4,868 Days — Recenzja płyty Tool: „Fear Inoculum” 2019

Fear Inoculum

fot. materiały promocyjne

Tool jest zespołem trafiającym raczej do wąskiego grona słuchaczy. Psychodela, trans, kunszt — wszystkie te określenia są trafne w przypadku twórczości tajemniczego zespołu z Kalifornii. Ich wyszukane rzemiosło rzadko przypadało do gustu przeciętnego słuchacza, niepotrafiącego spojrzeć w głąb otaczających go dźwięków. Nic dziwnego, że sprawa ich ostatniej płyty nie odbiła się dużym echem, poza środowiskiem muzyki metalowej. Są jednak tacy, którzy na nią czekali… 13 lat.

„Fear Inoculum” jest dopiero piątym albumem, w trwającej ponad trzydzieści lat karierze. Tool nigdy nie słynął z maszynowej produkcji swoich dzieł. Jednak 4868 dni* oczekiwania to rekordowy okres, na który skazani zostali słuchacze. Czy ostatnia płyta Toola zaspokoiła fanów?

*Poprzedni album Toola z 2006 roku zatytułowany był „10,000 Days” – czyli około 30 lat

Zalążek strachu czy Szczepienie przeciw niemu?

Inoculum — materiał inokulacyjny, próbka mikroorganizmów służąca do założenia kultury komórkowej. Tytuł albumu można więc przetłumaczyć na „Zalążek Strachu”. Jednak nie oddaje to w pełni brzmienia płyty. Inoculum może mieć jeszcze inne znaczenie — szczepionkę. Jestem skłonny wierzyć, że obie interpretacje się uzupełniają. Zwłaszcza, że wpisują się w  niejednoznaczny przekaz muzyki Toola. W utworze tytułowym, wokalista faktycznie śpiewa o odrzuceniu zarazy, o błogosławionej odporności na jad czy truciznę która siedzi w każdym z nas. Chodzi tu oczywiście o jad zatruwający ludzki umysł. Okładka też działa na wyobraźnię. Wąż? Materia pozakosmiczna? Wnętrze pralki? Nie wiadomo. Oddziałuje i uzupełnia muzykę. Do tego czcionka przywodząca na myśl futurystyczną dystopię. Tutaj nie ma zaskoczeń — udana oprawa graficzna.

Kryzys tożsamości w Fear Inoculum

Nie jest ciężko usłyszeć, że w dźwięki nowej muzyki wkrada się brak pewności siebie, zwłaszcza gdy artyści mówią o tym wprost. W utworze „Invincible” słuchamy opowieści o wygranych bitwach, o dokonaniach tytułowego niepokonanego. Dzisiaj nie wiele zostało z dawnych splendorów. Zamiast szczęku broni, słychać gruchotanie zmęczonych kości, a oręż już dawno stracił swą świetność. Chodzi oczywiście o karierę zespołu, która chyli się ku końcowi. Ten brak pewności siebie dręczy słuchacza. Wszystkie składniki wydają się być na swoim miejscu. Rozbudowane linie instrumentalne, wokal lekko oddalony na dalszym planie, charakterystyczne brzmienie i wspaniała liryka Maynarda Jamesa Kenana. Jednak podczas słuchania łatwo wpaść w monotonie. W szczególności gdy słuchamy albumu od początku do końca. Od pewnego momentu wszystko zdaję się zlewać w ładnie opakowaną breję. Taka opinia panuje wśród większości odbiorców. Nie jest to jednak do końca prawda. Problemem jest umieszczanie „Fear Inoculum” w kontekście reszty dyskografii. Dziś pozostałe albumy bezsprzecznie zostały określone mianem klasyków a ich pozycja na scenie stoner rocka stała się niepodważalna. W bezpośrednim porównaniu, nowy album faktycznie może wypaść słabo. Zwłaszcza, że słuchanie Toola w całości, nie na wyrywki, zawsze było najlepszym sposobem na doświadczanie ich twórczości.

Wojownik dalej walczy

Nie zrozumcie mnie źle, powiedzenie wprost, że „Fear Inoculum jest nieudaną płytą byłoby niesłusznie krzywdzące. Jest to muzyka inna niż cokolwiek, co serwują  mainstreamowe zespoły rockowe czy powtarzalne rapowe persony. Dlatego nie można słuchać jej w kategoriach  lepsza lub gorsza od czegoś. Gdy podchodzimy do niej bez uprzedzeń, czy zbudowanych na przestrzeni lat oczekiwań, zaczyna lśnić. Fakt, jako całość nie gra. Jednak skupiając się na utworach oddzielnie, zaczynamy dostrzegać ich jakość. Setki godzin spędzonych przy tworzeniu tekstu i muzyki stają się wyraźnie widoczne.

Piękno leży głębiej

Wczucie się w muzykę i próba odgadnięcia ukrytego znaczenia utworów, pozostaje najważniejszą częścią doświadczenia. W „Culling Voices” przedstawiany jest obraz nigdy nieodbytych rozmów. W „7empest” słyszymy, że poczucie kontroli jest złudne, że człowiek żyje w szaleństwie i uderza na oślep. Utwór kończy się stwierdzeniem, że słowa nie mogą naprawić wyrządzonych szkód. Czy aby na pewno? Czy człowiek faktycznie nie może się zmienić, czy wyrządzonych szkód nie da się naprawić? Wygląda na to, że szczep strachu zaczął się lęgnąć. Bierze górę nad, rzekomo zaszczepionym, człowiekiem. Głębia utworów zawsze pozostanie zaletą Toola, a ich ostatni album nie jest jej pozbawiony.

Fear Inoculum, rozczarował ale niepotrzebnie

Prawda jest taka, że znajdzie się ogrom fanów zespołu, którzy poczuli się osobiście urażeni albumem. Niestety dla nich, niesłusznie. Muzyka Toola to nie nowy utwór Billie Eilish, żeby decydować czy podbije listy popularności, czy denerwować się jeśli nie trafi do każdego — nie trafi. Jest to jedyne w swoim rodzaju doświadczenie, którego nie można kategoryzować w zwyczajny sposób. Każdemu kto odważy się podejść do niego z otwartą głową, polecam zarówno ten, jak i każdy inny album zespołu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *