#6 Kultowe serie: „Breaking Bad”

źródło: flickr

Dobrze nakręcony serial ma jedną podstawową cechę: skończył się. Właściwie to skończył się kiedy powinien i w dodatku w satysfakcjonujący wszystkich sposób. „Breaking Bad” to jeden z tych przypadków, kiedy się to udało. Dlatego, pomimo swojego niewielkiego wieku trafił na naszą listę kultowych serii.

Właśnie, macie czasem wrażenie, że niektóre seriale po prostu powinny się już zakończyć? Nie interesuje was już, jak to się skończy, co się stanie z bohaterami i czy wszystko uda się rozwiązać, ale najzwyczajniej jesteście już znudzeni historią. Z własnego doświadczenia mogę podzielić oglądanie serii na 3 etapy. Na początku, tak mniej więcej przy 1 sezonie poddajemy się wewnętrznej dyskusji czy kontynuować. Bywa oczywiście i tak, że wiemy to już po pierwszym odcinku, co niekoniecznie może zwiastować dalszy entuzjazm. W każdym razie jeśli zdecydujemy się oglądać dalej, to jest to niemal więcej niż pewne, że przez następne sezony będziemy wciągnięci w fabułę. Seriale, w przeciwieństwie do filmów, które po 2 godzinach uwalniają nas od siebie, chodzą za nami, ciągną się i pochłaniają. Koniec odcinka to nie koniec historii. Trzeba kliknąć następny, trzeba oglądać dalej. W pewnym momencie uświadamiamy sobie, że zostaliśmy wciągnięci w tę, skrupulatnie przemyślaną, pułapkę. Stajemy się częścią fabuły i nie wyobrażamy sobie nie dowiedzieć się jej końca. Zazwyczaj.

Niekiedy twórcy za mocno przeciągają linę i zamiast zakończyć w wielkim stylu, dając swoim widzom koniec, na który czekali, to dają im coś w rodzaju fabularnego budyniu. Jak to się mówi: nic nie może wiecznie trwać. Jeśli będą nas trzymać zbyt długo w napięciu, to przestanie być ono fascynujące. Wtedy następuje faza trzecia, czyli oglądamy dla samego oglądania i zabicia czasu, często irytując się sami na siebie, że jeszcze mamy siłę to oglądać. Czy może być inaczej? Tak. Na szczęście są tacy ludzie jak Vince Gilligan.

Tym przydługim wstępem przedstawiam wam przepis na to, jak stworzyć serial idealny, czyli „Breaking Bad”.

Początek i koniec

źródło: flickr

Zdecydowanie największym atutem tej produkcji jest nie tyle sama fabuła, która swoją drogą też jest dużym plusem, ile jej poprowadzenie. Nie narzekałam na brak wyczucia twórców bez powodu. Tego po prostu w „Breaking Bad” nie ma, co czyni go naprawdę wyjątkowym serialem. Całość przemyślana została od początku do końca i chociaż zdarzały się w tym planie niewielkie zmiany, to twórca potrafił sobie z tym poradzić. Wynikiem tego jest ta absolutna perełka, która nie znudzi ani nie zmęczy nas w trakcie oglądania i o której na długo nie zapomnimy.

Dawno temu, kiedy zakończyła się produkcja „Z Archiwum X”, o którym pisałam wcześniej, Gilligan został bezrobotny. Zażartował wówczas do dzielącego tę niedolę kolegi, że najlepszym co mogą teraz zrobić, to „rozpocząć produkcję metaamfetaminy z tyłu kampera, jeździć po kraju i zarabiać na niej pieniądze”. Przypomina wam to coś? Tak, w głównej mierze, jest to fabuła „Breaking Bad”.

W serialowej wersji tym narkotykowym potentatem został niezwolniony z pracy scenarzysta, a Walter White (Bryan Cranston). Nasz bohater jest przykładnym, lekko nieśmiałym i bezkonfliktowym obywatelem, kochającym mężem, dobrym ojcem i nauczycielem chemii (a jakżeby inaczej), który w pierwszym odcinku dowiaduje się, że umiera. Zostaje mu zdiagnozowany rak trzeciego stopnia, praktycznie niemożliwy do wyleczenia, a lekarze dają mu mniej więcej dwa lata życia. Można się spodziewać, że taka wiadomość znacząco wpływa na człowieka. Walter postanawia zadbać o swoją rodzinę w swoich ostatnich chwilach, zabezpieczyć ją finansowo. Pomaga mu w tym jego były uczeń – Jesse Pinkman (Aaron Paul), mający delikatny problem z odmawianiem narkotykom. Ten niecodzienny duet rozkręca jeszcze bardziej niecodzienny biznes, idąc za żartem Gilligana rozpoczyna produkcję metaamfetaminy w kamperze.

Studium zła

Idea stojąca za „Breaking Bad” to nie tylko ukryte marzenie twórcy o łamaniu prawa, ale też marzenie o zrobieniu telewizji niezłego psikusa. W popkulturze pokrzepiającym motywem jest to, że dobre zawsze jest dobre, złe jest zawsze złe, a na dodatek to zło zostanie pokonane. Innymi słowy, najczęściej karmi nas heroicznymi i oddanymi słusznej sprawie bohaterami, którzy, chociaż napotykają wiele przeszkód na swojej drodze, to zawsze umieją obronić siebie i przy okazji uratować świat. Są też czarne charaktery, czyli zawistne postacie, które najczęściej podkładają nogi protagoniście. W produkcji Gilligana jest inaczej. Zresztą miało być inaczej. Jak sam twierdził, telewizja ma to do siebie, że utrzymuje swoich bohaterów w pewnym charakterowym zastoju i dzięki temu można kręcić setki odcinków. Jego wizją było stworzenie takiej serii, w której protagonista stanie się antagonistą.

źródło: flickr

Tak właśnie się stało z Walterem. Z jednej strony stoją za nim słuszne pobudki, bo nie wchodzi w ten narkotykowy szajs dla egoistycznej chęci wzbogacenia się czy z moralnie wątpliwego zainteresowania ciemnym światkiem przestępców. Chce pomóc rodzinie. Poza tym ma na karku wyrok śmierci i większość z nas będzie mu współczuć. Poznajemy go też jako osobę spokojną, bardzo potulną i cichą, jak każdy ma swoje problemy, ale na pierwszy rzut oka nie ma w nim nic, co mogłoby nas zniechęcić. Najprościej mówiąc, jest po prostu „tym dobrym” w tej historii. Jednak im dalej w las, tym ciemniej, a przekładając to na język serialowy: co sezon, to gorzej. Sposób, w jaki Gilligan przedstawił rozwój swojej postaci i zmiany, jakie następują w nim pod wpływem kolejnych wydarzeń, jest mistrzowski. Z czasem przestajemy współczuć Walterowi, a zaczynamy go nienawidzić. Przestajemy wierzyć w jego wymówki o pomocy, a zaczynamy dostrzegać, jak głęboko wpadł w ten przestępczy kalejdoskop. Każda jego decyzja jest w zasadzie coraz gorsza i coraz bardziej niebezpieczna. To co zrobił z nim Gilligan można zdecydowanie nazwać studium genezy zła i niejeden psycholog miałby intelektualną pożywkę z takiego przypadku. Podsumowując jeśli jest jakiś jeden powód, dla którego warto włączyć „Breaking Bad” to zdecydowanie jest to Walter. Chociaż ostrzegam, że w ostatnich sezonach, kiedy on osiąga apogeum swojej przemiany to my osiągamy apogeum irytacji.

Mamy jednak w tym serialu coś co jest już dobrze znane z innych produkcji. Mamy sprawiedliwość. Myślę, że tylko dla niej jesteśmy w stanie przejść przez najgorsze momenty i wytrzymujemy największe tragedie (jak wyrzucenie pizzy na dach!). W zasadzie znamy przecież zakończenie. Walter musi umrzeć. Jednak jest coś co zawsze mnie rozbraja. W ostatnich scenach, tuż przed śmiercią on zaczyna rozumieć i jestem w stanie powiedzieć, że nawet żałuje. W pewnym sensie to jest ta sprawiedliwość, której oczekiwaliśmy od początku. Nie życzymy mu więzienia, czy śmierci, ale tego zderzenia z rzeczywistością i ludzkich wyrzutów sumienia.

„It’s all good man”  

źródło: wikipedia

Nie mogłabym, nawet nie potrafiłabym pisać o „Breaking Bad” bez wspomnienia o Saulu Goodmanie, czyli najlepszym prawniku w Nowym Meksyku i „Better Call Saul”. Saul jest szemranym, niezbyt uczciwym, ale przebiegłym i cwanym reprezentantem prawa w Albuquerque. Na swojej drodze spotyka dwóch, trochę jeszcze zagubionych w skomplikowanym świecie kryminalistów i gangów, producentów metamfetaminy, czyli Waltera i Jesse’go. Pomaga im się w tym odnaleźć i przede wszystkim nie zostać aresztowanym. Postać zagrana przez Boba Odenkirka stała się tak charakterystyczna, że najpierw została w serialu dłużej niż planowano, a następnie doczekała się swojego własnego serialu.

Akcja „Better Call Saul” dzieje się na długo przed wydarzeniami znanymi z „Breaking Bad”. Chociaż pojawiają się znane twarze, jak na przykład (przy okazji moja ulubiona postać z uniwersum) Mike Ehrmantraut (Jonathan Banks), to jest zupełnie inna historia. Śledzi ona też innego bohatera, bo w pewnym sensie Gilligan zrobił tutaj coś podobnego, tylko na mniejszą skalę niż z Walterem. Tutaj też główną osią fabuły jest rozwój postaci, ale nie tak spektakularna. Saul, a właściwie Jimmy McGill zawsze miał trochę na pieńku z prawem i raczej nie postępował zbyt szlachetnie. Jest w nim jednak coś, co mimo wszystko wzbudza w nas trochę współczucia i kiedy postawi się go w odróżnieniu od np. jego brata, to ostatecznie mu kibicujemy. Problem Waltera polegał na tym, że był dobry, ale pod wpływem wydarzeń stał się zły. Natomiast problem Jimmy’ego polega na tym, że chciałby być dobry, ale los tak układa mu życie, że cały czas się potyka i po każdym kroku do przodu następują dwa kroki do tyłu.

„Better Call Saul” nie jest pierwszą częścią „Breaking Bad”, tylko historią z tego samego świata. Jest też jego dobrym następcą, bo technicznie posiada wszystko, co przyciągnęło nas do wcześniejszej produkcji. W obu przypadkach możemy zachwycać się estetycznymi, kinowymi ujęciami, emocjonującym budowaniem napięcia czy wyśmienitą grą aktorską.

Nie róbcie tego w domu

„Breaking Bad” zostawił światu kilka kultowych pamiątek. Na samo hasło z tym tytułem każdemu powinien się pojawić w wyobraźni Heisenberg, czyli przestępczy przydomek Waltera, w kapeluszu i ciemnych okularach. Jest to po prostu symbol i nieodłączny element tej produkcji. Możemy też widzieć logo „Los Pollos Hermanos”, czyli fast foodowej restauracji, którą pan Fring przykrywał narkotykowy biznes. Już na pewno usłyszmy w głowie głos Jesse’ego, wypowiadającego na swój wyjątkowy sposób pewne niecenzuralne słowo, którego raczej nie mogę tutaj zacytować.

Poza tymi niematerialnymi pamiątkami zostawił nam też pewien niedosyt. Niewynikający absolutnie ze sposobu zakończenia, bo ono idealnie zamknęło historię. Po prostu brakuje nam tej opowieści. Na szczęście oprócz „Better Call Saul” jest jeszcze „El Camino”, wydany niedawno film, przedstawiający dalsze losy Pinkmana i przede wszystkim możemy obejrzeć jeszcze raz, a zdecydowanie jest to jedna z tych produkcji, do której można wracać wielokrotnie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *