Postseason NBA: To już koniec?

Czy to już koniec Finałów NBA 2024?

https://www.instagram.com/p/C75D4NRMs-Z/ / autor: instagram.com/barbwiretape

W Finałach NBA koniec zbliża się wielkimi krokami. Boston Celtics prowadzą z Dallas Mavericks już 2:0 i wydaje się, że to właśnie Koniczynki zdobędą upragniony tytuł. Na szczęście dla fanów koszykówki, wciąż pozostaje Luka Doncić. Słoweniec przy innym stanie rywalizacji byłby murowanym faworytem do nagrody Finals MVP. Złote dziecko europejskiego basketu jest jednak mocno osamotnione w walce z najbardziej kompletną drużyną całej ligi.

Jak Dawid i Goliat

Już przed początkiem finałowej rywalizacji było wiadomo, kto powinien wygrać tę serię. Boston zaliczył w całym playoffowym runie zaledwie 2 porażki. W dodatku takie, które nie miały żadnego przełożenia na ich sytuację. Ani Miami, ani Cleveland nie były w stanie dokonać czegoś więcej niż pojedyncze wyskoki. Ba, Indiana nie zdołała osiągnąć nawet tego! Celtics przeszli swoją drogę do Finałów suchą stopą, bo byli zwyczajnie o kilka klas lepsi od swoich oponentów.

Zupełnie inaczej prezentowały się na tym tle perypetie zespołu z Teksasu. Mavs żadnej serii nie przeszli suchą nogą, a dwukrotnie musieli rozstrzygać sprawy w meczach nr 6, jak miało to miejsce w potyczkach z Clippers i Thunder. Dopiero Timberwolves okazali się dla nich łaskawi, bo dali się pokonać w 5 grach. Teoretycznie to tylko 3 spotkania w nogach mniej, ale po drodze zdążył się kontuzjować chociażby Dereck Lively, który od tego czasu nie jest już aż tak dobry.

Teraz wiadomo już, że koniec zbliża się wielkimi krokami. Chociaż opinie ekspertów w kwestii ostatecznego zwycięzcy były podzielone, Celtics są zaledwie o krok od sięgnięcia po rekordowy, 18. pierścień mistrzowski. W dalszym ciągu dominują i nawet świetne występy Luki Doncicia (31 PPG, 6 APG, 10.5 RPG) oraz słabsza dyspozycja Jaysona Tatuma (17 PPG, 8.5 APG, 10 RPG) nie są w stanie ich powstrzymać. Przynajmniej na razie. Przed własną publicznością Dallas będzie walczyć o przedłużenie nadziei na cud, ale jeden fałszywy ruch będzie oznaczał kres jakichkolwiek marzeń.

Wielki nieobecny

Być może Jayson Tatum bardziej dostałby po uszach, gdyby nie to, że najbardziej rozczarowuje Kyrie Irving. To zaskakujące, zwłaszcza, że mowa o graczu, który ma już na koncie tytuł mistrzowski. W dodatku wywalczony w niesamowitych okolicznościach. Cavaliers, czyli pierwsza drużyna rozgrywającego, wrócili w 2016 roku ze stanu 1-3, by pogrążyć rekordowych (73-9 w sezonie regularnym) Golden State Warriors. Obecnie sytuacja wygląda bardzo podobnie, bo odwrócenie losów Finałów przez Mavericks także trzeba będzie traktować w kategorii cudu.

Na pewno nie uda się to, jeśli Irving zaprezentuje poziom podobny do tego z pierwszych spotkań. Zdobył w nich łącznie 28 punktów, zaliczył 8 asyst i zebrał z tablicy 5 piłek. To zdecydowanie za mało, by zrobić różnicę przeciwko jednej z najlepiej zbalansowanych drużyn w ostatnich latach. Dość powiedzieć, że z wyjściowej piątki Celtics tylko Al Horford na koniec jednego ze spotkań miał na koncie mniej niż 10 oczek. Do przeciwstawienia się tej hydrze Luka potrzebuje wsparcia swojej 2. opcji, bo trudno oczekiwać, że zmieni się nagle w Wilta Chamberlaina.

Kyrie ma ogromne problemy z defensywą Bostonu. Jego skuteczność rzutów z gry wynosi zaledwie 35%, a jeśli chodzi o próby dystansowe, jest to 0% przy 4 marnych próbach. Widać wyraźnie, że to na nim skupia się większość fenomenalnych obronnych wysiłków Celtics. Jakby tego było mało, dawny partner LeBrona Jamesa ma 2. najgorszy wynik w drużynie pod względem statystyki +/-. Z nim na parkiecie Dallas są gorsi od swoich rywali aż o 11 punktów. Irving musi się obudzić, by przynajmniej odroczyć nieuchronny koniec.

Siła kolektywu

W normalnych okolicznościach Mavs mogliby liczyć na wsparcie Daniela Gafforda, PJ Washingtona czy Derecka Lively, ale ich zadaniowcy również wydają się nieco zagubieni. Koniczynki nie mają takiego problemu. Silna pierwsza piątka to tylko jedna z przyczyn. Do tego dochodzą też świetne występy graczy dalszego planu. Wśród Celtów na minusie są tylko ci, którzy zagrali parę minut w rozstrzygniętym szybko meczu nr 1. Reszta rosteru jest wyraźnie na plus, co udowadnia siłę kolektywu, jakim stał się Boston.

Najlepszym obrazem tego stanu rzeczy jest to, że głównymi kandydatami do miana MVP Finałów stali się Jaylen Brown i Jrue Holiday. Zwłaszcza drugi z tych graczy imponuje swoją formą. Robi to, co do niego należy. Przewodzi drużynie w statystyce +/- i jest na 2. miejscu pod względem zdobywanych punktów (19 na mecz). Dallas natomiast nie posiadają w składzie nikogo, kto byłby równie dobry w ataku i obronie. Jeśli dodać do tego równe występy Derricka White’a i Kristapsa Porzingisa, wynik rywalizacji zupełnie nie dziwi.

Nie oznacza to, że jej koniec jest już doskonale znany. W dalszym ciągu może okazać się, że w pewnym momencie przyda się wystrzał punktowy Jaysona Tatuma albo odciążenie łotewskiego skrzydłowego, który gra z kontuzją. Trudno jednak spodziewać się, by i z tym Boston miał poważne problemy. Tam każdy zna swoją rolę i jest gotowy na poświęcenie. Póki co nie widać pęknięć na tej układance, co może lekko niepokoić fanów ekipy z Teksasu.

Koniec żelaznej zasady?

Chociaż tegoroczne Finały przebiegają planowo, wciąż mogą się wydarzyć historyczne rzeczy. Ostatni (i jedyny) raz, kiedy MVP Finałów został gracz przegranej drużyny, miał miejsce w 1969 roku. Wtedy dokonał tego Jerry West, mimo porażki Lakers z… Bostonem. Teraz sytuacja może się powtórzyć, bo zdecydowanie najlepiej na parkiecie prezentuje się Luka Doncić. Słoweniec jako jedyny pozwala jeszcze fanom Mavs wierzyć w szczęśliwy koniec bieżącej kampanii.

Zazwyczaj nie ma w tej kwestii wątpliwości. Co prawda dochodziło do niespodzianek, jak chociażby wyróżnienie Andre Iguodali w 2015, ale były to zaskoczenia w obrębie członków mistrzowskich ekip. W końcu całkiem logicznym jest założenie, że najlepsi nie przegrywają. Najbliżej przełamania tej żelaznej zasady był prawdopodobnie LeBron w 2018. Wtedy jednak jego 34 punkty, 10 asyst oraz 8.5 zbiórek na mecz nie wystarczyło, a ze statuetki cieszył się Kevin Durant (28.8/7.5/10.8). Czy tym razem będzie inaczej?

Na pewno na korzyść Słoweńca zadziała ewentualne wydłużenie serii. Szybki koniec oznaczałby, że nabijał puste statystyki, ale przy 6/7 meczach aura wokół niego tylko by rosła. Jego dwa bardzo dobre występy przyniosły, póki co, niewiele pożytku dla drużyny. Inna sprawa, że sam zespół też nie dojeżdżał. Przy ewentualnej wygranej w Game 3 wszystko może się nieco odmienić. Z wydłużenia Finałów może jeszcze wyniknąć sporo ciekawych historii. Wystarczy (łatwo powiedzieć!), że Dallas odniosą zwycięstwo u siebie, by wreszcie zaczęło się coś dziać.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

dwadzieścia + siedem =