Wampir w obiektywie

fot. Krzysztof Metelski

Od czasu opatentowania kamery w 1888 r. wiele się zmieniło. Kamery stawały się mniejsze i mniejsze, aż osiągnęły rozmiar kieszonkowy. Coś niebywałego! Kamery pomagają nam we wszystkim. Dosłownie! Od nagrania przełomowego wydarzenia, przez naukę, czy pracę zdalną, na zwykłej komunikacji skończywszy. Czy tak jest? Czy naprawdę pomagają?

Otóż nie do końca. Hurraoptymizm gaśnie, gdy nauczyciel, czy wykładowca prosi o włączenie kamery na przykładowo półtorej godziny. I to nic dziwnego. Kamery nie są wykorzystywane efektywnie, przez co w wampiryczny wręcz sposób, wysysają z nas energię.

Sytuacja wygląda następująco: nauczyciel chce wiedzieć, czy ktoś po drugiej stronie w ogóle jest. Czy ktoś go słucha. Dlatego prosi o kamery. Całkiem zrozumiałe – przykro tak mówić do ściany. Ale, ale! Gdy kamer nie ma, mówi parę osób. Gdy są, też mówi parę osób – a najczęściej są to te same osoby. Bo co te kamery w ogóle dają? Widzimy, że ktoś jest przed komputerem. Ale dlaczego nikt nic nie mówi? Ze względu na parę problemów. Pierwszym jest po prostu zmęczenie kamerą. Naukowcy ze Stanfordu w 2021 roku określili to mianem „zoom fatigue” (zoomowym zmęczeniem).

Zmęczenie to jednak przychodzi dopiero pod koniec. W uproszczeniu spotkanie męczy tak bardzo, jakby kazano nam przeglądać się w lustrze przez kilka kwadransów. Nie tłumaczyłoby to jednak, dlaczego ludzie tak bardzo się peszą. Pewien czas temu zabawiłem się w Archimedesa i krzyknąłem „Eureka!”, gdy doszło do mnie, że takie lusterko ma jeszcze parę mankamentów. Takich naprawdę poważnych. W przypadku najpopularniejszego Teamsa, gdy wszyscy włączą kamery, to na środku najczęściej wyświetla się tylko dziewięć osób. Nie brzmi jak problem, prawda? Ale faktycznie nim jest. Mało kto włącza dużą galerię z podglądem na wszystkich, bo wśród wszystkich uczestników widzimy też siebie. Mało kto lubi się sobie przyglądać, a tym bardziej gdy widzimy się na ekranie aż w dwóch miejscach. Wracamy do punktu wyjścia. Dziewięć osób. Nie więcej, nie mniej. Słysząc argument „ale w rzeczywistości spotykamy się w jednej sali, więc włączcie kamery” zastanówmy się, czy zajęcia w rzeczywistości wyglądają w ten sposób: na środku sali siedzi dziewiątka osób, reszta przygląda im się zza lustra weneckiego. No może jednak nie.

Wróćmy do tego nieszczęsnego podglądu na samego siebie. Może pojawić się bardzo sensowny argument: miniaturkę zawsze można wyłączyć, skoro tak męczy. Można, ale po co? Nie zauważymy wtedy tego, że to włos nam niefortunnie spadł, to rozmazał się makijaż…czy nie daj Boże, stało się coś w tle pokoju! Chyba wolimy wiedzieć, że coś się stało, czyż nie? Szczególnie że współuczestnicy widzą nas w znacznym przybliżeniu. Wiąże się z tym faktyczny problem, wystarczy wcisnąć PrintScreen, czy przytrzymać guzik na telefonie i już mamy uwiecznionego kolegę lub koleżankę w niefortunnej sytuacji. Można zapierać się rękami i nogami, mówić, że coś takiego się nie zdarza. Wszyscy wiemy, że jest inaczej.

Żeby temu zapobiec, co chwila zerkamy na podgląd i sprawdzamy, czy nie wyglądamy niekorzystnie. I to też jest problemem, przeogromnym problemem. Dlaczego zerkanie na siebie tak przeszkadza? Bo wtedy poprawiamy wygląd, zastanawiamy się, jak wyglądamy. Przekierowuje to naszą uwagę. Zamiast skupić się na zajęciach, skupiamy się na samych sobie… i to skutkuje tym otępieniem, brakiem reakcji uczniów, mimo że są widoczni na kamerach.

Ostateczną kwestią jest to, o czym nam te kamery mówią? O tym, że jesteśmy obecni. I tyle. Często nie widzimy rąk ucznia, nie wiemy, co teraz robi. Wystarczy, że wciśnie przycisk Windows i którąś ze strzałek. Tym samym niepostrzeżenie podzielił ekran na dwie części. „No ale przecież widać, jak zmienia się jasność ekranu!”. Pewnie, że tak! Ale o czym ona mówi? O tym, że ktoś czatuje na Messengerze, ogląda filmiki na Youtubie, czy może o tym, że robi notatki w Wordzie i przełączył okno z Teamsów na notatnik? Szkopuł tkwi w tym taki, że kamery nie dają nam wiele. Włączone cały czas przynoszą więcej szkód, niż pożytku.

Nie krytykuję korzystania z kamer w trakcie rozmowy. To coś zupełnie innego! Chodzi mi o to katowanie siebie i innych włączoną kamerą przez całe zajęcia. Nie stoję tylko po stronie uczniów,  czy studentów i nie narzekam, by tylko narzekać. Naprawdę rozumiem nauczycieli, którzy po prostu chcą być słuchani. Dlatego myślę, że znalazłem rozwiązanie tej jakże tragicznej sytuacji. Istne panaceum! Każdy powinien być zadowolony! Wystarczy nie prosić o kamery na całe zajęcia… A tak o, niespodziewanie, poprosić o ich włączenie w celu zobaczenia, czy są obecni. Wtedy uczniowie będą mieli się na baczności, bo mogą być poproszeni nagle o włączenie kamer. Będą mogli skupić się na zajęciach, bo nie będą rozpraszać się własną osobą. Z tego powodu także poczują trochę luzu, nikt nie lubi być cały czas na celowniku. A co z tymi, którzy w tym czasie zajmują się czymś innym, niż zajęciami? Cymbał pozostanie cymbałem bez względu na to, czy włączy kamerkę, czy nie…

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *