Bo wrażliwość jest piękna – recenzja filmu „C’mon C’mon”

fot. Facebook.com/ GutekFilm

Ten seans chwycił moje serce i przytulił je mocno do siebie. Uderzył w te struny, które nawet nie sądziłam, że będą, na to co zobaczyłam, tak czułe. Wzruszył, z lekkością i poruszył okazaną czułością, skłaniającą do refleksji wobec swoich własnych uczuć, relacji i działań.

Mike Mills, po raz kolejny już w swojej reżyserskiej karierze, podaje na ekrany rodzinną relację. Podaje i to z wielkim smakiem, ale i troską o odbiorcę. Po to, by przy tym filmie mógł rozsiąść się wygodnie i zanurzyć wzrok w czarno białym obrazie, rozpoczynając tym samym swoją terapeutyczną sesję filmową.

ON, ONA I DZIECKO

C’mon C’mon opowiada o losach rodzeństwa – dziennikarza Johnnego i jego siostry Viv. On mieszka w Nowym Jorku i przeprowadza wywiady, jeżdżąc po różnych stanach, z dziećmi oraz młodzieżą. Zadaje im pytania o to jak widzą przyszłość i w niej siebie, czego nie rozumieją w dorosłych czy jakie rady daliby swoim dzieciom, będąc już rodzicami. Z kolei jego siostra jest pisarką, mieszka w Los Angeles ze swoim 9-letnim synem Jessym i okazuję się, że potrzebuję kogoś, kto by się nim przez kilka dni zajął. W pierwszą rocznicę śmierci ich mamy Johnny dzwoni do siostry i dowiaduje się, że jego siostra musi wyjechać do Oklahomy pomóc swojemu mężowi, który zmaga się z nieznanymi widzowi, problemami o podłożu psychicznym. Zatem brat przyjeżdża do Kalifornii, by móc zająć się swoim siostrzeńcem.

fot. Facebook.com/ kinorozmowa

Od tego momentu fabuła skupia się głównie na relacji Johnnego z Jessym, których od samego początku łączy więź i akceptacja odgrywająca w filmie duże znaczenie. Mimo to, dla dziennikarza 9-letni chłopiec wydaje się dziwny. Nie interesuje się tym, czym zdaniem wujka dzieci powinny w jego wieku, w sobotę z rana słucha na cały dom muzyki klasycznej i chcę kupić sobie grającą szczoteczkę do zębów. Lecz to co dziwi najbardziej, to pytania, które zadawane są przez dziecko w ramach „zabawy w sierotę”, polegającej na udawaniu osieroconego, który poprzez rozmowę, sam probuje znaleźć odpowiedź na nurtujące go niewiadome. Dlaczego Johnny jest sam? Czy, czemu przestał rozmawiać z jego mamą? Pytania, których nikt dziennikarzowi nigdy nie zadawał, na które on sam nie szukał wcześniej odpowiedzi. Poprzez dysonans poznawczy starszy wujek uważa, że zachowanie chłopca nie jest normalne. I tutaj Mills stawia przed postaciami, jak i widzem kolejne pytanie, co jest uznawane za normalne, albo w sumie czym ta normalność dla nas jest?

Poprzez relację tej dwójki, na ekranie przedstawia nam się przepaść między światem widzianym z perspektywy dorosłych a tym widzianym oczami dziecka. Te niewygodne, niezrozumiałe pytania dla małego Jessego są właśnie czymś normalnym. Są skłonieniem do oczekiwanej przez dziecko szczerości i autentyczności ze strony dorosłego, który wkłada się codzienne w ramy narzucane przez społeczeństwo, system czy samego siebie. Dla dziecka życie jest prostsze, bo postrzega je w szerokokątnej, niezamkniętej na nikogo i na nic perspektywie. Dostrzega i czuje wszystko to, co trapi również jego najbliższych. Próbuje, poprzez zachęcanie do rozmowy, pomóc tym starym dorosłym znaleźć nowe ujście dla ich trapień, problemów i bólów, bez zbędnego owijania w bawełnę czy też rzucania „bla, bla, bla” słowami na lewo i prawo.

A SŁOWO STAŁO SIĘ… WAŻNE

Istotą filmu jest skupienie widza, które reżyser dostosowuje poprzez czarno biały obraz, przyciągający uwagę do detali oraz mimik. Duży nacisk kładzie również na dźwięk, przewijający się wraz z dziennikarskim mikrofonem od kalifornijskiej bryzy po zgiełk Nowego Jorku, na paradzie w Nowym Orleanie kończąc. To pozwala odbiorcy na wyostrzenie swoich zmysłów i odpowiednie skupienie się na tym, co w tym filmie jest tak istotne – słowie.

W C’mon C’mon dużo się mówi. Składa się on głównie z dialogów między bohaterami, tymi bezpośrednimi lub w postaci wiadomości. Pojawia się wiele książek, które czytane przez bohaterów, opatulają kolejne sceny, jak ciepły, przyjemny w dotyku szalik. Kolejną formą opowiadania tej historii są wywiady, które wraz z fabułą otrzymują swoje solowe wystąpienia. Reżyser daje możliwość wysłuchania tego, o czym opowiadają dzieci. W trakcie wyświetlania napisów końcowych słyszymy ich dalsze wypowiedzi dotyczące świata. Tego jak go widzą, czego się boją, a co jest dla nich niezrozumiałe. Jest to zabieg skłaniający widza do sprawdzenia siebie — czy jestem w stanie wysłuchać do końca? W tym filmie ma to dodatkowe znaczenie, bo jest to kolejne przedstawienie świata z ich perspektywy, która nie byłaby znana, gdyby właśnie nie była wysłuchana. A o wysłuchanie, a nie tylko słyszenie reżyserowi chodzi. Innych, ale również siebie, co ukazane jest w zapisywanych przez mikrofon nagraniach samego wujka, który używając swoich narzędzi pracy, opisuje przeżyte z siostrzeńcem wydarzenia, przemyślenia i towarzyszące mu przy tym uczucia. By je zrozumieć, łatwiej jest mu je najpierw wypowiedzieć, a by zapamiętać, zapisuje je na dysku komputera.

OBRAZ, KTÓRY PUKA DO DRZWI

fot. Facebook.com/Filmawka

Joaquin Phoenix i Woody Norman to połączenie niesamowicie udane. Wzruszają autentycznością i sprawiają, że widz jest w stanie utożsamić się jednocześnie z jedną, jak i drugą stroną. Poprzez doskonale napisany scenariusz mamy wrażenie, jakbyśmy przyglądali się scenom, których sami byliśmy kiedyś częścią. Mądre dialogi, które uczą, bilansowane humorem i ogromnymi pokładami wrażliwości, jaką bohaterzy darzą siebie nawzajem, sprawiają, że możesz poczuć się podczas tego filmu, bardzo blisko tego, co tobie tożsame. Phoenix nie musi stawać na wyżynach swoich aktorskich umiejętności, by poruszyć dogłębnie widzem. W tej roli idealnie przedstawia wrażliwego na świat i otoczenie dziennikarza, rzucającego się w wir pracy, by nie myśleć o tym, co dla niego niewygodne i przykre. Jest dorosłym, który nie zawsze rozumie to co czuje, i dlaczego tak jest. Który nie zawsze jest w stanie znaleźć najlepszą odpowiedź na trudne, według niego, pytania siostrzeńca. Siostrzeńca, który poprzez Normana staje się na ekranie kwintesencją dzieciństwa. Beztroski, bezpośredni, ciekawy świata i przebodźcowany. Naiwny w myśleniu, że nie potrzebuje wujka, by sobie poradzić, który po zjedzeniu za dużej, liczby słodyczy, nie może zasnąć i bombarduje pytaniami zmęczonego Johnnego. Od tej roli bije naturalność i autentyczność, w której jak w odbiciu lustrzanym można dostrzec młodszego siebie, niezrozumiałego dla świata tych starszych. Ważną postacią jest tu również matka chłopca, grana przez Gaby Hoffmann, i jej relacja z synem oraz z bratem. Kobieta, która codziennie, tak jak wszystkie matki, znosi wiele, w imię bezwarunkowej miłości do dziecka. Którego też nie zawsze rozumie, którego czasami ma już serdecznie dosyć, lecz które kocha najmocniej na świecie i akceptuje w całości. I to właśnie jej syn pomaga skłóconemu rodzeństwu w końcu ze sobą porozmawiać. Zrozumieć błędy przeszłości i opisać to co czują.

Ten film sprowadza na ziemię. Oddaje głos tym, którzy wraz z rybami ponoć go nie posiadają. Pokazuje tym samym istotę słuchania, i to jak przekłada się ona na zrozumienie drugiego człowieka, którego trudniej jest pojąć, gdy oceniamy go przez pryzmat wyłącznie własnej percepcji. Ta opowieść to hołd oddany komunikacji międzyludzkiej. Realne zobrazowanie tego, jak mało zadajemy sobie pytań i jak wielu nieszczerych odpowiedzi udzielamy. Jak radzimy sobie z przeżyciami – i co robimy, by je wyzwalać lub też tłumić. Możemy nagrywać nasze myśli jak Johnny, przelewać je na kartki papieru tak jak Viv, czy zalewać potokiem słów tak jak Jesse. Ten seans może zaczarować, może ponieść i zanieść tam, gdzie dawno się z naszymi uczuciami nie wybieraliśmy, może stać się lekcją, na którą nie było się przygotowanym, ale jak mówi 9-letni główny bohater, to, na co się przygotowujemy i tak nigdy się nie wydarza, lecz rzeczy, o których nie pomyślałbyś, że mogą, niespodziewanie się dzieją, więc ciągle w życiu musisz dawać radę.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

dwanaście + cztery =