Wywiad z Martyną Rogalewską

Martyna Rogalewska wywiad

fot. archiwum prywatne Martyny Rogalewskiej

Martyna Rogalewska – studentka Dziennikarstwa i komunikacji społecznej na Uniwersytecie Gdańskim, miłośniczka teatru, laureatka konkursu Młoda Krytyka za recenzję teatralną. W rozmowie opowiedziała nam więcej o Ogólnopolskim Festiwalu Teatralnym, swojej pasji związanej z recenzowaniem oraz innych zainteresowaniach i ciekawych spostrzeżeniach.

Gratulacje zajęcia 1. miejsca w konkursie Młoda Krytyka na Ogólnopolskim Festiwalu Teatralnym. Czy mogłabyś naszym czytelnikom w skrócie przybliżyć swoją recenzję spektaklu Czarownice, za którą to otrzymałaś nagrodę?

Czarownice otworzyły mi nową szufladkę w głowie i uświadomiły, że bajki wcale się nie myliły. Czarownice istniały naprawdę, a na dodatek powiem coś może dla niektórych kontrowersyjnego – istnieją i współcześnie, czego przykładem jest właśnie ten spektakl. Oczywiście nie są to panie z wielkimi kapeluszami na głowie albo z dużym, krzywym nosem. Wyglądają one całkiem zwyczajnie – mogą być bezdzietne, mogą mieć masę tatuaży i kolczyków, mogą mieć marzenia, by zasiąść na wysokim stanowisku w pracy… Przykłady można mnożyć i mnożyć. Chodzi tu o kobiety, które chcą sprzeciwić się tradycyjnemu modelowi kobiecości i postawić na siebie, na swoje ambicje, marzenia, uczucia. Za to niestety jednak w XXI wieku wciąż znajdą się i tacy, co posądziliby je o czary i najchętniej spaliliby je na stosie za tzw. wychylanie się. Na szczęście takich czarownic jest w naszym świecie już coraz więcej i o tym jest właśnie moja recenzja.

Spektakl ten porusza tematykę tego, w jaki sposób mówi się dzisiaj o kobiecości. Jak według Ciebie współcześnie powinno się mówić na ten temat w kulturze?

Uważam, że MÓWIĆ, jest tu dobrym słowem. Nie przestawać tego robić, komunikować światu. Mimo XXI wieku – w czasach, gdzie każdy wyobrażał sobie, że będziemy mieć latające samochody, mamy wciąż problemy z taką niby banalną rzeczą, której powinniśmy nauczyć się już w przedszkolu, czyli z tolerancją i szacunkiem do drugiego człowieka. Feminizm i jego fale zrobiły ogromną rewolucję. Dzięki tym wszystkim odważnym kobietom mogłam tak właściwie iść sama do teatru, napisać recenzję i opublikować ją. Nie zrobiłabym  tego na przykład za czasów naszych narodowych wieszczów, a przecież nie było to dawno temu. Trzeba uświadamiać społeczeństwo, że każdy powinien żyć wedle swoich marzeń. Obojętnie z jaką płcią się identyfikujemy, jaki mamy kolor skóry, czy jakiej orientacji jesteśmy. Mamy prawo do wolności. Dlatego według mnie współczesna kultura powinna mówić, a tak właściwie głośno krzyczeć, by wreszcie do każdego dotarły te słowa: BĄDŹCIE SOBĄ. ŻYJCIE ZE SOBĄ W ZGODZIE, ale i NIE ZABIERAJCIE INNYM WOLNOŚCI.

Festiwal ten odbył się w Twoim rodzinnym mieście – Gdyni. Miał on bardzo interesującą formułę jeśli chodzi o miejsca, w których odbywały się pokazy. Jak wyglądało przedstawianie festiwalowych spektakli w praktyce?

Festiwal Pociąg do Miasta organizowany przez Teatr Gdynia Główna ma bardzo nietuzinkową formułę. Zaproszone grupy z całej Polski wychodzą z konwencjonalnej przestrzeni, jaką jest budynek teatralny i przenoszą się w nietypowe miejsca, o innym przeznaczeniu niż kultura. Mój faworyt to hala targowa w Gdyni, gdzie przecież setki ludzi codziennie robi zakupy. Kto by pomyślał, że wieczorem przemieni się ona w teatr. W tym roku spektakle odbyły się również w Uchu (w klubie muzycznym), w amfiteatrze Zespołu Szkolno-Przedszkolnego, na polanie harcerskiej, w pobliżu plaży na Babich Dołach. Teatr wręcz wyszedł na ulicę, do ludzi i otworzył się na wszystkich. Na tych, co już kilka tygodni wcześniej zaplanowali, że przyjdą i obejrzą spektakl, ale i na tych, co trafili tam całkiem przypadkowo, wracając z zakupów czy ze spaceru. Coś niesamowitego. Na pewno warto wybrać się za rok, by doświadczyć tego na własnej skórze.

Skąd wzięło się u Ciebie zamiłowanie teatrem? 

Chyba nie mam takiego jednego przełomowego momentu. To po prostu przyszło, dość naturalnie. Gdy byłam młodsza, często chodziłam do Teatru Miejskiego w Gdyni na ich sztuki. Było to dla mnie coś innego niż kino, które jako dziecko nieustannie odwiedzałam. W teatrze wszystko dzieje się na żywo i to my jesteśmy jak gdyby kamerą, która wybiera sobie punkt, na którym właśnie się skupiamy. Jeżeli interesuje nas stolik przy ścianie bądź postać trzecioplanowa, która cały spektakl siedzi w ciszy na krześle, to możemy patrzeć na niego przez cały spektakl i śledzić jego losy. Nasze oczy mogą podążać w każdym kierunku, jaki sobie wymarzymy. Wszystko wydaje się tu takie rzeczywiste, nawet Konrad ze swoją Wielką Improwizacją. Gdy zaczęłam studiować filologię polską, otworzyła mnie ona jeszcze bardziej na ten świat. Wiedza, którą tam zdobyłam, pozwoliła mi patrzeć na niektóre wątki z innej perspektywy, dość nieoczywistej. I tak spektakl za spektaklem. Po prostu się zakochałam.

Czy wiążesz swoją przyszłość z teatrem? I czy planujesz w przyszłości ponownie brać udział w tego typu konkursach?

Los lubi płatać figle. Kocham teatr, ale nie wiem, jak potoczy się moje życie. Zawsze mam na siebie milion planów. Kiedyś myślałam nad zostaniem naukowczynią, fryzjerką, architektką. Jednak teraz chciałabym pracować w instytucjach kultury, w tym w teatrze, ale i mieć swoje miejsce gdzieś w tym dziennikarskim świecie. Może da się to połączyć? Na pewno planuję w przyszłości brać udział w takich konkursach. Ćwiczę w ten sposób pisarstwo, a na dodatek dostaję odpowiedź zwrotną czy moje recenzje trafiły do czyjegoś serca, czy nie. Jest to dla mnie bardzo ważne. Chciałabym usłyszeć od ludzi: Jakiś czas temu przeczytałam twoją recenzję i dzięki tobie wybrałam się na ten spektakl– tak jak słyszę to od mojej przyjaciółki. Ale i otwarta jestem na polemikę, że ktoś nie zgadza się z tym, co napisałam. Dyskusje otwierają nam nowe szufladki w głowie.

Aktualnie studiujesz Dziennikarstwo i komunikację społeczną, natomiast na pierwszy stopień studiów wybrałaś Filologię polską. Jaki kierunek jest bliżej Twojego serca i dlaczego? 

O dziennikarstwie myślałam już w podstawówce. Mama zawsze motywowała mnie w pisarstwie. Powtarzała mi nieustannie, że umiem to robić i mam się nie poddawać, dlatego chciałam iść właśnie w tę stronę. Dodatkowo w szkole na wróżbach andrzejkowych zawsze wychodziło mi, że moim przyszłym zawodem będzie właśnie dziennikarstwo – oczywiście mówię to, śmiejąc się. Jednak nie wybrałam tego kierunku na licencjacie. Stwierdziłam, że najpierw chciałabym poznać naszą kulturę od podstaw. Akurat na filologii była specjalizacja publicystyczno-dziennikarska i odnalazłam się tam wspaniale. Aż do tego stopnia, że gdy dostałam wyniki na magisterkę, to nie wiedziałam, co zrobić. Filologia polska czy Dziennikarstwo? Finalnie jednak zaufałam moim wieloletnim marzeniom. Filologia jest mi bardzo bliska. Mam do niej sentyment, tęsknię za moimi przyjaciółmi, wykładowcami. Dzięki znajomym, którzy tam pozostali, jestem wciąż na bieżąco z różnymi ciekawymi historiami – śmieję się. Tak więc chyba oba kierunki skradły moje serce, ale zobaczymy, co powiem po skończeniu magisterki z Dziennikarstwa. Na ten moment zapowiada się dobrze.

Jako członkini naszej redakcji dzielisz się z czytelnikami recenzjami spektakli teatralnych o różnej tematyce m.in. spektakl Cafe Luna czy Kopenhaga. Czy pisanie recenzji teatralnych należy do Twoich głównych zainteresowań? Może jest inna tematyka niż teatr, na temat której lubisz pisać?

Ogólnopolski Festiwal Teatralny w Gdyni

fot. archiwum prywatne Martyny Rogalewskiej

Pisanie recenzji teatralnych to właśnie to, co chciałabym na pewno w przyszłości robić. Bardzo interesuje mnie ta forma wyrazu. Dzięki niej nie kończę przygody z danym tytułem zaraz po przekroczeniu drzwi wyjściowych, a dopiero wtedy, gdy postawię ostatnią kropkę w recenzji teatralnej. Mogę więc przez kilka następnych dni przeżywać to, co zobaczyłam, usłyszałam, siedząc nad tekstem i to sprawia mi ogromną radość. Co do rzeczy, o których lubię pisać, oprócz teatru interesuję się również literaturą faktu. Lubię poznawać historie innych ludzi, historie miejsca, w którym mieszkam. Niesamowitym jest dla mnie WIEDZIEĆ o otaczającym świecie. Szczególnie gdy ma się tak wspaniałą babcię, jak moja, która nieustannie opowiada mi o powojennych czasach, życiu w PRL-u, życiu stoczniowców, historii dzielnicy. Ostatnio nawet przeglądałyśmy razem album rodzinny, czyli kawał historii, o której my młodzi czytamy już w podręcznikach od historii. Chciałabym więc zajmować się również i tym – pokazywaniem innym rzeczywistości. W tym zabieganym świecie niestety niewielu z nas ma czas bądź chęci samemu zagłębić się w naszą rzeczywistość, dlatego są potrzebni ludzie, którzy zrobią to dla nich. Chciałabym być takim człowiekiem.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *