„Dear John” – recenzja

fot. Bookcity.com

Twórczości Nicholasa Sparksa nigdy za wiele, a szczególnie tak dobrych ekranizacji jego powieści. „Dear John” to amerykański melodramat, który pokazuje, że nawet najgłębsza i najprawdziwsza miłość nie zawsze ma szanse na przetrwanie, a dobre decyzje mogą ranić bardziej od tych złych.

Głównych bohaterów, Johna i Savannę, połączyła miłość od pierwszego wejrzenia. Przypadkowe spotkanie na plaży okazuje się być początkiem silnego uczucia. Pomimo wszystkich różnic, stają się nierozłączni. Wkrótce na ich drodze staje wojna, a John musi wypełnić żołnierski obowiązek i ruszyć na front. Oboje decydują się przetrwać rozłąkę, a w każdej wolnej chwili piszą do siebie listy. Bohaterów łączy miłość, o której marzą wszyscy. Niestety czasami to nie wystarczy. Oboje mierzą się z prywatnymi problemami, a związek na odległość zaczyna im doskwierać. John musi oddać się choremu ojcu i otworzyć na trudności, przed którymi ucieka od dzieciństwa. Savannah opiekuje się umierającym przyjacielem i jego synem, którym wkrótce poświęca całą siebie. Mimo rozstania miłość bohaterów nie gaśnie, każdy ich dzień przepełnia tęsknota. Nie są w stanie walczyć z tak silnym uczuciem, a jednocześnie powrót do siebie wydaje się niemożliwy. Każda decyzja rani obojga, a trudne sytuacje życiowe odsuwają ich od siebie.

Film został nagrodzony aż 7 razy, jednak to nie jedyny powód, żeby go obejrzeć. Warto, bo można odnaleźć w nim siłę do mierzenia się z własnymi problemami i uwierzyć w prawdziwą miłość, która potrafi pokonać wszystkie przeszkody. Mimo ciągłego cierpienia i tęsknoty, historia Johna i Savanny ma szansę na szczęśliwe zakończenie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

piętnaście + 5 =