Przegląd wydarzeń w NBA #2: niespodzianki

Fred Vanvleet cieszący się po akcji Rockets

Fot. https://www.instagram.com/p/CzomJQdOyio/?igshid=YjVjNjZkNmFjNg%3D%3D&img_index=2 / autor: instagram.com/houstonrockets

Okazuje się, że bieżący sezon NBA jest pełen zaskoczeń. Spora ilość oczekiwań sprzed jego rozpoczęcia nadaje się już co najwyżej na śmietnik. To dobrze – w sporcie najpiękniejszy jest element nieprzewidywalności. Sprawdźmy zatem, co w najlepszej koszykarskiej lidze świata szokowało ekspertów w zeszłym tygodniu.

Hot: Houston Rockets

Kiedy tydzień temu pisałem o początkowych problemach w Texasie Freda Vanvleeta, nie wiedziałem jeszcze, że byliśmy świadkami początku zwycięskiej serii Houston. Rockets właśnie zaliczają serię 6 wygranych z rzędu – najdłuższą na Zachodzie NBA. To jeden z rzadkich przypadków, gdy forma jakiegoś zespołu nawiązuje do jego nazwy.

Na chwilę obecną w drużynie ze stanu Samotnej Gwiazdy działa wszystko. Vanvleet pokazuje, że może z powodzeniem przyjąć rolę generała parkietu. Jalen Green właśnie zdobył 3000. punkt jako najmłodszy gracz w historii Rockets. Alperen Sengun rozwija się jak burza. W końcu zaczynają przypominać poukładaną ekipę.

W najbliższym czasie zawitają do Californii, by zmierzyć się z Clippers, Lakers i Warriors. Przynajmniej w pierwszym z tych meczów będą faworytem. Ba, ich seria nie musi się wcale kończyć! Tak utalentowany zespół może wygrać z każdym. Zanim jednak nadmiernie rozdmuchamy oczekiwania, warto pamiętać, że to nie początek sezonu definiuje jego ocenę. Ta myśl wydaje się pocieszająca dla następnych oponentów Rockets, a więc…

Flop: Los Angeles Clippers

5 porażek i 0 zwycięstw. To bilans Clippers od momentu wymiany po Jamesa Hardena. Można powiedzieć, że sprowadzenie Brodacza okazało się zaskoczeniem, ale negatywnym. Trudno było przypuszczać, że przyjście byłego MVP może tak osłabić jakikolwiek team. Matematyka jest jednak nieubłagana: piłka na boisku jest jedna, a kiedy zawodnicy nie chcą się nią dzielić, równanie będzie niekompletne.

Harden nie broni, nie błyszczy w ataku i ma problem ze znalezieniem miejsca bez piłki w rękach. Koledzy również nie wyglądają przy nim za dobrze, ale o to trudno, kiedy muszą naprawiać jego błędy. Do tego Russell Westbrook czy Kawhi Leonard nie są w stanie rozwinąć skrzydeł obok nowego nabytku. Ich miny zdradzają irytację, a mowa ciała wręcz prosi się o umieszczeniu w jakimś muzeum frustracji. Nawet Paul George, zazwyczaj wyluzowany, jest jakiś nieswój, na czym cierpi jego regularność.

Tabela także nie jest łaskawa dla zespołu z Los Angeles. Plasują się na 11. miejscu Zachodu, wyprzedzają jedynie drużyny w przebudowie i rozczarowujących Grizzlies. Przy tej trajektorii nowa Wielka Czwórka Clippers nie pogra razem długo. Bez poukładania tych puzzli przez coacha Lue, trade deadline będzie momentem granicznym tej ekipy.

Hot: Philadelphia 76ers

No Harden, no problem! Philly siedzi na szczycie Wschodu i to w pełni zasłużenie. Ile może dać zmiana trenera i pozbycie się kłopotliwego gwiazdora, mogliby opowiedzieć kibice z miasta Braterskiej Miłości. Ich drużyna gra ładnie dla oka, dynamicznie i co najważniejsze, skutecznie do bólu.

Kluczem do uwolnienia potencjału 76ers wydaje się być decyzja o daniu większej roli Tyrese’owi Maxeyowi. Ten odwdzięcza się cudowną grą. Ostatnio zaaplikował biednej Indianie 50 punktów! Coś podpowiada mi, że to on może być tym wsparciem, na które całe lata czekał Joel Embiid. Najwyższa pora, patrząc na Simmonsa, Butlera, Harrisa, Hardena i parę innych nazwisk.

W tym miejscu trzeba pochwalić człowieka, który od tego sezonu jest coachem Philadelphii. Nick Nurse, bo o nim mowa, nie boi się rewolucjonizować podejścia do koszykówki 76ers. To on postawił na Maxeya. To on potrafił ogarnąć swoich graczy w obronie. W końcu to on, mając w pamięci mistrzowski sezon z Raptors, położył nacisk na balans swojej obecnej drużyny. Chapeau bas, panie Nurse!

Flop: Donovan Mitchell

Ktoś może powiedzieć, że przyczepiam się do zawodnika, który robi wszystko, co może. Przecież ma świetne statystyki indywidualne, notując w sezonie 2023/2024 NBA prawie 29 punktów przy blisko 50% skuteczności. Trzeba wziąć jednak pod uwagę bilans Cavaliers, a ten wynosi obecnie 4-6. Czy można zatem określać Mitchella jako dobrego lidera?

Od zawsze brakowało mu w zasadzie jednego – sukcesów drużynowych. Dotychczas wygrał zaledwie 2 serie Playoffs, ale obie za czasów gry w Utah Jazz. W ubiegłym sezonie nie udało mu się poprowadzić Cleveland choćby do 2. rundy. Czy brak mu charyzmy? A może to partnerzy nie dorównują mu talentem? Wydaje się, że to ta pierwsza opcja.

Przecież to Mitchell był sprowadzany do Ohio za sporo assetów. Mobley czy Garland starają się go wspierać, a pod pewnymi względami (defensywa, rozgrywanie) nawet go przewyższają. Wnioski nasuwają się same. Donovanowi może zwyczajnie brakować cojones, by brać na siebie odpowiedzialność za wyniki. To bardzo utalentowany gracz i mam nadzieję, że to zmieni, ale lata mijają i czasu zostaje coraz mniej…

Hot: Denver Nuggets

U mistrzów pełen spokój. Z bilansem 8-2 okupują szczyt Zachodu do spółki z rewelacyjnym Dallas. Nikola Jokic znowu gra sezon na poziomie MVP, Mike Malone otrzymał przedłużenie kontraktu, a wszystkie elementy układanki pasują do siebie jak części świetnie naoliwionej maszyny. Czy można chcieć więcej?

Ktoś mógłby powiedzieć, że to żadne zaskoczenie i wszyscy spodziewali się dobrych rozgrywek w wykonaniu Nuggets. Halo, halo! Ci ludzie pokazują, że wciąż im się chce! Wbrew pozorom, to nie wiek najczęściej strąca zespoły z topu, lecz brak motywacji. A tej w Denver nie brakuje, za co należy im się ogromny szacunek.

Ubiegłoroczni triumfatorzy NBA są mocni od tak dawna, że łatwo brać to za pewnik. Jeżeli nie wydarzy się kataklizm, przed Playoffami będą murowanymi faworytami do ponownego triumfu, przynajmniej w Konferencji Zachodniej. Jakość trzeba doceniać, a że Nuggets pokazują ją od lat, zasługują na dobre słowo. Nawet jeżeli jest to stwierdzenie rzeczy oczywistej.

Flop: Damian Lillard

Milwaukee Bucks wychodzą na prostą, czego nie można powiedzieć o jednym z ich liderów. Dame Dolla świetne występy, takie jak 34 punkty przeciwko Detroit, przeplata z fatalnymi (12 punktów przeciwko Bulls). Z meczu na mecz forma Lillarda faluje, co przekłada się także na wyniki jego drużyny. 6-4 to bilans zdecydowanie poniżej oczekiwań, zwłaszcza jak na kandydatów do tytułu.

Problemem, jaki przyniósł ze sobą Dame do Wisconsin, jest z pewnością przeciętna, żeby nie powiedzieć fatalna, postawa w obronie. Pisałem o tym w zapowiedzi sezonu, porównując go w tym aspekcie do nieodżałowanego Jrue Holidaya. Niestety, choćby się waliło i paliło, były lider Portland nie przedstawia wielkiej wartości w defensywie. Ten sezon dobitnie to pokazuje.

Na nieszczęście Lillarda nie jest to jego jedyny problem. Trudności sprawia mu także zgranie się z nowymi kolegami. W dalszym ciągu jest ciałem obcym w zespole Bucks, co stanowi przeszkodę na ich drodze do tytułu. Bez dobrej komunikacji nawet najbardziej napakowane gwiazdami drużyny mogą zmienić się w pośmiewisko NBA. Coś mi się wydaje, że w Milwaukee nie chcą iść ścieżką Clippers, więc w ich interesie będzie leżało wkomponowanie nowego lidera do składu.

Hot: Miami Heat

Na South Beach jest gorąco! Oprócz żaru słonecznego atmosferę podgrzewa tam zespół Heat. Ostatnimi czasy ta drużyna kroczy zwycięską ścieżką. 5 zwycięstw z rzędu piechotą nie chodzi, zwłaszcza, jeżeli mówimy o drużynie NBA. Drużynie, której, trzeba pamiętać, nie udało się pozyskać nowej gwiazdy. W tych okolicznościach bilans 6-3 na otwarcie rozgrywek stanowi spory sukces.

Miami po raz kolejny wyróżnia się zespołowością. Każdy gracz na parkiecie, czy to Jimmy Butler, czy Duncan Robinson albo Kevin Love, zna swoje zadania. Dodatkowo udało im się znakomicie wdrożyć do zespołu młodego debiutanta – Jaime Jaqueza Jr. To niesamowite, że co roku Heat znajdują bohaterów nieoczywistych, którzy potrafią wnieść do zespołu nową jakość.

Wydaje się, że powinni utrzymać dobrą formę przez większą część sezonu. Są mądrze prowadzeni przez coacha Spoelstrę, który po tylu latach wie, jak zarządzać składem. Dzięki oszczędzaniu starszych graczy, młodsi mają sporo szans na grę, co powinno dodatkowo zaprocentować w Playoffach. Ciekawie będzie się działo na South Beach w tym roku!

Kącik Rodzynka

No dobrze, a co słychać u jedynego Polaka w NBA? Jego Spurs zaliczają obecnie serię 5 porażek. Takie rzeczy zdarzają się drużynom w przebudowie i nie można ich za to winić. Sochan może być natomiast zadowolony z indywidualnych występów, które wykazują jego postępy na pozycji rozgrywającego.

Ostatnie 3 mecze Jeremiego to kolejno 16, 14 i 16 punktów. Do tego jego średnia asyst w dalszym ciągu kręci się wokół 5 na mecz. Nasz rodak udzielił zresztą ostatnio ciekawego wywiadu, w którym przyznał, że przyzwyczajenie się do nowej roli nie było łatwe. Mimo trudności wypada jednak docenić poprawę w jego grze i to, że stara się dopasować do wizji Gregga Popovicha.

Wszystko wydaje się iść w dobrym kierunku. Sochan rozumie, czego potrzebuje drużyna, a to spory pozytyw. Jego pozycja w San Antonio rośnie, a on sam wciąż gra w końcówkach meczów. Teraz przytrafił mu się drobny uraz, ale nie wydaje się zbyt poważny. Po powrocie powinien, za co trzymam kciuki, być wciąż ważnym ogniwem ekipy z Teksasu.

Trudno uwierzyć, ale za nami już prawie miesiąc sezonu NBA. Wciąż rodzą się i upadają gwiazdy, a akcja na boisku nabiera tempa. Aż sam zastanawiam się, co przyniesie najbliższy tydzień! Ta liga zawsze przynosi wiele emocjonujących wydarzeń, więc pewnie pojawi się kilka niespodzianek. Tym lepiej dla nas. Do zobaczenia już wkrótce!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

dziesięć + 17 =