Kilka brzmień na Halloween

Chociaż cała komercyjna oprawa pozbawiła Halloween właściwie wszelkiej grozy, wciąż znajdą się tacy, którzy obok makijażu i przebrania fundują sobie tego dnia porządne ciarki na plecach. Omijając już kwestie religijne, czemu nie? Dzisiaj można się trochę postraszyć, a jeżeli już się na to zdecydujemy – dobrze jest też mieć do takich psikusów odpowiedni soundtrack.

Koniec października to dla fanów mrocznej muzyki takie małe Boże Narodzenie. Co prawda, robi się zimno, nieprzyjemnie, wieje i pada, pada i wieje. Jesteśmy zmęczeni wychodzeniem z domu o zmroku i powracaniem w tej samej aurze. Dodatkowo jutro zaczyna się listopad, więc kolorowo nie będzie już wkrótce nie tylko pod względem samopoczucia… W gruncie rzeczy są to jednak warunki idealne do oddania się bardzo gęsto zachmurzonym, przelewającym się razem z kolejnym przelotnym deszczem brzmieniom. Nie, żeby latem słuchać tego nie można, ale tym razem – to jak zakochać się i odpalić playlistę z Dirty Dancing albo piec pierniczki w kształcie choinek do sercowych rozterek Georga Michaela i niezawodnego w świąteczne dni Franka Sinatry. Niech klimatycznym wstępem do tego wieczoru będzie kilka taktów od Hitchcocka.

Muzyka ta może być też ciekawym towarzyszem głupich pomysłów, wpadających do głowy z dość wysoką częstotliwością w okolicach klubów, które w Halloween decydują się na tematyczną imprezę. Dlaczego nie przyprawić jednej z tych przygód, w których decyzja o wejściu do lasu albo wracaniu samemu do domu okazuje się mieć większy ciężar niż się spodziewaliśmy, szczyptą miażdżących, spinających ramiona i stawiających uszy odgłosów. Wtedy make-up jednej z pijanych czarownic z Instagrama czy któregoś z nowych fanów Jokera może okazać się niespodziewanie skuteczny. Na pewno skuteczniejszy niż zdolni bylibyśmy przyznać. Ale przecież lubimy się bać.

Moja pierwsza propozycja to dwa numery od monarchów pre postpunka. „Hollow Hills” w wykonaniu Bauhaus zabiera nas właśnie tam, gdzie zazwyczaj nie chcielibyśmy się znaleźć. Zaraz po tej krótkiej podróży, piosenka o tym, jak czerwony aksamit wyścieła trumnę Beli Lugosiego. Dość kultowa piosenka.

Po wyjściu z jaskini nietoperzy, żeby przestraszyć się jeszcze bardziej, już nie tylko samą treścią grania, ale jego zaskakującą, natarczywą i nagłą intensywnością, warto przeskoczyć domuzycznego jump-scare’a. Hatred Surge to jedno z dem, które Napalm Death zaserwowali nam w pierwszej połowie lat 80. Może zaboleć.

Sonic Youth zabierają nas na spokojniejsze wody, ale na pewno nie na ląd. Nie wiem, czy można się utopić w tej muzyce, czy z nią odlecieć, ale na pewno nie da się przy niej spokojnie stąpać. Nawiedza i sama jest nawiedzona.

Na koniec coś dla tych, którzy bardziej niż duchów, opętania czy aktywności paranormalnych, boją się nieco pogubionych istot ziemskich, na przykład niesympatycznych klaunów albo cyrkowców o krwiożerczym usposobieniu. Tutaj ukłon w postaci zawiłego i kipiącego złem tekstu składa Nick Cave, a za sprawą całej reszty The Bad Seeds to zło możemy usłyszeć.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *