„Klub kawalerów” jest jak szampan

klub-kawalerow

Od lewej: Mateusz Deskiewicz, Sasza Reznikow, Tomasz Więcek. W tle Tomasz Gregor

Jeden z bohaterów „Klubu kawalerów” Teatru Muzycznego w Gdyni porównuje kobietę do szampana, którego chce się kosztować wciąż więcej i więcej. Sam spektakl Justyny Celedy też ma z tym trunkiem wiele wspólnego – ale z nieco innych względów.

Tytułowych kawalerów, publiczność poznaje w chwili przyjmowania w szeregi klubu nowego członka – świeżo porzuconego narzeczonego. Pięciu dżentelmenów od razu wykłada nowicjuszowi zalety życia bez kobiet, mimochodem zwierzając się z miłosnych niepowodzeń. Ile pozostanie z tych kawalerskich ślubów, kiedy na horyzoncie pojawią się panie?

Justyna Celeda, reżyserka gdyńskiej adaptacji sztuki Michała Bałuckiego, nie zwodzi widzów. Pozostawia tę ponad stuletnią opowieść prostą, oferując w zamian przegląd typowych miłosnych forteli i gaf. Nie unowocześnia też na siłę języka ani reszty przedstawionego świata. Teksty piosenek, napisane przez Krystynę Wodnicką nie rażą jednak archaizmem, wręcz przeciwnie – skrzą się humorem i bon motami. Także muzyka skomponowana przez Adama Markiewicza wtłacza w spektakl dużo energii i świeżości. Zastrzeżenia budzi jedynie dość skromna scenografia Grzegorza Małeckiego, której centrum jest obrotowa scena przedzielona trzema wzorzystymi ścianami.

Aktorzy jednak szybko wypełniają tę przestrzeń życiem, a widzów pochłaniają kolejne perypetie i świetnie wykonane songi. Wśród pierwszoplanowych ról męskich wokalnie i aktorsko uwagę zwraca przede wszystkim Tomasz Więcek, czyli Wygodnicki – zdeklarowany przeciwnik małżeństwa. Jego konfrontacja z ideowymi przeciwniczkami jest jednym z ciekawszych wątków „Klubu kawalerów”. Równie interesująco i jeszcze zabawniej zagrany jest fajtłapowaty Nieśmiałowski (w tej roli Marek Sadowski). Szkoda, że Sasza Reznikow jako Motyliński, typowy słowiański kobieciarz, jest dość przewidywalny – wydaje się, że nie wykorzystał potencjału tej postaci. Pozostałym członkom klubu – Sobieniewskiemu (Andrzej Śledź), Piorunowiczowi (Rafał Ostrowski) i Topolnickiemu (Mateusz Deskiewicz) – nie można nic zarzucić, ale nie są już tak charakterystyczni jak ich towarzysze.

klub-kawalerow

Od lewej: Aleksandra Meller, Marta Smuk, Anna Andrzejewska

Kobiety zaraz po pojawieniu się na scenie przejmują inicjatywę w warstwie fabularnej i aktorskiej. Przez większą część spektaklu uwagę skupia na sobie Aleksandra Meller, która rolą Jadwigi Ochotnickiej wnet roztapia serca nie tylko tytułowych kawalerów, ale i publiczności. Czarująca wdówka, której intryga napędza wydarzenia, z łatwością przechodzi od femme fatale do dobrodusznej swatki.

Nie sposób przeoczyć też żywiołowej i charyzmatycznej Marty Smuk (w roli Dziudziulińskiej). Jej mocny głos najpełniej rozwija się w „amerykańskim” akompaniamencie – inspirowanym rock’n’rollem oraz muzyką gospel. Aż szkoda, że jej siostra, Magdalena Smuk (Fiona z gdyńskiego „Shreka”, tu grająca służącą Kasię), nie miała więcej okazji do przypomnienia swojego głosu. Jej liryczna partia, która towarzyszy walcowi z Tomaszem Gregorem (Ignacy), wyróżnia się spośród pozostałych. Sam Gregor jest mistrzem drugiego planu. Pojedynczym gestem potrafi wywołać na twarzach publiczności szelmowski uśmiech, a kroku dotrzymują mu w tym pozostali zawadiaccy kelnerzy.

Tomasz Gregor (na pierwszym planie)

Tomasz Gregor (na pierwszym planie)

Dlaczego „Klub kawalerów” jest jak szampan? Ponieważ nie ugasi pragnienia intelektualnego ani nie zetnie z nóg, ale za to wesoło zaszumi widzowi w głowie. Jest wdzięczną komedią o relacjach damsko-męskich – bez weselnego posmaku, który w podobnych przypadkach zdarza się mniej doświadczonym scenom i reżyserom. To spektakl, na który spokojnie można się wybrać zarówno z dziewczyną lub chłopakiem, jak i z rodzicami. A kolejna okazja do tego nadarzy się już 29 stycznia.

fot. Piotr Manasterski, www.muzyczny.org

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *