Wieczna wojna w Ziemi Obiecanej

Fot. freepik.com

Od października zeszłego roku konflikt pomiędzy Izraelem a palestyńskim Hamasem znów przybrał na sile. W obliczu tragedii tysięcy ludzi nie widać światełka w tunelu. Ewentualne porozumienie nie będzie gwarancją pokoju – oznacza wyłącznie chwilowe zawieszenie broni. Na Bliskim Wschodzie od trzech tysięcy lat leje się krew.

Już w starożytności na historycznej ziemi Kanaan dochodziło do konfliktów zbrojnych. To region niezwykle istotny zarówno dla Żydów, chrześcijan, jak i ludności arabskiej. Terytorium dzisiejszego Izraela przez stulecia było miejscem zażartych bitew. Współcześnie to obszar pożądany przez dwa zwaśnione narody, nad którymi pochylają się światowe mocarstwa. Końca wojny nie widać. Żadna ze stron nie ugnie się, dopóki nie odniesie zwycięstwa. Sęk w tym, że wygrać się nie da.

Historia kołem się toczy

Nie bez przyczyny Izrael znalazł się na mapach terytorium Palestyny jako niepodległe państwo po II wojnie światowej. Pierwsze wzmianki o Izraelitach, którzy przybyli na tereny trwającego konfliktu, sięgają XIII wieku p.n.e. Wówczas Mojżesz miał przeprowadzić uciśnionych Hebrajczyków z Egiptu do Ziemi Obiecanej. Koczownicze ludy żydowskie pod wpływem ataków wrogo nastawionych sąsiadów połączyły siły. Narodziło się starożytne, judaistyczne Królestwo Izraela.

Konstanty Gebert – fot. zdjęcie nadesłane

Zatem już na około tysiąc lat przed narodzeniem Chrystusa na Bliskim Wschodzie osiedlili się Żydzi. Królestwo stosunkowo szybko podzieliło się na dwa państwa – Izrael i Judę. Pierwsze z nich upadło po podbojach Asyryjczyków. Drugie uległo wpływom Egiptu i Babilonii. Od tej pory, aż do 1948 roku, Żydzi utracili swoją państwowość. Do połowy ubiegłego wieku tułali się po świecie. Przetrwali nazistowski ucisk i Holokaust. Część z nich przez stulecia tworzyła represjonowane społeczeństwo na terenach Palestyny i Europy.

— Żydzi, którzy przeżyli „dobrych” chrześcijan w Europie, nie zamierzali tam pozostawać. W trzy lata po zakończeniu II wojny światowej prawie 300 tysięcy Żydów siedziało w europejskich obozach pilnowanych przez niemieckich strażników, tylko opłacanych przez aliantów, a nie przez pokonaną III Rzeszę, bo Anglicy nie chcieli ich wpuścić do Palestyny. Nie chcieli wrócić tam, gdzie byli mordowani, a nikt inny też nie chciał ich przyjąć — mówi Konstanty Gebert, polski psycholog żydowskiego pochodzenia, autor cenionych książek o tematyce Izraela, nauczyciel akademicki i dziennikarz oraz wieloletni były publicysta „Gazety Wyborczej”.

Ziemia Obiecana przechodziła z rąk do rąk jej kolejnych zwierzchników. Poczynając od okupacji Persji i podbojów Aleksandra Wielkiego, przez władzę Rzymian, po panowanie arabskich kalifatów, chrześcijańskie krucjaty i zwierzchnictwo Imperium Osmańskiego. Tożsamość żydowską wielokrotnie próbowano wymazać. Palestyna stała się więc poniekąd świętym Graalem. Od zawsze trwał spór o jej „prawowitego właściciela”.

— Żydzi nigdy nie zrzekli się swoich praw do ziemi, z której zostali przez Rzymian wygnani. Mówili o powrocie do Syjonu, do Jerozolimy. Tyle że trwałość tych roszczeń wyrażali w języku religijnym, bo taki był język spraw publicznych. Trudno było w IX wieku odwoływać się do Rady Bezpieczeństwa — mówi Gebert.

Niepodległy Izrael – konieczność i niesprawiedliwość

W XIX wieku Żydzi rozpoczęli masową imigrację do Palestyny. Wówczas zdecydowaną większością na tych ziemiach byli Arabowie, którzy zamieszkiwali tam przez ostatnie wieki. Jak mówi Michał Wojnarowicz, ekspert do spraw polityki izraelsko-palestyńskiej i analityk ds. Izraela z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, był to punkt zapalny współczesnego konfliktu:

Michał Wojnarowicz – fot. zdjęcie nadesłane/Polski Instytut Spraw Międzynarodowych

— Muzułmanie i Żydzi żyli ze sobą przez setki lat dość zgodnie. Mniejszość żydowska nie podlegała znaczącym prześladowaniom ze strony arabskich kalifatów czy rządów Imperium Osmańskiego. To nie była całkowicie bezkonfliktowa koegzystencja, ale jednak w dużej mierze żyli obok siebie w zgodzie. Wszystko zmieniło się w XIX wieku, kiedy to przez funkcjonowanie rozsianych po Europie ruchów syjonistycznych, zwiększył się napływ Żydów na terytorium Palestyny. Zaczął rosnąć antagonizm z miejscową ludnością. Zarówno społeczność żydowska jak i palestyńska widziały siebie jako „głównego zarządcę Palestyny”.

Miejscowi potraktowali napływ Żydów na Bliski Wschód jako działanie wbrew ich woli. Mieli ku temu powody, bo czuli się gospodarzami. Narastały napięcia, rodziły się konflikty. Na mocy rezolucji ONZ z 1947 roku ogłoszono powstanie państwa Izrael. Palestyńczycy niepodległości nie uzyskali. Zapewne jakby tak się stało, obecnie sytuacja wyglądałaby zgoła inaczej.

— Palestyna nie powstała między innymi przez stanowisko państw arabskich i lokalnych stronnictw. Strona palestyńska wskazywała, że proponowany podział mandatu Palestyny na dwa niezależne państwa – żydowskie i arabskie – w nieadekwatny sposób oddaje stosunek terytorium do ludności arabskiej. Tłumaczyli, że Żydzi stanowili mniejszość, do tego napływową i dużo sensowniejszym rozwiązaniem miało być na przykład jedno państwo dla obu narodów — mówi Wojnarowicz.

Ambasador Mahmoud Khalifa – fot. zdjęcie nadesłane/Krzysztof Zuczkowski

Odmienny pogląd wyraził Mahmoud Khalifa, ambasador Palestyny w Polsce:

 — To przekręcenie prawdy. Żyjemy pod okupacją od 76 lat. Od 1948 roku. Jeśli do Pana mieszkania przyszedłby obcy i stwierdził: „to jest moje mieszkanie”, to co by mu Pan odpowiedział? Nie pytamy o to, dlaczego nie powstała Palestyna. Nie stało się tak, ponieważ Izrael nie chciał do tego dopuścić — mówi.

Toczący się od października konflikt, tak jak każdy poprzedni i każdy kolejny (na pewno nie jest to bowiem ostatnia wojna), jest przede wszystkim wynikiem jednej, kluczowej decyzji. Było nią ustalenie o niepodległości Izraela z pominięciem Palestyny. Jednakże dla Żydów nie istniało żadne inne sensowne rozwiązanie.

— Jeżeli traktuje się świat jak układankę, to można sobie pomyśleć: mamy naród bez ojczyzny, a na przykład na pustyni Atacama w Chile jest masa niezamieszkanej ziemi, więc niech oni sobie tam mieszkają. Jest to jednak równie sensowne jak powiedzieć, że skoro Polacy są bez przerwy skonfliktowani z sąsiadami, a w Australii jest tyle pustyni, to dlaczego by ich tam nie przesiedlić? Byłby święty spokój… Państwa nie powstają dlatego, że tak to planują geostratedzy czy mocarstwa. Powstają z woli narodów — mówi Konstanty Gebert.

