ŚWIAT WONG KAR WAI’A: Nie tacy „Happy Together”

fot. Facebook.com/7frames1

Seria na podstawie filmów autorstwa Wong Kar-Wai’a, przywróconych do dystrybucji w Polsce przez Festiwal Pięciu Smaków.

Ostatnio przeczytałam takie stwierdzenie: „I saw all the red flags, but red just happens to be my favorite color”. I jeśli miałoby się jakoś podsumować relację z dzieła Wong Kar-Wai’a z 1997 roku, za które otrzymał Złotą Palmę w Cannes, to właśnie tak.

Czemu? Bo to opowieść o destrukcyjnym związku. W którym nie ma stałej. A zamiast niej sinusoida emocji pełna dawanych kolejnych szans i nadziei na to, że w końcu się uda. Bo przecież się kocha. Tylko czy to wystarczy?

„BYLIŚMY ZE SOBĄ PRZEZ CHWILĘ I CZĘSTO SIĘ ROZSTAWALIŚMY”

Mamy dwójkę mężczyzn chcących zacząć po raz kolejny „od nowa”. A przeprowadzka z Hongkongu do Buenos Aires ma w postawieniu grubej kreski między przeszłością a lepszym dla ich związku jutrem pomóc. Związku między dwoma przeciwieństwami, które tak jak się przyciągają, tak z podwójną prędkością odpychają. Pierwszym z nich, i to jego perspektywę prezentuje się na ekranie, jest Lai Yiu-Fai. Stonowany, poważny oraz chcący mieć wszystko pod kontrolą w tej relacji. Do jego serca i drzwi ciągle dobija się Ho Po-Wing – frywolny, spontaniczny, dobiegający się o atencję, lecz uciekający gdy w grę wchodzi przywiązanie. Wieczne kłótnie, wywoływanie w sobie nawzajem zazdrości i rękoczyny — tak w skrócie prezentuje się ich związek. W którym tkwią jak w błędnym kole ciągłych zrywów i powrotów. Bo choć czują wydzielającą się toksynę, to jest coś, czego boją się jeszcze bardziej — samotności.

DŁUGOŚĆ DŹWIĘKU SAMOTNOŚCI

Wong Kar-Wai po raz kolejny skupia swoją twórczość wokół tego motywu. Bohaterowie, zaczynając na nowym kontynencie z czystą kartą, nie wzięli pod uwagę tego, że znikając po raz kolejny ze swojego życia, pozostaną w obcym miejscu zupełnie sami. I te momenty stają się dla nich przytłaczające. Dlatego, chcąc nie chcąc, zostają na siebie skazani. Na swoją niekompatybilność charakterów, dynamiki, podejścia do miłości czy relacji. Lai broni się jak może przed zalotami Ho. Wie, że ten nie jest w stanie zbudować z nim stabilnej relacji. Ale przywiązanie sprawia, że ten i tak za każdym razem wpuszcza go ponownie do swojego życia. Gdy partner (w tamtym monecie akurat były) wdaje się w bójkę, jak syn marnotrawny wraca do Lai’a, a on go przyjmuje, zmienia opatrunki, gotuje i wykupuje połowę nakładu papierosów w sklepie. Wszystko po to, by go uszczęśliwić. A Ho choć wie, że nadweręża dobroć kochanka, nie docenia ani jego ani jego działań.

Fabuła jest zatem prosta. Ale wytworzona wokół niej atmosfera od prostoty odbiega. Christopher Wilde jako wierny operator produkcji Kar-Wai’a po raz kolejny bawi się formą ukazania ludzkich słabości i problemów. Poprzez ich rozpiętość film staje się bardziej dynamiczny, obraz bardziej żywy, wręcz jakby połączony z uczuciami bohaterów. Mamy i  zwolnione i przyśpieszone tępa. Czarno białe klatki w smutnych, jak i te przepełnione kolorami niczym z sepii w szczęśliwych dla bohaterów momentach. Szerokie ujęcia i skupienie na detalach. Wszystko, co dla reżysera charakterystyczne jest. Z gestem oparcia głowy jednego bohatera na ramieniu drugiego włącznie. Gra przestrzenią jest tutaj znacząca. By samotność wyrazić dosadniej, skupia się postaci w przeróżnych opustoszałych miejscach. Czy to ulic, czy mieszkań. Samotni stają się więc na każdym kroku.

BO DO TANGA TRZEBA DWOJGA

fot. Facebook.com/zonasiversamx

Również muzyka jest jasnym przekazem pewnej tęsknoty, wymieszanej z ironią i gniewem, którą ten film zalatuje z daleka. Sceny tanga z kompozycjami Astora Piazzolla, w szczególności tego tańczonego w kuchni mieszkania Lai’a, stają się symbolem nie tylko miejsca — taniec ten wywodzi się ze stolicy Argentyny, w której się znajdują — co wyglądu ich relacji. Bo jak opisał tango jej twórca, Enrique Santos Discépolo: „tango to smutna myśl, którą się tańczy”. A oni doskonale wiedzą, jak ta myśl brzmi.

Wisienką na torcie całego filmu staje się natomiast popowy numer przewodni, co jest tradycją w filmach Hongkończyka. Będąc tytułem filmu, wybrzmiewa jeszcze dosadniej. Ironicznie puszczona w ostatniej scenie piosenka zespołu The Turtles w wykonaniu (które mnie niezwykle uwiodło) Danny’ego Chunga „Happy Together” — bo przecież ostatnie, co można  powiedzieć o parze bohaterów to, że są „together”, a tym bardziej że jeszcze „happy” — wraz z przyśpieszonymi ujęciami Wietnamu nocą przyprawia o gęsią skórkę.  A czemu Wietnamu? No właśnie.

KAR-WAI’OWA KWINTESENCJA

Bo to również film o nadziei. O zrozumieniu i odnajdywaniu siebie. Lai musiał przemierzyć cały świat, by w Buenos Aires zrozumieć, że jego życie nie musi wyglądać, tak jak wygląda. W scenie przy wodospadzie Iguazu — punkcie kulminacyjnym całej podróży bohaterów do Ameryki Południowej, tafle wody zalewają bohatera, stając się symbolem jego wewnętrznego katharsis. Po którym uznaje, że wróci do domu, próbując jeszcze raz „od nowa” tyle że tym razem już sam.

„Happy Together” opowiada uniwersalną historię miłosną. Ale wybór nieheteronormatywnej pary przez Kar-Wai’a, w dodatku granej przez największe gwiazdy azjatyckiego kina: Tony’ego Leunga oraz Leslie’a Cheunga, nie był przypadkowy. W okresie powstawania filmu Hongkong obawiał się zajęcia przez Chiny. A to równałoby się wielu represjom, również uderzających w społeczność LGBTQ+, której wcześniejsze pokolenia znały posmak, choćby z okresu rewolucji kulturalnej. Stawiając homoseksualną parę w centrum, reżyser wyraził solidarność i dał przestrzeń w azjatyckim kinie reprezentacji, która za często się w nim nie pojawiała. Prawie dwadzieścia lat później Brytyjski Instytut Filmowy uzna ten film za trzeci najlepszy LGBTQ+film wszech czasów.

fot. Facebook.com/framesthatmatter

„Szczerze, ale szczerze?” Ten melodramat nie zrobił na mnie takiego wrażenia jak poprzednie filmy reżysera. Pewnie dlatego, że jest on sentencją tego wszystkiego, co dla niego charakterystyczne, przez co nie znalazło się w nim nic, czego bym się nie spodziewała. Ale czy to źle? Absolutnie. Bo to dalej zdecydowanie warty obejrzenia film. Może niekoniecznie jako pierwsza styczność z dziełami Hongkończyka, ale jako piękne zwieńczenie tego, co chce i przekazuje w swoich filmach. Tego nacisku na człowieka, i cienie jego życia. Na poczucie wyobcowania, tęsknoty i uciskającego osamotnienia w świecie.

W jednej ze scen Lai uznaje, że wszyscy samotni ludzie są tacy sami. I oprócz tego, że pewnie wszyscy oglądają produkcje Kar-Wai’a, ten seans pokazuje, że łączy ich też to, co głównych bohaterów — trzecia z piramidy Maslowa — potrzeba przynależności. W której liczy się poczucie bycia zaakceptowanym, kochanym i bliskim drugiemu człowiekowi. Tak po prostu. By móc stwierdzić, że ma się kogoś, z kim jest się „Happy Together”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *