Jak być matką i nie oszaleć? Czyli o „Kopnęłabym cię, gdybym mogła”
6 min przeczytania
Rose Byrne jako Linda w "Kopnęłabym cię, gdybym mogła"/ Fot. materiały prasowe A24
Z pewnością każdy z nas zna uczucie irytacji, kiedy to próbujemy się na czymś skupić, a za ścianą małe dziecko drze się w niebogłosy. Teraz wyobraźmy sobie, że to dziecko jest nasze. Do tego jest chore, do końca tygodnia musi przytyć, a w ogóle nie chce jeść. No i zawalił nam się sufit w domu, więc aktualnie okupujemy miejscowy motel. Dzięki uprzejmości Kina IKM miałam okazję obejrzeć Kopnęłabym cię, gdybym mogła – film o frustracji, złości i wycieńczeniu macierzyństwem.
Kopnęłabym cię, gdybym mogła to dzieło amerykańskiej reżyserki Mary Bronstein (Yeast, 2008), które na ekrany weszło pod koniec lutego. Zdecydowanie nie jest to kino dla osób ze słabymi nerwami. Klaustrofobiczne kadry, ciągłe zdenerwowanie, a do tego jeszcze psychodeliczne momenty odrealnienia głównej bohaterki. Muszę przyznać, że nie była to łatwa przeprawa.
Góra problemów
Linda (Rose Byrne) to matka kilkuletniej dziewczynki, zmagającej się z bliżej nieopisanymi w filmie zaburzeniami odżywania. Nie chce jeść, a do końca tygodnia musi przytyć. Poprzez dziurę w brzuchu jest podłączona do sondy. W nocy Linda musi ciągle nadzorować, czy maszyna działa i czy z dziewczynką wszystko w porządku.
To jednak tylko wierzchołek góry lodowej zwanej „problemy Lindy”. Może i nie jest samotną matką, ale zdecydowanie tak się czuje. Jej mąż, Charles (Christian Slater), jest kapitanem statku, a więc ciągle nie ma go w domu. Domu w sumie też nie ma, bo w jego dachu zrobiła się dziura. W związku z tym wszędzie jest pleśń i grzyb, a takie warunki zdecydowanie nie sprzyjają chorej dziewczynce. Dlatego też Linda razem z córką, i całą medyczną aparaturą, tymczasowo pomieszkują w motelu.

Choroba córki nie sprawia jednak, że Linda jest niepracującą mamuśką. Codziennie odwozi małą do szpitala, który ma jej pomóc w wyjściu z choroby. Następnie jedzie do poradni terapeutycznej, w której sama pracuje. Cały dzień zmaga się z problemami swoich pacjentów – od matki chcącej za wszelką cenę chronić swoje dziecko, do nastolatki, której w sumie nie wiadomo, o co chodzi. W międzyczasie sama chodzi na terapię, jeden gabinet dalej, do swojego kolegi po fachu (Conan O’Brien).
Wydaje się, że Linda dość dobrze ogarnia sytuację, w której się znalazła? Nic bardziej mylnego. Przez cały film nie spotyka jej praktycznie nic dobrego, może poza winem, które kupił jej motelowy sąsiad, Jamie (ASAP Rocky). Na okrągło wszyscy są przeciwko niej, dyskredytują ją we wszystkim co robi i popychają w otchłań szaleństwa.
Obraz macierzyństwa
Cała projekcja świetnie przeciwstawia się popularnemu od jakiegoś czasu trendowi z TikToka czy X’a, promującemu macierzyństwo jako wolne od skaz i trosk.
Przede wszystkim, obraz ukazany w filmie jest subiektywny, widzimy wszystko oczami Lindy. I o tym należy pamiętać przystępując do oglądania. Bez tej świadomości będziemy się jedynie męczyć i denerwować na nieudacznictwo głównej bohaterki, jak i również na brak realizmu – bo jakim cudem w życiu człowieka wszystko może iść nie tak?
A co może widzieć i czuć przemęczona matka na skraju wytrzymałości? Czuje, że wszyscy są przeciwko niej i nic jej się nie udaje. Facet od remontu zniknął, pani doktor ze szpitala przypomina, że czas na przytycie mija, pacjenci w pracy są nie do wytrzymania, a na czubku tego jeszcze mąż, który uważa że Linda to w sumie tylko siedzi w fotelu i nic nie robi.
Mimo tego, wszystko wciąż kręci się wokół chorej córki. Linda czuje oddech lekarki na ramieniu, próbuje motywować córkę pochwałami i miłymi słowami. Sama jednak dobrze wie, że cel wagowy jest nie do osiągnięcia.
Zżera ją poczucie winy.
Ile winy może unieść matka?
Bo Kopnęłabym cię, gdybym mogła w dużej mierze mówi również o poczuciu winy. Linda ciągle obwinia siebie za chorobę córki. Kiedy zjawia się na spotkaniu dla rodziców z podobnymi doświadczeniami, oświadcza wszem i wobec, że to właśnie rodzice są winni sytuacji, w której się znaleźli i nie ma co się oszukiwać.

W jednej ze scen, kiedy próbuje zasięgnąć porady u kolegi terapeuty, dowiadujemy się, że 20 lat wcześniej Linda dokonała aborcji. I teraz zaczyna się obwiniać również o to. Z jej ust pada nawet zdanie, że może usunęła nie to dziecko, które powinna. Dodatkowo jej relacja z wspomnianym kolegą też nie jest najprostsza – po prostu się nie dogadują. Mają co do siebie inne wymagania. Męczą siebie nawzajem – Linda nie otrzymuje tego, czego oczekuje, a terapeuta nie wie, jak jej pomóc.
Linda zaczyna niemalże dosłownie wpadać w otchłań szaleństwa. Przez cały film przewija się metaforyczna czarna dziura. Widzimy ją w suficie oraz w brzuchu córki. Jest ona dla Lindy zarówno źródłem lęku, jak i zafascynowania… ale co z tego wynika?
Seans w Kinie IKM-u
Kopnęłabym cię, gdybym mogła nie jest łatwym doświadczeniem. To film trudny, irytujący i męczący – jedynie dla ludzi o silnych nerwach. Kiedy sama wyszłam z sali kinowej, w pierwszej chwili nie wiedziałam co myśleć. Byłam po prostu zła. Miałam nawet wrażenie, że pokazuje on jedynie bezsensowne cierpienie. Ale również takie emocje powinno wzbudzać kino, szczególnie to kontrowersyjne.
Przekonajcie się sami, jak kończy się ta historia. Kopnęłabym cię, gdybym mogła obejrzycie w Kinie IKM-u w marcu, bez reklam przed seansem, w cenie 15zł (bilet ulgowy) lub 22zł (bilet normalny).
