„Happier Than Ever” – recenzja albumu Billie Eilish

Po ogromnym sukcesie debiutanckiego krążka „When We All Fall Asleep, Where Do We Go?”, wydanego rok temu, Billie Eilish – jedna z najpopularniejszych obecnie artystek młodego pokolenia na świecie – powraca z drugim albumem. Czy rzeczywiście na swoim nowym dziele, „Happier Than Ever”, artystka jest szczęśliwa jak nigdy dotąd?

Billie Eilish niewątpliwie wkroczyła w nową erę – czasy mrocznej, zamkniętej w sobie dziewczyny, która dopiero stawia pierwsze kroki na rynku muzycznym, już przeminęły. Teraz mamy do czynienia z o wiele dojrzalszą, bardziej świadomą i doświadczoną artystką. Na „Happier Than Ever” Eilish w końcu nie boi się mówić to, co myśli i co czuje – w swoich tekstach opisuje wpływ sławy w tak młodym wieku, nie zabrakło też ballad o miłości – także tej toksycznej.

Album otwiera „Getting Older” – spokojna piosenka o pulsującym brzmieniu, w której młoda piosenkarka śpiewa o tym, jak dorastanie wpływa na nią samą.

„Rzeczy, którymi kiedyś się cieszyłam, teraz są dla mnie pracą. Rzeczami, którymi teraz się pasjonuję, kiedyś się znudzę.” – śpiewa Billie.

Artystka daje do zrozumienia, że kiedy stajemy się dorosłymi, tracimy w sobie pasję do najróżniejszych zainteresowań, które kiedyś były dla nas wszystkim. Jednak na końcu kawałka, Eilish zapewnia nas o tym, że wszystko będzie dobrze. Dodaje także, że przeżyła traumę, robiła rzeczy, których nie chciała, bała się o tym mówić, ale z tym koniec. Nadszedł ten czas.

Nieco szybsze i ciekawsze aranżacyjnie „I Didn’t Change My Number” opowiada o będącej już przeszłością relacji, w której tkwiła Billie. Teraz próbuje ona odseparować się od tej drugiej osoby i jest z tego całkowicie zadowolona – „Nie zmieniłam numeru, zmieniłam tylko to, komu odpisuję” – przekonuje piosenkarka.

Zdecydowanie jednym z najbardziej intrygujących propozycji na albumie jest „Oxytocin”. Słuchając tego kawałka, Eilish wprowadza nas w pewien trans, z którego aż grzech się uwolnić. Piosenka po pierwszym przesłuchaniu zostaje w pamięci na długo, głównie za sprawą charakterystycznych elektronicznych brzmień i nieoczywistej linii melodycznej.

„Not My Responsibility” to utwór mówiony, w którym Billie wygłasza mowę o tym, jak ludzie postrzegają innych na podstawie ich ciała, z czym sama nieraz się spotkała. Nawiązuje tu do licznych złośliwych filmików i komentarzy, które pojawiały się w internecie pod jej zdjęciami w nieco bardziej odkrytych strojach. Artystka wyraża swój sprzeciw w kwestii oceniania innych i decydowania kim są, patrząc tylko przez pryzmat rozmiaru, jaki noszą.

„Overheated” to piosenka, która została stworzona z tym samym zamysłem, co opisany wcześniej, recytowany utwór. Szczególnie urzekł mnie prosty, ale jednocześnie trafiający w serce refren, którego słowa przeplatają się z dynamicznym bitem i brzmieniem. Piosenkarka dziwi się, dlaczego dla wszystkich tak dużym szokiem jest to, że jej ciało wygląda tak samo, jak każdego innego człowieka. O braku prywatności, który także wiąże się ze sławą, śpiewa w dynamicznym „NDA”, które brzmieniowo nawiązuje do stylu jej poprzedniego albumu.

Przechodząc do piosenek niewątpliwie zaskakujących – oprócz wspomnianego wcześniej „Oxytocin”, momentem, w którym opadła mi szczęka, było przesłuchanie tytułowego kawałka – „Happier Than Ever”. Pierwsza połowa – nic specjalnego, kolejna ballada, tak samo zaśpiewana jak większość utworów Eilish. Co się dzieje potem? Coś, czego chyba nie spodziewał się żaden fan. Artystka po raz pierwszy pokazała, że potrafi śpiewać głośniej, z pazurem, a do tego robi to pod rockowe brzmienie. W tak mocnej odsłonie zdecydowanie nie spodziewałam się usłyszeć tej delikatnej, cichutkiej barwy głosu.

Muszę przyznać, że bardzo spodobało mi się „GOLDWING”. Piosenka posiada w sobie tę „inność”, której poszukuję w muzyce i która zawsze mnie przyciąga, ale nie sposób tej inności opisać.

Na albumie Billie Eilish nie mogło zabraknąć spokojnych ballad, z trafiającymi w głąb człowieka tekstami, zmuszającymi do przemyśleń. Taką piosenką jest „Your Power”. Powtarzający się motyw refrenu i gitary od razu wpada w ucho, a przejmujące słowa o toksycznej miłości zostają w pamięci na długo. Słuchając pierwszych sekund utworu byłam przekonana, że to kolejna smutna, wolna, niezbyt wyróżniająca się piosenka. Jednak teraz śmiało mogę stwierdzić, że nosi ona w sobie pewną magię, której można wręcz doświadczyć, za każdym razem, kiedy się jej słucha. Trzeba przyznać, Eilish potrafi czarować głosem, nawet jeśli w bardzo wielu piosenkach brzmi on bardzo podobnie.

Nie można nie wspomnieć o nieco bardziej pozytywnych i szybszych kawałkach na krążku – wydane już o wiele wcześniej „Therefore I Am” oraz „Lost Cause”, które szybciej zdobyły popularność, moim zdaniem nie przebijają innych utworów na płycie.

„Happier Than Ever” to album z pewnością mocno różniący się od poprzedniego – nie tylko tekstowo, ale i brzmieniowo. Eilish pokazała, że dorasta, że wyciąga wnioski i otwarcie o tym mówi, nie bojąc się już niczego. Co prawda nie ma tu takich hitów, jakim np. było sławne „Bad Guy”, ale czasem może to i lepiej. To, co Billie przedstawiła na swoim drugim krążku najwyraźniej jest tym, czego potrzebowała i z czego jest dumna. A przede wszystkim, szczęśliwa. Na jej drugim dziele zdecydowanie jest więcej piosenek, które spodobały mi się po pierwszym przesłuchaniu, niż tych, które raczej będę pomijać.

Marzy mi się tylko więcej rockowych piosenek w wykonaniu artystki – tytułowa piosenka pozostawiła niedosyt, a jej autorka pokazała, że bardzo dobrze odnajduje się także w takiej muzyce. Kto wie, co przyniesie przyszłość?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *