#7 Kultowe serie: „Jak poznałem waszą matkę”

źródło: flickr

Podobno ludzi można podzielić na dwie grupy: tych, którzy wolą „Przyjaciół” i tych od  „Jak poznałem waszą matkę”. Do tej drugiej grupy należy między innymi Quentin Tarantino, który w jednym z wywiadów wyznał, że uzależnił się od oglądania tego serialu. Chociaż oba tytuły mają coś ciekawego do zaoferowania, a z przymrużeniem oka są nawet dość podobne, to ja jednak stanę po stronie Tarantino.

Jeśli chodzi o seriale komediowe, to na ich twórców czeka kilka, podstawowych przeszkód. Po pierwsze muszą cały czas rozśmieszać lub wzruszać widzów, zwłaszcza kiedy planują ciągnąć produkcję przez kilka lat. Ważne jest, aby idealnie wymierzyć poziom dramatu i komedii. Poważne wstawki muszą być tak opracowane, żeby nie wciągnęły widza w przedłużające się przygnębienie, a następne sceny mogły znowu rozbawić. Po drugie muszą stworzyć wielowymiarowe postacie, które będą miały do zaoferowania coś więcej niż swój komiczny wygląd czy żarty. Dla mnie zawsze dobrym zabiegiem przy dodawaniu bohaterom charakteru są retrospekcje. Zamiast skupiać się na fabularnej teraźniejszości, to zagłębiamy się w ich przeszłość, poznajemy ich historię i dowiadujemy się, jak to się stało, że znaleźli się właśnie w tym miejscu i w tym czasie, w którym ich poznaliśmy.

Te dwie rzeczy udały się twórcom „Jak poznałem waszą matkę” całkiem dobrze. Chociaż gdybym miała wymieniać wady tej produkcji, to spokojnie mogłabym napisać drugi taki tekst. Nie jest to serial idealny, zaczynając od denerwującego śmiechu z puszki, którego nie jestem fanką, a kończąc na żałosnym zakończeniu. Prawdę mówiąc, to gdyby organizowano konkurs na najbardziej rozczarowujący koniec serii, to „Jak poznałem waszą matkę” miałby duże szanse, żeby zająć pierwsze miejsce. Mimo wszystko dał radę zainteresować odbiorców przez 9 sezonów, niejednokrotnie zaskakując i utrzymując równy poziom. Nawet jeśli wytknąć mu można małe potknięcia, to zdołał sobie zapracować na miano kultowego.

Zakochać się w Nowym Jorku

Craig Thomas i Carter Bays stworzyli „Jak poznałem waszą matkę” na podstawie własnych doświadczeń. Inspiracją do niego była przyjaźń tych dwóch scenarzystów i przygody z ich codziennego życia, jakie przeżywali, gdy pracowali przy „Late Show with David Letterman” w Nowym Jorku. Na nich bazują postacie Teda, Marshalla i Lily. Ted jest luźno oparty na Carterze, za to Marshall i Lily zainspirowani zostali Craigiem i jego żoną. Nawet słynny bar MacLaren, w którym grupka przyjaciół siada w każdym odcinku, został wzięty z ich wspomnień. Jest on połączeniem 4 ulubionych miejsc, w których to oni lubili przesiadywać po pracy.

Sedno historii przez nich stworzonej mogłoby w pewnym sensie zostać sprowadzone do zabawnych perypetii grupki przyjaciół, lecz produkcja Thomasa i Baysa ma coś, czego na próżno szukać w podobnych fabułach. Przede wszystkim ma koncepcję, dzięki czemu każdy odcinek nabiera głębi. Poza tym ma też ona swój koniec, który w pewnym sensie jest już nakreślony w pilotażowym odcinku. Kluczem do całej produkcji jest postać Teda Mosby’ego (Josh Radnor), który w 2030 roku siada ze swoimi dziećmi w pokoju i postanawia opowiedzieć im o tym jak poznał ich matkę. W tym celu cofa się pamięcią do czasów swojej młodości, do roku 2005 i z wieloma dygresjami, bo w końcu jakoś ta fabuła lecieć musi, przez następne 9 lat opowiada swoją historię, wszystkie zakochania i rozstania, śluby, które pojawiły się po drodze, zabawne wypadki i wzruszające momenty.

Chociaż z założenia ta opowieść dotyczyć miała tego, jak Ted poznał tę jedyną, to do tego końca bardzo daleko. Tutaj wracamy już do sztandarowego formatu i każdy odcinek stanowi osobną anegdotę. Jednak i w tym przypadku Thomas i Bays potrafią zaskoczyć, bo w końcu pozostaje wspólny element. Pojawiające się niekiedy wstawki z dziećmi narratora, słuchające z lekkim znudzeniem ojca, tylko przypominają główny zamysł. Nawet jeśli wydaje się to absolutnie nierealne, żeby on w jakimś normalnym przedziale czasowym opowiedział to wszystko, to idea przedstawienia z perspektywy starzejącego się Nowojorczyka, którego złapała nostalgia, jest najmocniejszą stroną serii.

Niepoprawny romantyk

źródło: flickr

W jednym z początkowych odcinków dowiadujemy się, że ulubioną książką Teda jest „Miłość w czasach zarazy” Gabriela Garcii Marqueza. Jako że jest to i również i jedna z moich ukochanych powieści, to pewne podobieństwa między bohaterami od razu rzuciły mi się w oczy. Nie wiem, w jakim stopniu był to faktyczny zamysł twórców, a w jakim zwykły zbieg okoliczności. Te podobieństwa wynikają zapewne z tego, że obaj są prawdziwymi romantykami i niejednokrotnie dostają przez to po głowie. Tránsito Ariza zakochuje się bez pamięci w Ferminie Dazie, która jednak odrzuca jego zaloty i wychodzi za mąż za innego. Niestrudzony bohater nie poddaje się i postanawia czekać na nią, dopóki ta nie owdowieje. Zajmuje mu to ponad pół wieku, ale mimo wszystko udaje się wytrwać. Historia Teda wydawać się może inna, ale chodzi o to samo. Oboje muszą się naprawdę długo wyczekać na swoją ukochaną. Różnica jest tylko taka, że Ted nie wie jeszcze, kim ona jest.

Nasz serialowy bohater rozpoczyna retrospekcyjną opowieść od roku, w którym jego dwóch najbliższych przyjaciół – Lily (Alyson Hannigan) i Marshall (Jason Segel) postanawia się pobrać. Ta wieść wprowadza go w dość ciężki nastrój. Uświadamia sobie, że sam chciałby się już ustatkować i ożenić, ale do tego potrzebuje kobiety idealnej, tej jedynej. Właśnie te poszukiwania zajmują mu 9 sezonów, bo okazuje się, że choć w Nowym Jorku żyje ponad osiem milionów ludzi, to znalezienie drugiej połówki może być trudniejsze, niż się wydaje. Ta ckliwa i romantyczna historia jest podstawą i kluczem do wspaniałości tej fabuły. Dla niektórych może być to zbyt proste albo zbyt melancholijne, w końcu wybieramy sitcomy nie dla rozczulania się nad własnymi sprawami sercowymi, a żeby nas coś rozśmieszyło. Jednak jest w niej coś, co sprawia, że nie możemy przestać oglądać.

Niebieska waltornia

Główną przyczyną tego, że serial jest wręcz uzależniający, jest wisząca już od początku nad nami tajemnica. Nie wiemy, kto jest matką dzieci Teda. Na przestrzeni sezonów dostajemy kilka podpowiedzi jak na przykład motyw żółtej parasolki, który miał być znakiem rozpoznawczym przyszłej pani Mosby. Pojawia się on już w 3 sezonie, co tylko dodatkowo potwierdza fakt, że Thomas i Bays mieli na swój serial pomysł i do końca się go trzymają. Dla większości fanów „Jak poznałem waszą matkę”, to właśnie chęć poznania tytułowej matki jest największą zachętą do kontynuowania oglądania. Zatem twórcy złapali nas w perfekcyjną pułapkę napięcia i fabularnej enigmy, a my musimy wytrzymać do końca, żeby ją rozwiązać. Jestem idealnym przykładem na to, jak dobrze zbudowana została owa pułapka. Zawsze mam problem z oglądaniem zbyt długich seriali, o czym mówiłam już przy „Breaking Bad”, z czasem one się po prostu nudzą, a zamiast skupiać się na fabule, to wyczekujemy już zakończenia. Oczywiście, może to być jeden z mankamentów „Jak poznałem waszą matkę”, bo ile można czekać aż się dowiemy, o kim właściwie jest mowa przez całą serię, ale twórcy dbają o nas, żebyśmy wytrwali do finału.

Pierwszy odcinek już funduje nam solidną dawkę emocji i zwrotów akcji. Ted wchodzi do baru i pośród tłumu łapie kontakt wzrokowy z Robin (Cobie Smulders). Po krótkiej wymianie spojrzeń odwraca się do swojego przyjaciela Barneya (Neil Patrick Harris) i mówi, że pewnego dnia ożeni się z tą kobietą. W dodatku szybko wprowadza ten plan w życie i umawia się z nią na kolację. Przez cały czas jesteśmy utrzymywani w założeniu, że właśnie poznaliśmy matkę, a potem pewnie dostaniemy kolejny przeskok w czasie. To jednak byłoby zbyt proste i na koniec odcinka dowiadujemy się, że Robin nie zostanie jego żoną.

To będzie Le-gen-… poczekaj na to…-darne

źródło: Monty Brinton/CBS via Getty Images

Produkcja zakończyła się 7 lat temu, ale wciąż pozostaje w sercach wielu miłośników seriali. Wpływ na to może mieć niekonwencjonalna jak na sitcom fabuła, rozciągnięta na wszystkie sezony zagadka, której rozwiązanie musimy znać, czy charakterystyczne postacie. Dla mnie jednak „Jak poznałem waszą matkę” wiąże się z ogromnym sentymentem, przez co uwielbiam wracać do niektórych odcinków. Była to pierwsza seria, jaką obejrzałam w całości. Pamiętam pochmurną niedzielę, gdzieś w okolicy 2012 roku, którą spędzałam przed telewizorem. Natknęłam się na Comedy Central, gdzie akurat leciał maraton powtórek „Jak poznałem waszą matkę”. Historia wciągnęła mnie już od pierwszej chwili i kiedy skończyła się emisja na kanale, to musiałam zacząć oglądać wszystko od początku. Tak zaczęła się moja miłość do seriali. Chociaż dla wielu produkcja Thomasa i Baysa jest monotonna, prosta i niczym w stosunku do „Przyjaciół”, to dla mnie będzie zawsze istną telewizyjną perełką.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *