Raj na Morzu Śródziemnym

W samym sercu Morza Śródziemnego leży wyspa tak piękna, że onieśmiela swoim widokiem. Wszechobecny turkus morza, zieleń palm i biel piasku sprawia, że myślimy: tu jest raj! Mowa o sąsiadującej z francuską Korsyką malowniczej Sardynii. 

Odwiedzając tę wyspę wcale nie czujemy się jak we Włoszech. W Sardyńczykach można poczuć znaczącą odrębność. Po pierwsze, język. Ponad 97% mieszkańców wyspy posługuje się językiem sardo (mieszanką włoskiego, łacińskiego, greckiego, arabskiego i katalońskiego). Jest to mowa, którą Sardyńczycy wynoszą z domu. Włoskiego natomiast uczą się, bo muszą, gdyż jest to jeden z podstawowych przedmiotów w szkole podstawowej. Jeśli chodzi o język angielski, możemy próbować, ale najczęściej i tak odpowiedzą nam po swojemu.

Po drugie, skromność i dzikość. Podczas podróży po Sardynii ujrzymy wielkie miasta, takie jak Alghero, czy Cagliari (stolica wyspy). Widok i architektura tych miast wprost zwala z nóg. Ale przemierzając Sardynię wzdłuż i wszerz napotkamy nieskończone zielone pola, pastwiska, sady oliwne, winnice i pracujących na nich starych, jak i młodych ludzi. Prostych, ciężko harujących i samowystarczalnych rolników, żyjących często daleko poza jakimkolwiek miastem, czy cywilizacją. Przejeżdżając przez pobliskie wioski, często możemy zauważyć pasterzy pilnujących stada niezliczonej ilości białych baranków. Jest to niezwykle ujmujący widok. Ci właśnie ludzie, mieszkający na tej rajskiej wyspie od setek lat, potrafią wytwarzać sobie sami pożywienie. Brzmi to banalnie, ale robią oni swojską oliwę, wino, ser, uprawiają warzywa. To ich tajemnica długowieczności. Wszystko proste i pyszne. W końcu kuchnia włoska nie bez powodu nazywana jest kuchnią biednych. Dlatego właśnie warto wstać wcześniej i zaopatrzyć się w coś z lokalnych targów, bo znajdziemy tam najczęściej to, czym obdarowuje nas dany region.

Jeszcze niedawno byłam święcie przekonana, że to moja ukochana Chorwacja pobija wszystkie najpiękniejsze widoki i przechodzi jakiekolwiek wyobrażenie o rajskiej plaży. Myliłam się. Sardyńczycy mogą pochwalić się jednymi z najpiękniejszych plaż na świecie. Przykładowo Spiaggia La Pelosa, na północnym zachodzie wyspy jest obowiązkowym punktem dla każdego, kto Sardynię odwiedza. Plaża pokryta pięknym białym piaskiem, woda jest turkusowa, wszędzie rosną różowe kwiaty, a gdyby tego było mało, na pobliskiej wysepce widnieją ruiny starej, kamiennej latarni morskiej. Jedynym minusem są wszechobecne meduzy, które rekompensują to zjawiskowym wyglądem. Takich plaż jest tam na potęgę.

Wyspa wcale nie jest mała. Ma 24,000 kilometrów kwadratowych, około 200 km długości 120 km szerokości i jest podzielona na 8 prowincji i 377 gmin. By ją przejechać chociaż w części (uważam, że tydzień, jaki tam spędziłam to o wiele za mało) i zobaczyć przynajmniej te najważniejsze punkty turystyczne, najlepiej wypożyczyć samochód. Koszt takiego wynajmu to około 100 zł za dobę. Choć nie są to studenckie ceny, warto wydać trochę więcej, by ujrzeć takie miejsca.
Dobra rada: Sardynię najlepiej odwiedzić podczas majówki. Jest tam wtedy pusto, dzięki czemu można uniknąć tabunów turystów, które pojawiają się tam w okresie letnim. 

Z Alghero, w którym zapewniony mieliśmy nocleg, udało nam się zwiedzić, moim zdaniem, najważniejsze punkty turystyczne Sardynii. Przede wszystkim oddalony o 45 minut drogi samochodem Capo Caccia. Jest to cypel z wapiennych skał, poprzecinanych wąwozami i grotami, co stanowi doskonałe miejsce na trekking z mnóstwem tras. Skały otoczone są niemal zewsząd turkusową wodą. Przyjmują różne, dziwne kształty, niektóre są gołe, inne porośnięte charakterystyczną śródziemnomorską roślinnością. Całe to wapienne wybrzeże jest widokiem tak niesamowitym, że można by tam spacerować całymi dniami i nadal czuć niedosyt tego pięknego miejsca. W 1970 roku ustanowiono tam rezerwat przyrody Parco di Porto Conte, obejmujący 3 tysiące hektarów, na których przy odrobinie szczęścia można spotkać dzikie zwierzęta. Nie próbujcie zwiedzać tego miejsca bez aparatu fotograficznego lub telefonu, ponieważ jest ono pełne punktów widokowych, które warto utrwalić na zdjęciu.

Niecałą godzinę drogi od pełnego zgiełku Alghero, położone jest małe miasteczko Bosa. Przecina je rzeka Temo, a z jednej na drugą stronę miasta można przejść po pięknym zabytkowym moście Ponte Vecchio. Po wjechaniu do miasta od razu uderza nas fala kolorów. Łódki, kamieniczki, okiennice, bramy, wszystko w pięknych letnich barwach. Wszędzie dookoła ciągną się gaje oliwne i winorośle. Domki pną się po wzgórzu, na którego szczycie widnieje piękny zamek Serravalle. Jednak nie on stanowi główną atrakcję tego miasta.

Spacerując po Bosie można się po prostu zgubić. Uliczki są tak wąskie i tak przytulne, że wręcz przyciągają, by się w nie zagłębić. A te barwy! Są tam domy w kolorze różowym, lawendowym, zielonym, żółtym, niebieskim, a dodatkowo na większości z nich pną się piękne, wściekle różowe kwiaty bugenwilli. Przed sjestą przez otwarte okiennice można podejrzeć gospodynie krzątające się w kuchni. Jedna z nich zgodziła się nawet zrobić sobie ze mną zdjęcie. W ten sposób spędziłam swoje 21. urodziny – zaglądając ludziom do okien.

 

 

 

W samym Alghero na pewno trzeba zwiedzić stare miasto za dnia, by móc podziwiać piękne widoki, jak i wieczorem, by poczuć romantyczny klimat, gdy zapalają się latarnie i otwierają liczne restauracje. Na pewno warto zajrzeć do portu, jak i przejść się po urokliwych wąskich uliczkach. To, co bardzo spodobało mi się w Alghero, to pomimo że jest to wielkie miasto, to otwartość ludzi. Nikogo nie krępuje to, że wszędzie są turyści. Rano głośny tłum ludzi pije kawę w kawiarni, nieopodal starsza pani wiesza pranie w oknie w centrum rynku, a właściciel ekskluzywnego butiku popija sobie (od rana) Aperol Spritz  i śpiewa pod nosem: After everything I‘ve lost on you.. 

Wieczory na Sardynii również należą do niezapomnianych. Cudowne, purpurowe niebo towarzyszyło zachodzącemu słońcu co wieczór, tworząc romantyczny nastrój. W Alghero jest wiele wspaniałych i wykwintnych restauracji, do których oczywiście polecam się wybrać. My natomiast o wiele bardziej woleliśmy udać się z kocem na pobliską plażę, by podziwiać zachód słońca przy oliwkach, lokalnym serze i świeżym pieczywie popijając z plastikowych kieliszków wytrawne sardyńskie Cannonau.

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *