13/06/2026

CDN

TWOJA GAZETA STUDENCKA

Defibrylator na ścianie, strach w głowie

6 min przeczytania

Pętla Łostowice-Świętokrzyska/ fot. Hanna Wiczkowska

Mijamy go codziennie. Wisi na ścianie w galerii handlowej, na dworcu, czasem w szkole albo biurze. Zielona skrzynka z napisem „AED”. Dla większości to tylko element tła, który wydaje się nas bezpośrednio nie dotyczyć.

Problem pojawia się w momencie, gdy nagle zaczyna dotyczyć. Wtedy okazuje się, że między życiem a śmiercią stoją nie tylko minuty, ale także strach, niewiedza i paraliż.

Czym właściwie jest AED i dlaczego nie trzeba się go bać?

Automatyczny defibrylator zewnętrzny (AED) to urządzenie, które może przywrócić prawidłowy rytm serca u osoby z nagłym zatrzymaniem krążenia. Brzmi poważnie, i słusznie,  ale samo urządzenie zostało stworzone z myślą o osobach bez wykształcenia medycznego.

AED wydaje proste komendy głosowe i prowadzi użytkownika krok po kroku: wskazuje, gdzie przykleić elektrody, kiedy się odsunąć i kiedy uciskać klatkę piersiową. Co ważne, nie da się nim „przypadkowo zaszkodzić”. Urządzenie samodzielnie analizuje rytm serca i decyduje, czy defibrylacja jest potrzebna.

Mimo to dla wielu osób wciąż pozostaje czymś „zbyt medycznym”, by odważyć się go użyć.

Dlaczego AED pojawia się dopiero po tragedii?

Lidl w Bytowie / fot. Hanna Wiczkowska

W wielu miejscach historia wygląda podobnie: ktoś nagle traci przytomność, a pomoc przyjeżdża zbyt późno. Dopiero wtedy pojawia się refleksja: „trzeba coś zrobić”. Rusza zbiórka, powstaje lokalna inicjatywa albo zapada decyzja zarządcy budynku. W końcu na ścianie pojawia się AED.

To bolesny schemat — często uczymy się dopiero po stracie. Defibrylatory stają się więc nie tylko urządzeniami ratującymi życie, lecz także cichymi pomnikami. Przypominają, że można było zrobić więcej… tylko wcześniej.

3 minuty, które decydują o wszystkim

Nagłe zatrzymanie krążenia to stan, w którym każda minuta ma ogromne znaczenie. Szanse na przeżycie spadają z każdą kolejną minutą bez pomocy. Po około 3–5 minutach bez defibrylacji i resuscytacji ryzyko nieodwracalnych uszkodzeń mózgu gwałtownie rośnie.

Nagłe zatrzymanie krążenia to stan, w którym każda minuta ma ogromne znaczenie. Szanse na przeżycie maleją z każdą kolejną minutą bez udzielenia pomocy. Już po około 3–5 minutach bez defibrylacji i resuscytacji ryzyko nieodwracalnych uszkodzeń mózgu gwałtownie rośnie.

Najczęstsze obawy to poczucie braku własnych kompetencji. Świadkowie nagłego zatrzymania krążenia nie wiedzą, jakie czynności powinni podjąć i w jakiej kolejności. Nie wiedzą, jak rozpoznać zatrzymanie krążenia (na przykład tracą czas na szukanie tętna na tętnicy promieniowej). Do rozpoznania zatrzymania krążenia bez aparatury medycznej wystarczy stwierdzenie, że osoba jest nieprzytomna (nie reaguje na bodźce) i nie oddycha. (…). Osoby postronne nie wiedzą często, na czym polega resuscytacja (a konkretnie: uciśnięcia klatki piersiowej), nie wiedzą, gdzie należy uciskać klatkę piersiową ani jak to robić. Dużo jest niepewności (a często też higienicznej niechęci) odnośnie prowadzenia wentylacji metodą „usta-usta”. Urządzenia AED, jakkolwiek coraz częściej spotykane, jawią się jako skomplikowane i trudne w obsłudze urządzenie medyczne, co powstrzymuje świadków zdarzenia od sięgnięcia po nie. – tłumaczy prof. Mariusz Siemiński, ordynator Klinicznego Oddziału Ratunkowego UCK

Park nad zbiornikiem „Świętokrzyska II” / fot. Hanna Wiczkowska

Problem polega na tym, że karetka rzadko dociera na miejsce tak szybko. Oznacza to jedno: pierwsza pomoc niemal zawsze zależy od przypadkowych świadków zdarzenia.

Jak wynika z badania CBOS dotyczącego pierwszej pomocy z 2017 roku: „W ciągu ostatnich dziesięciu lat znacząco poprawiła się samoocena Polaków w zakresie udzielania pierwszej pomocy. Obecnie dwie trzecie badanych (67%, od roku 2007 wzrost o 17 punktów procentowych) deklaruje, że umiałoby w razie wypadku udzielić pierwszej pomocy, przy czym jedynie 19% jest całkowicie pewnych swoich kwalifikacji w tej dziedzinie”.

Największa przeszkoda: strach

Teoretycznie mamy dostęp do technologii, która może uratować życie. W praktyce jednak często nikt z niej nie korzysta. Dlaczego? Wiele osób obawia się, że zrobi coś źle, zaszkodzi poszkodowanemu i poniesie za to odpowiedzialność. Dodatkowo powszechne jest przekonanie, że w takiej sytuacji „ktoś inny zrobi to lepiej”.

Zatrzymanie krążenia dosłownie oznacza, że to kluczowych narządów (mózgu, serca) nie dopływa krew. Tkanka mózgowa jest szczególnie wrażliwa na niedokrwienie i niedotlenienie, już 3 minuty po zatrzymaniu krążenia rozwijają się nieodwracalne zmiany – komórki nerwowe umierają. Podobny proces rozpoczyna się w niedokrwionym mięśniu sercowym. Dlatego tak konieczne jest jak najszybsze udzielanie pomocy – przynajmniej rozpoczęcie uciśnięć klatki piersiowej. – podkreśla prof. Siemiński

W sytuacji zagrożenia życia pojawia się również silny stres, który potrafi sparaliżować nawet najbardziej racjonalnie myślące osoby. AED może znajdować się zaledwie kilka metrów dalej, ale największa bariera często znajduje się w naszej głowie.

Dlaczego większość z nas nie potrafi pomóc?

Systemowo problem jest prosty: nie uczymy się tego w praktyce.

Poziom wiedzy na temat pierwszej pomocy wciąż jest niewystarczający. Na pewno należy rozpoczynać edukację na ten temat już w szkole podstawowej i kontynuować ją przez kolejne lata edukacji i pracy zawodowej. Podstawowym celem takiej edukacji powinno być kształtowanie przekonania, że taka pomoc, realizowana przez osobę, która nie ma wykształcenia medycznego, istotnie zwiększa szanse pacjenta na przeżycie. W drugiej kolejności trzeba położyć nacisk na właściwe udzielanie pomocy. Niezbędne są tu ciągłe szkolenia z podstaw resuscytacji (technika uciśnięć klatki piersiowej, wykorzystywanie urządzeń AED oraz właściwe wzywanie służb ratunkowych). – mówi ordynator Klinicznego Oddziału Ratunkowego UCK

Owszem, temat pierwszej pomocy pojawia się w szkołach, ale często jedynie w formie teorii, którą szybko się zapomina. Kursy dla dorosłych? Zwykle są płatne, rzadko obowiązkowe i jeszcze rzadziej regularnie powtarzane.

Efekt jest taki, że większość ludzi nigdy nie trzymała AED w rękach, nie ćwiczyła resuscytacji na fantomie i nie wie, jak zareaguje w realnej sytuacji. A brak doświadczenia rodzi strach.

Czy ratowanie życia powinno być płatną umiejętnością?

WNS UG AED
Wydział Nauk Społecznych UG/fot. Hanna Wiczkowska

To prowadzi do ważnego pytania: czy dostęp do wiedzy, która może uratować życie, powinien być ograniczony?

Darmowe i powszechne kursy pierwszej pomocy mogłyby znacząco zwiększyć liczbę osób gotowych do działania i zmniejszyć strach przed użyciem AED i co najważniejsze realnie podnieść przeżywalność w nagłych przypadkach

W sytuacji nagłego zatrzymania krążenia o życiu człowieka często decydują pierwsze minuty. Im więcej osób będzie wiedziało, jak zareagować, tym większa szansa, że pomoc nadejdzie jeszcze przed przyjazdem ratowników.

AED wszędzie — ale czy ktoś z niego skorzysta?

Wydział Prawa i Administracji UG / fot. Hanna Wiczkowska

Coraz więcej defibrylatorów pojawia się w przestrzeni publicznej: w galeriach handlowych, biurowcach czy na lotniskach. To dobry kierunek, ale wciąż niewystarczający. Samo urządzenie nie ratuje bowiem życia.

Ratuje je człowiek, który podejdzie, otworzy skrzynkę i zdecyduje się działać. Bez tego nawet najlepiej rozmieszczone AED pozostają jedynie elementem wyposażenia.

Zmiana nie wymaga rewolucji, lecz konsekwencji: większej liczby zajęć praktycznych w szkołach, darmowych i łatwo dostępnych kursów dla dorosłych, regularnego odświeżania wiedzy, lepszego oznakowania AED w przestrzeni publicznej oraz kampanii pokazujących, że „każdy może pomóc”.

Najważniejsze jest jednak coś innego – oswojenie ludzi z myślą, że to oni mogą stać się pierwszym ogniwem łańcucha ratunkowego.

Wyobraź sobie, że ktoś obok Ciebie nagle upada. Nie oddycha. Ktoś krzyczy, ktoś dzwoni po pomoc. Na ścianie, kilka metrów dalej, wisi AED. I wtedy najważniejsze pytanie nie brzmi: czy ono tam jest. Brzmi: czy Ty podejdziesz i go użyjesz?