Terror czy walka o niepodległość?

Czy palestyński Hamas to organizacja terrorystyczna? Tak, bo swoimi powtarzającymi się najazdami na terytorium Izraela narusza granice suwerennego państwa. Morduje przy tym bezbronnych cywilów. Niektórych zniewala, aby służyli jako żywa karta przetargowa. Jednak według Palestyńczyków, Hamas walczy o ich wolność i równouprawnienie.

— Proszę pamiętać, że połowa mieszkańców Gazy ma poniżej 18. lat, a dwie trzecie poniżej 35. Innymi słowy, całe ich życie przebiegło pod władzą Hamasu i w czasie wojny z Izraelem. Z ich punktu widzenia w Izraelu żyją dzicy ludzie, którzy z niezrozumiałych powodów chcą ich zabić i pewnie by im się udało, gdyby nie to, że Hamas stoi w ich obronie. Jego popularność wzrosła po rzezi dokonanej na Żydach, która dla wielu ludzi w Gazie była zwycięstwem — kontynuuje Gebert.

— W miastach i wsiach palestyńskich Izrael używa siły. Na podstawie traktatu pokojowego, podpisanego pomiędzy Organizacją Wyzwolenia Palestyny a Izraelem, miasta takie jak Jenin, Tulkarm czy Ramallah są w „strefie A”, czyli podlegają Autonomii Palestyńskiej. Mimo to, wojska izraelskie bez przerwy je szturmują, niszcząc infrastrukturę zarówno na Zachodnim Brzegu jak i w Strefie Gazy. Ostrzegaliśmy przed naruszeniami wojska izraelskiego i działaniami osadników — mówi ambasador Mahmoud Khalifa.

Z całą pewnością należy rozgraniczyć aktywność Hamasu od postawy cywilów, którzy przede wszystkim pragną pokoju i własnej państwowości. Konstanty Gebert twierdzi, że Hamasowi nie zależy na Palestyńczykach. Jego celem jest wojna i zniszczenie Izraela, a nie dobro obywateli. Według Hamasowców od zapewniania bezpieczeństwa jest Izrael i ONZ. Brakuje dialogu międzynarodowego i jasnych postanowień. Zgodnie z opinią Michała Wojnarowicza, premierowi Izraela Benjaminowi Netanjahu nie zależy teraz na ugodzie w postaci wolnej Palestyny. To dlatego, że widzi ją jako fundamentalne zagrożenie dla bezpieczeństwa – nie chce kolejnej Strefy Gazy pod dyktaturą Hamasu.

W Internecie wrze, ludzie z różnych części świata wypisują w mediach społecznościowych slogan „Free Palestine”. Okazuje się jednak, że aktualnie niepodległość Palestyny może być niemożliwa:

— W projekcie podziału proponowanym przez ONZ oba kraje raczej by się nie utrzymały. Nie dałyby rady funkcjonować jako dwa osobne byty – bazując na rozciągniętych granicach i rozbitej strukturze gospodarczej. Obie strony wciąż byłyby niezadowolone, a konflikt między nimi byłby nieunikniony — tłumaczy Michał Wojnarowicz.

Wina na barkach obu narodów

Prawda jest taka, że obie strony mają swoje za uszami. Sporo mówi się o tym, że władze izraelskie prześladują ludność palestyńską. Ze strony organizacji Human Rights Watch notorycznie padają oskarżenia wobec Izraela, że dopuszcza się apartheidu i łamie prawa człowieka. Przykładowo kilka lat temu podała ona do wiadomości, że żydowscy osadnicy na Zachodnim Brzegu wykorzystują do pracy palestyńskie dzieci.

— Czy w byłym, obecnym bądź przyszłym rządzie izraelskim, w administracji izraelskiej, są Palestyńczycy? Nie ma ich, bo nie mają prawa. Wysoko postawiona urzędnik z Republiki Południowej Afryki, kiedy odwiedzała Palestynę i Izrael lata temu, powiedziała nam: „Wy żyjecie w gorszym apartheidzie, niż tym, który występował w RPA”. Wie Pan dlaczego? Ponieważ rdzenni mieszkańcy Południowej Afryki, którzy byli pod opresją rasistowskiego rządu, mogli wpływać na ten system. Palestyńczycy takiego przywileju nie mają. Są cztery odmienne prawa w Izraelu. Dla ortodoksyjnych Żydów, dla aszkinazów, dla sefardimów i dla Arabów w Izraelu. Istnieje jeszcze prawo wojskowe dla Palestyńczyków na Zachodnim Brzegu i w Strefie Gazy. To prawo rasistowskie, apartheidowskie i faszystowskie. Dla nich dobry Palestyńczyk, to martwy Palestyńczyk. Izrael niszczy szkoły i uczelnie. Żołnierze strzelają do ludzi, aresztują ich. Na dodatek zamykają wszelkie możliwości rozwoju ekonomicznego w Autonomii. Nie pozwalają ludziom uprawiać swojej ziemi czy budować małych fabryk — mówi ambasador Khalifa.

— Nie ma co ukrywać, polityka Izraela wobec Palestyńczyków to łamanie praw człowieka i nadużywanie władzy, reżim okupacji, który tłamsi te palestyńskie prawa. Są one jednak uzasadniane kryteriami bezpieczeństwa i to też nie są bezpodstawne tłumaczenia. Należy jednak zwrócić uwagę na poziom jednostki, czyli jak działają izraelscy żołnierze, jaka jest nierównowaga pomiędzy żydowskimi osadnikami na Zachodnim Brzegu a palestyńską ludnością, jak funkcjonują arabscy mieszkańcy Izraela, których jest około 20%. Ci ostatni cieszą się absolutnie pełnią praw politycznych, ale z poczuciem równości czy sprawiedliwości – równego dostępu do redystrybucji dóbr – jest spory problem. Ewidentnie Izrael nie jest jasną stroną względem ciemnej. To działa w dwie strony. Przemoc, terroryzm, nie powinny być środkiem do realizacji celów politycznych — mówi Michał Wojnarowicz.

— Human Rights Watch oraz Amnesty International oskarżyły Izrael o apartheid. Tylko proszę zwrócić uwagę, że obie te organizacje zastrzegają się, że nie mają na myśli apartheidu takiego, jaki istniał w Republice Południowej Afryki. Przez apartheid rozumieją sytuację, w której na jednym obszarze funkcjonują dwa systemy prawne. Jeżeliby uznać, że istnienie na jednym terytorium dwóch systemów prawnych jest apartheidem, to tak, w Izraelu jest apartheid. Wtedy jednak jest on też w Polsce. Mamy dwa odrębne systemy sądowe dla cywili i wojskowych. Trzeba uznać, że istnienie tych dwóch odmiennych systemów prawnych na Zachodnim Brzegu jest dyskryminujące dla Palestyńczyków. Izraelski system prawny, z którego nie mogą korzystać, z nielicznymi wyjątkami, dużo lepiej chroni prawa człowieka. Z całą pewnością jest to podstawa do postawienia zarzutów systemowej dyskryminacji. Natomiast z apartheidem to nie ma nic wspólnego — mówi Konstanty Gebert.

Pomiędzy Żydami a Palestyńczykami są spore różnice światopoglądowe. Nie chcą ze sobą rozmawiać. Ciągłe życie w kurzu wojny i wzajemna agresja sprawiły, że uprzedzenia osiągnęły punkt bez odwrotu. Podjęto wiele prób dyplomatycznego rozwiązania sporu. Bezskutecznie. Władze nie mogą dojść do konsensusu, bo palestyńskie roszczenia nie odpowiadają stronie izraelskiej – i vice versa. Koło nienawiści nadal się toczy, a wszelkie inicjatywy pokojowe odchodzą w niepamięć.

— To są decyzje lokalne, podejmowane przez przywódców i otaczające ich elity, które ewidentnie uważają, że czas jest po ich stronie. Przynajmniej jedna strona się wobec tego myli. A być może obie się mylą — mówi Gebert.

Nadzieja umiera ostatnia

Mordowanie będzie trwać. To przykra puenta, ale nieunikniona. Światełko w tunelu jest ledwo dostrzegalne. Szansy należałoby szukać przy wzajemnej integracji dzieci i młodzieży z Izraela i Palestyny. Konflikt nie dobiegnie końca, jeżeli starsze pokolenia będą propagować wartości skupione wokół chęci zemsty i wzajemnej nienawiści. Trzeba budować nowe społeczeństwo, które będzie się akceptować. Łatwo mówić, trudniej zrobić.

— Z jednej strony mamy rodzica palestyńskiego, któremu rykoszet zabił dziecko albo stracił część swojej rodziny po nalocie w Strefie Gazy, a z drugiej matkę Izraelczyka, który zginął w zamachu samobójczym bądź został zadźgany nożem — mówi Wojnarowicz, utwierdzając w przekonaniu, że nie ma szansy na szczęśliwe zakończenie.

Medialność wojny izraelsko-palestyńskiej, podłoże historyczne czy w końcu nieudane próby pojednania decydują o obecnej, arcytrudnej sytuacji. Dopóki na Bliskim Wschodzie będą działać organizacje takie jak Hamas, trudno będzie zakopać topór wojenny. Przecież Izraelczyków się stamtąd nie wygna. Nie ma ku temu prawnych i sensowych podstaw. Czy istnieje klucz do ostatecznego pojednania?

— Wydaje mi się, że takiego nie ma. Powiedzmy, że są nim odważne decyzje odważnych polityków. Po drugie, zwiększona równowaga obu stron konfliktu – niepodległe państwo Palestyna. Wówczas nie będzie to już wojna „o coś”, a między kimś. Na sam koniec mozolne, mozolne i jeszcze raz mozolne zakopywanie podziałów, jakaś forma wybaczania i zadośćuczynienia. Być może po kilkunastu pokoleniach będziemy mogli wtedy powiedzieć, że ten konflikt został całkowicie zażegnany — mówi Michał Wojnarowicz.

— Myślę że w kwestii niemożności osiągnięcia pokoju wielu Izraelczyków i Palestyńczyków by się z Panem zgodziło. Niech Pan sobie jednak wyobrazi taką sytuację, że latem 1945 roku rozmawia Pan na ruinach Warszawy z grupą repatriantów z Kresów i mówi im, że za 75 lat demokratyczne Niemcy będą najlepszym sojusznikiem Polski w Europie, a Polacy przyjmą do swoich domów dwa miliony ukraińskich uchodźców. To by było ewidentnie groteskowe — mówi Konstanty Gebert.

— Czy Niemcy przyjaźnili się cały czas z Polakami? Naziści zniszczyli Polskę, zrujnowali Warszawę, zabijali Polaków tylko dlatego, że są Polakami. My z Izraelem jesteśmy wrogami. Ja jestem dla nich wrogiem, a oni są tacy sami dla mnie. Potrzebujemy czasu, żeby stłumić tę nienawiść, żeby budować optymistyczną przyszłość. Warunkiem jest powstanie niepodległej Palestyny – godnej, suwerennej, nieokupowanej przez wojska izraelskie — komentuje Mahmoud Khalifa.

Czas leczy rany. Nic jednak nie odda życia tym, którzy zginęli w długiej, niekończącej się wojnie. Ludzie nie uczą się na błędach. Interesy są ważniejsze niż życie zwykłych obywateli. I tyczy się to każdego konfliktu, nie tylko pomiędzy Izraelem a Palestyną. Trzeba o tym głośno mówić. I należy mieć nadzieję na lepsze jutro, bo to ona umiera ostatnia.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

3 + 12 =