Trochę intymnie… – relacja z koncertu Mikromusic

Mikromusic jest zespołem niepozornym. Z jednej strony przy ich muzyce można delikatnie pląsać i bujać w obłokach, a z drugiej strony wsłuchując się w tekst odnosi się wrażenie, że autorka metaforycznie pokazuje język całemu światu. Jak muzycy spisali się na niedzielnym koncercie w Starym Maneżu?

Wszyscy ci, którzy 17 grudnia zawitali do Starego Maneżu mogli liczyć na atrakcje już od 19. Występ rozpoczęto punktualnie. Najwyraźniej fanów Mikromusic rozgrzewać nie trzeba, bo już po kilku kawałkach sala bujała się wspólnie do dźwięków muzyki. Fani niejednokrotnie zamykali oczy i podśpiewywali piosenki pod nosem. Wśród utworów nie brakowało starych dobrych hitów jak „Bezwładnie”, „Na krzywy ryj” czy „Takiego chłopaka”. Dużo uwagi poświęcono jednak najnowszej płycie, co dało odświeżające wrażenie. Publiczność ożywiła się najbardziej przy najnowszym hicie zespołu – „Tak mi się nie chce”. Śpiewała ją cała sala. Koncert w Gdańsku z pewnością pozostał pewnym intymnym muzycznym doznaniem dla niejednego cichego buntownika.

Wokalistce Mikromusic nie można odmówić wielu rzeczy: pogody ducha, poczucia humoru, świetnego podejścia do fanów oraz, przede wszystkim, ogromnego talentu. Natalia Grosiak na żywo brzmi jeszcze piękniej niż na nagraniach – barwa jej głosu zachwyca. Imponuje tym jak panuje nad najtrudniejszymi dźwiękami. Oprócz tego zdawało się, że artystka kupiła publiczność zabawnymi historyjkami. Opowiadała między innymi o tym, jak jej tata uprzedził ją, żeby zawsze zwracała uwagę, jak zachowuje się jej mężczyzna po wypiciu alkoholu – po czym dodała szybko, że jej mąż nie pije, więc właściwie nie wie za kogo wyszła za mąż. Nie brakowało też anegdotek o powstawaniu poszczególnych piosenek, co sprawiło, że można było jeszcze bardziej wciągnąć się w intymną, nostalgiczną atmosferę.

Nastrój wieczoru zbudowali instrumentaliści – mnogość ich pracy była uderzająca, a każdy dźwięk dopracowany. Zdaje się, że zespół tworzy muzykę tak, by artyści mogli się spełniać i realizować. Za pomocą basu, perkusji, trąbki, klawiszy i innych starano się stworzyć niepowtarzalną atmosferę. Każdy miał swój „wielki moment”, w którym mógł ponieść tłum. Gitarzysta Dawid Korbaczyński z szerokim uśmiechem odegrał świetne solo, ale pozostali instrumentaliści w niczym mu nie ustępowali. Natalia zadbała o przedstawienie widowni każdego z muzyków. Momenty pozbawione śpiewu nie męczyły, zostawiały możliwość, by zamknąć oczy i odpłynąć.

Koncert trwający półtorej godziny zdawał się usatysfakcjonować większość obecnych. Zakończono go podwójnymi bisami, na których odśpiewano ponownie największy hit zespołu „Takiego chłopaka” oraz „Niemiłość”. Cała sala śpiewała wspólnie refren, który oscyluje wokół słów „w dupie to mam, w dupie to mam”. Właśnie tacy są fani zespołu – ironiczni, pogodni, wyluzowani. Nie boją się z uśmiechem aniołka pokazać rogów i wyrazić własnej opinii. Ci, którzy po koncercie opuszczali salę wymieniali się zawzięcie wrażeniami. Pozostali czekali pod sceną, bo zespół obiecał zejść do fanów i rozdawać autografy.  Jedno jest pewne – na próżno było szukać grymasu niezadowolenia.

Fot. Marta Krzemińska

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *