Alexandre Desplat niesamowicie stapia się z tym, co widzimy na ekranie. Orkiestrowe dźwięki nie przyćmiewają scen, ale dodają im uroku. Tworzą z obrazem całość.  Wprowadzają pewien rodzaj mistycyzmu.

Czas akcji reprezentowany jest nie tylko przez stworzony wokół obrazu klimat, lecz również przez to, co na nim widać. A widać wiele: od ciągle korzenionego społecznie rasizmu w Stanach Zjednoczonych, co równało się protestom na rzecz obrony praw obywatelskich, przez powstawanie pierwszych „sieciówek” restauracyjnych, po stereotypowe przykłady nuklearnych rodzin i kształtowane jeszcze bardziej stereotypowe role społeczne kobiet – „happy homemakers” i „breadwinnerowych” mężczyzn jeżdżących nowymi Cadillacami DeVille. Zimną Wojnę charakteryzuje się samą treścią fabuły, jak i żonglowanymi w obrazie symbolami, takimi jak propagandowy plakat z lat 40. wiszący w szatni sprzątaczek z napisem „Loose lips might sink ships”. Takie niuanse odkrywa się widzowi na ekranie jak karty, dosadniej umieszczając go nie tyle w konkretnym roku, ile konkretnej, burzliwej dla historii Ameryki dekadzie.

BAJKOWE POSTACI W FABULARNEJ FORMIE

fot. materiały dystrybutora

Obsada świetnie zgrywa się z nurtem wkraczającej przez nich opowieści. Bohaterowie, mimo iż z góry podzieleni na dobrych i złych, nie zawsze grają jedno twarzowo.  Sally Hawkins w roli Elizy Esposito jest zjawiskowa. Czuć włożone w tę postać duże pokłady wrażliwości, które tworzy tylko poprzez mimikę i gesty. Jej postać czuje się osamotniona w świecie, nieprzystosowanym dla jej braku zdolności mówienia. Dlatego tak łatwo tworzy relację ze stworem z Amazonki, bo jest jedyną, która go jako tego stwora nie traktuje. Wie, że słowa nie są warunkiem koniecznym do komunikacji. Człowiek-amfibia jest nawiązaniem do pół człowieka-półryby z legendarnego filmu studia Universal pt. „Potwór z Czarnej Laguny”. W „Kształcie Wody” tę postać gra Doug Jonas. Jego bohater staje się dla Elizy światełkiem zrozumienia w przepełnionym szarością tunelu świata. Szarością, której skrajnym przykładem jest Michael Shannon w roli typowego ciemnego charakteru. Aktor staje na wysokości zadania w byciu zimnym, oschłym (w przenośni oraz dosłownie, patrząc na jego palce) oraz przepełnionym patriarchalną pychą i wyższością facetem na wysokim stanowisku. Przeciwieństwem stereotypowego dla ubiegłego wieku mężczyzny jest postać grana przez Richarda Jenkinsa – malarz, homoseksualista, który przez swoją orientację, a nie brak zdolności, został wyrzucony z pracy. Ta postać rozczula, a jej wątek chciałoby się dalej zgłębiać, jednak scenariusz niestety tego nie dostarcza – bo tak jak w każdej bajce, mamy tych najważniejszych oraz resztę. Resztę, do której zaliczyć można również bohaterkę Octavii SpencerZeldę: otwartą i wygadaną kobietę, marudzącą na niedoceniającego ją męża, i śmiejącą się z „tęgich głów” laboratorium, które nie potrafią jednak trafić dobrze do pisuaru bez zalewania łazienki swoim moczem.

STARY, DOBRY KLASYK

Nie ma tu wielkich niespodzianek, wielkich słów, wielkich zwrotów akcji, co dla niektórych może być minusem. Jednak poprzez tyle nawiązań i ukłonów w stronę starego Hollywood uznaje ten film sam w sobie za taki ukłon. Nie mający na celu byciem nową, zaskakującą produkcją, tylko dobrze znaną, otulającą niczym wełniany koc, historią. Do której wracamy parę razy, chcąc zawinąć się w komfort beztroski, z jaką obrazuje się nam bliskie idee. Ten film to taka bajka dla dorosłych. Momentami infantylna i sztampowa, a innymi bardzo dojrzała i przemycająca nie tak łatwe do zrozumienia kwestie — będące rzuceniem przez autorów rękawicy widzowi. Stawiających mu wyzwanie: czy będzie w stanie zauważyć i zrozumieć te wszystkie odniesienia i nawiązania? „Kształt Wody” nie opowiada w nowatorski sposób o miłości. Bardziej nawiązuje do baśniowych klasyków pokroju „Pięknej i Bestii” czy „Dzwonnika z Norte Dame”. Mimo to daje się widzowi porwać i zanurzyć po raz kolejny w historię niosącą proste, lecz w dalszym ciągu istotne przesłania dotyczące potrzeby kochania i bycia kochanym, (SPOILER) spuentowane w ostatniej scenie, pięknym wierszem:

„Niezdolny dostrzec twego kształtu, czuje Cię wszędzie wokół. Twa miłość przepełnia moje oczy. A serce się raduje, bo jesteś wszędzie.”

Nawet w kształcie wody…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *