Anomaladie: Pakuj diugońki i fora do wora

         Nim się obejrzała, Gotka znów stała na zalesionych obrzeżasz Żywca. Poranek był tak młody że słońce nie wyściubiło jeszcze nosa zza pobliskich sosen. Nie czuła już chorobliwie rześkiego jurajskiego powietrza, a zapach drzew, węgla i przede wszystkim domu.

         Nie żeby miała jakiś większy sentyment do tej wiochy – po prostu ucieszył ją fakt że skurczysyn pokroju Conectora przeteleportował ją wprost pod drzwi swej posiadłości. Małego kanciastego domku o pożółkłych ścianach i płytkach dachowych w kolorze rdzy. Na pierwszy rzut oka, nie różnił się absolutnie niczym od innych wsiowych domków z okolicy.

         Gotka zbliżyła się do sporych, lekko już zbutwiałych drzwi, po czym przyłożyła do nich swą dłoń. Te zaczęły momentalnie trzeszczeć, a mosiężna klamka bieleć jakby z gorąca. 

         – A gdzież to się szlajałaś tak do późna? – wychrypiała nagle dziadzim głosem. Brzmiała tak, jakby trzymała w gardle jeża. – Czy może raczej powinienem powiedzieć do wrześna… Oj nie będzie Danutka zadowolona gdy panienkę przyłapie.

         – Otworzysz te cholerne drzwi Dziwomił? – zapytał wyraźnie sfrustrowana – Czy mam kazać przetopić cię na spłuczkę od kibla?

         – Chciałem tylko panienkę ostrzec – rzekł zaklęty w klamce chowaniec, otwierając drzwi na oścież. – W końcu taka moja rola. 

         – Do luftu taka rola, jeśli w tym samym czasie na mnie kapujesz! 

         – Ja jestem uczciwy demon Polski Ludowej. Jak już mam coś wam ludkom dawać, to po równo. 

         – Po gówno – mruknęła dziewczyna przechodząc przez próg wprost do ogromnej sali przedpokojowej. Ciemne dębowe ściany były co najmniej dwa razy wyższe niż na zewnątrz. Usłane porożem, wypchanymi zwierzętami i kilkoma olejnymi obrazami, przywodziły na myśl iście arystokratyczny wystrój. Nie można go było również odmówić krętym schodom prowadzącym na pięterko. 

         Gdy tylko Gotka zdjęła buty i założyła wilkołacze kapcie, ruszyła właśnie tam. Rozglądała się na wszystkie strony za Danutą, lecz na jej szczęście ta pewnie jak zawsze polerowała szable przodków do bladego świtu. Jedynym co mogło wskazywać na coś innego był podejrzany brak przebojów Ewy Farnej dudniących z garażu, ale wolała założyć że w końcu nauczyła się korzystać ze słuchawek.

         Tak czy inaczej, nie musiała się obawiać że pierzasta słuszka ją przyłapie. Choć nie dom wyglądał jak z przed dwóch stuleci, krocząc poprzez jego długie korytarze nie usłyszała ani skrzypnięcia. Prędko dotarła więc do swego pokoju, gdzie to w końcu mogła rzucić się na potężne, okryte bordowym baldachimem łoże i głośno westchnąć z ulgą. 

         – Ja pierdziele… – mruknęła sama do siebie rzucając surowe spojrzenie wiszącemu koło toaletki krucyfiksowi. – Że też w twoim świecie istnieją takie pokraki. Przyznaj się, tego to już na pewno stworzyłeś po pijaku, co?

         Jak mocno nie chciała wyżalić się Bogu, wspomniana pokraka nie dała jej dużo czasu. Wstała więc ze sfrustrowanym sapnięciem, zeskoczyła z wielkiego jak ściana materaca i ruszyła ku jeszcze większej szafie. Gdy ją otworzyła, oczom jej ukazał się istny mur półek i wieszaków pełnych ubrań na wszelkie istniejące okazje. Nawet na te, które swego czasu wymyśliła sobie sama.

         – Nie dziś, moje wierne sługi… – Zerknęła smutno zwartą i gotową armię ciemnych i jeszcze ciemniejszych strojów. Wysunęła zamontowaną w szafie schodki i zaczęła się po nich wspinać. – Skubaniec wiedział jak odebrać mi resztki frajdy, ot co! “Tam dokąd zmierzacie, nie potrzeba ubrań”, nosz co to ma kurde znaczyć? 

         Dziś, dla odmiany, wspięła się aż na zachodni szczyt szafy. To właśnie tam trzymała bowiem wszystkie torby, plecaki i sprzęt podróżny. 

         – A miałam się za taką zabawną… – prychnęła sapiąc zmęczona wspinaczką. – “By odbyć podróż należy odbyć podróż”, nie tak młodsza wersjo mnie?

         Zebrawszy wszystko co niezbędne na tę bliżej nieokreśloną wyprawę, rozpoczęła żmudny proces chodzenia z całym sprzętem na plecach. Każdy kto sądził że schodzenie ze schodów jest łatwiejsze niż wchodzenie, najwyraźniej kija wiedział o życiu.  

         – Pewnie myślałaś głupia że Danuta ci po nie wleci. Ty mała rozpieszczona…

         Ledwie zeszła na ostatni ze stopni, usłyszała czyjeś kroki. Momentalnie rzuciła się na karmazynowy dywan razem ze swymi torbami. Przykryła się bezładnie śpiworem, robiąc co w swej mocy by uspokoić oddech.

         – Haaaapsiuuuuu… – Zatrzasnęła oczy udając że śpi. – Haaaapsiuuuu…

         Trzepot harpich skrzydeł nie sięgnął jednak jej uszu. Podobnie w przypadku szponów podnoszących ją z podłogi oraz skrzekliwego głosu opierniczającego ją za próbę ucieczki. Zamiast tego, poczuła maleńką drewnianą kuleczkę szturchającą ją w ramię. Świadoma że z pewnością nie jest to ostry jak brzytwa szpon Danuty, uchyliła powieki. 

         – Hanosik, cholero, ale żeś mnie wystraszył… – Podniosła się z podłogi i na wszelki wypadek rozejrzała naokoło. – Ja tobie w końcu kupię taki dzwonek dla kota. Nie ma mowy żeby ktoś taki jak ja zszedł na zawał bo zaskoczył go taki malec.

         Drewniana laleczka nie sięgająca dziewczynie do połowy łydki, założyła kulkowate dłonie na biodrach. Jak zawsze próbowała rzucić jej spojrzenie dezaprobaty, lecz brak twarzy nieco jej to utrudniał. 

         – Oj już nie bądź taki – Gotka wzięła Hanosika do ręki i usadziła na łóżku. – Nie będę cię już męczyć malowaniem buziek szminką, ale w takiej złotej ozdobie byłoby ci całkiem do… 

         Laleczka nadstawiła ucha. Mimo że tego również nie miała. 

         – Dobra, nie ważne – rzuciła pakując śpiwór do wielkiej skórzanej torby. – Chcesz mi pomóc z pakowaniem? W razie co nie musisz się martwić że uciekam. Po prostu muszę… Znaczy… Wyjeżdżam na trochę. 

          Laleczka postukała w swój drewniany nadgarstek, niby pytała o godzinę. 

         – Nie wiem na jak długo – wyznała dziewczyna zbliżywszy się do toaletki. Chwyciła za pudełeczko z podkładem. Ten z łupieżu gargulca albinosa. – Ale możesz mieć pewność że ta ślicznotka nie leci ze mną. 

         Laleczka rozstawiła szeroko ręce, po czym zaczęła nimi krążyć i podskakiwać.  

         – Oj chciałabym żeby to był samolot – Gotka uśmiechnęła się, pakując resztę kosmetyków do mniejszej torebki, choć czuła że te również nie zaznają zaszczytu spoczęcia na jej nieprzeciętnym obliczu. – Gwoli ścisłości, nadal mam lęk wysokości. Ha! Ale mi się zrymowało! Może jednak powinnam iść w tą muzykę? No, ale wracając do tego dziada, to teleporter, z tym że… 

         Nim zdołała dokończyć ujrzała jak Hanosik zaczyna zrobić tańcować na jej łóżku i robić fikołki. Przez chwilę miała wrażenie jakby próbował wsadzić sobie palce do ust by zawiwatować donośnym gwizdem. Aż żal jej było przerywać mu tę uciechę. Niemniej, od dziecka wpajano jej że tym co zawsze zwycięża jest zło. W tym wypadku, przybrało ono postać nienawiści względem siwego łysola który wpakował ją w to gęste szambo.

         – Nie jest czarnoksiężnikiem Hanosiku – wyznała równie przygnębiona, co laleczka rozczarowana. – To jakiś szajbus, chyba obłąkany bóg czy inne kosmiczne gówno. Sama nie wiem. Też ma nieruchomą mordę, ale niestety ta mu się nie zamyka. Generalnie straszny z niego buc i nie mogę mu odmówić bo najpewniej podpali nasz dom. A potem zorientuje się że jest ognioodporny i otworzy nad nim portal z wodospadem wody święconej czy coś w tym stylu. Chce mnie wysłać w przeszłość żebym łapała dla niego jakieś tam animalia… 

         Laleczka przybrała pozycję niby trzymała w rękach strzelbę. 

         – Wiem wiem, w kłusownictwie jestem niezła – Gotka otworzyła szufladę ze sztyletami. Nie potrafiła się zdecydować między Sztyletem Samozapłonu, a klasycznym ofiarnym z komunii. Takim z błyszczącą złotą czachą. – Ale wątpię że to będzie jak nasz wypad na Islandię. Skubaniec chce mnie posłać do poprzedniej epoki, jak nie dalej. No i coś mi się wydaje że gdyby chodziło mu o odstrzał pospolitych trolli po prostu zatrudniłby…

         Chwyciwszy za klasyczny sztylet ofiarny z czachą, znów spojrzała na lalkę. Tej jednak nie było na jej łóżku. Już chciała podejść bliżej by sprawdzić czy znów nie utknęła między poduszkami, gdy wpadła nogą na coś ciężkiego. Była to książka. Cholernie gruba, cholerniej zakurzona i najcholerniej stara. Oprawiona w czarną skórę z rozpaloną siedmioramienną gwiazdą na okładce. Gotka miała wrażenie jakby z każdej kartki kipiła demoniczna moc zdolna splugawić tę planetę po najcieńsze źdźbła trawy. 

         Hanosik stał tuż koło niej, wskazując na nią obiema rękoma niby z niego, na ten przykład, kipiła wyłącznie duma. 

         – Skąd ty ją… – Dziewczyna ponownie zerknęła na lalkę. Dopiero teraz spostrzegła że brakowało jej jednej prawej nogi. Ledwo otwarła usta, a ta zaczęła ku niej podskakiwać dopóki nie klapnęła na jej kozaczku i nie zaczęła jej przytulać. 

         Nie wiedziała co powiedzieć. Z jednej strony doskonale wiedziała co kryje się w tej wielkiej księdze, ale z drugiej nie sądziła że jeszcze ją kiedyś zobaczy. A o tym że w ogóle kiedyś jej użyje, to nawet nie śmiała śnić. 

         – To miłe Hanosiku, ale ja… Nawet ja nie jestem godna jego mocy – Poklepała malca po drewnianych pleckach. – Gdybym ją zgubiła, albo jakimś cudem zniszczyła, dziadek nigdy by mi…

         Laleczka chwyciła za jeden z palców Gotki i uniosła go wysoko do góry. 

         – Nie będę tam sama – tłumaczyła lekko roztrzęsiona, co jakiś czas zerkając na iskierki bijące z potężnej literki “R”. – Teleportant półgłówek znalazł jeszcze dwóch takich przychlastów. Jakiś niezrównoważony Afrykańczyk i taki Chińczyk kurdupel… – Gotka zassała powietrze przez zaciśnięte zęby, a jej oczy szeroko się rozwarły. – Chociaż wiesz co? Po namyśle chyba jednak jestem godna tej mocy. 

         Ostrożnie chwyciła za książkę i podniosła ją z podłogi. Była o wiele lżejsza niż jej się wydawało. Albo to, albo poprzez sam dotyk przepełniła ją potęgą zdolną burzyć miasta mrugnięciem oka. Nic dziwnego że nawet Hanosik potrafił wykonywać te swoje akrobacje z tym klocem pod postacią nogi. 

         – To może zamiast kociego dzwonka poproszę Danutę żeby zrobiła się nowy kulasek? – zapytała Gotka pochyliwszy się do lalki. – W przeciwnym razie kiedy już wrócę jedyne co dla mnie zatańczysz to kankan. 

         Malec złapał się za brzuszek i zaczął wyginać się do tyłu na znak że dowcip dziewczyny rozbawił go do rozpuku. 

         – Właściwie – ciągnęła Gotka, wyraźnie się nad czymś głowiąc – Za pomyślne wykonanie tej misji mamy otrzymać nagrodę. Tamten dziadu mówił że to może być wszystko co tam sobie zamarzymy. Generalnie zabrzmiało mi to jak ściema żeby zamydlić oczy tamtym dwóm ciemniakom, ale jeśli jakimś cudem mówił prawdę… 

         Wszelkie symulowane śmiechy momentalnie ustały. Laleczka uniosła lekko głowę by spojrzeć prosto w twarz dziewczyny. Choć nie miała oczu, widziała jak drgają jej usta. Choć nie miała uszu, słyszała jej ciężki oddech. Wiedziała że nie ma wyjścia, i nie zamierzała kwestionować jej decyzji. A z resztą co mogła zrobić? Nawet gdyby wciąż była małym zaślinionym berbeciem ledwo zdołałaby ją przed czymkolwiek powstrzymać. Pozostało zatem dalej patrzeć, słuchać i łudzić się że akurat ta decyzja nie należy do jakże obszernej kategorii głupich. 

         – Znowu będziesz kompletny – Gotka pociągnęła nosem. Mocno zacisnęła palce na książce i spojrzała prosto na wgapioną w nią główkę Hanosika. – To tłumok nad tłumokami, ale na teleportacji to naprawdę zna się jak nikt. Co najmniej cztery razy sprawdzałam czy nie ma w gębie wampirzych kłów, a tam gładziutko! No i ta cała podróż w czasie, też jest ciekawa. Na własne oczy widziałam jak po prostu przywołał smoczą włócznię z Alfheim…

         Gotka wzięła głębszy oddech, po czym wyciągnęła swój kieszonkowy zegarek na złotym łańcuszku. Otworzyła go i dotknęła szkarłatnego pentagramu pulsującego na jej piersi. Choć na codzień kusiło ją niekiedy by smażyć sobie nad nim kiełbaski, teraz miała wrażenie jakby kompletnie wygasł. Wszystko przez to nieszczęsne zdjęcie tuż nad antycznymi wskazówkami. Ten denerwująco szczęśliwy staruszek w wiedźmowym kapeluszu, którego nie ma bata że wygrał we flankach w jarocinie. I jeszcze te umalowane oczy, kompletnie nie pasujące do faceta w jego wieku. Ale cholera tak równo robił sobie kreski że mogłaby przysiąc że stoi za tym jakaś czarniejsza magia. O lekko krzywym uśmiechu wolała nawet nie zaczynać myśleć. Nie była pewna ile zostało jej czasu, a po takiej ilości łez zdecydowanie musiałaby się przebrać. 

         – Mamy po co trwać, moja wierna prawa ręko! – oznajmiła donośnie, ignorując przeszklone ślepia. Uniosła księgę wysoko ponad głowę. – Z tą bronią pod moją kontrolą, czasoprzestrzeń nie zdoła zesłać na mnie wyzwania któremu bym nie sprostała!

         Laleczka zaczęła dynamicznie prężyć drewniane muskuły. Dziewczyna aż wyszczerzyła zęby. 

         – Ty, Hanosiku zwany Rozgramiaczem, staniesz na straży naszej siedziby zła. Ja natenczas, osobiście udam się w podróż by odnaleźć ostatni zalążek niezbędny do spełnienia naszej świętej misji. I wyjdę z niej jako triumfatorka! Albo nie nazywam się Mag…

         – A może ja popilnuję domu zamiast rozgramiacza, hmmm? – wtrąciła się Danuta, harpia o czarno brązowych piórach opierająca się o drzwi pokoju. Jej ptasie oczy o szkarłatnych źrenicach umieszczone w smukłej twarzy o lekkich zmarszczkach, spoglądały bezpośrednio na Gotkę. – Nie chce nic mówić, ale to ja odkurzam siedzibę zła od kiedy się tu panienka wprowadziła. A jak już o rzeczach niezbędnych zechciała panienka wspomnieć, mam nadzieje że zna panienka wartość zdrowotną wartość zdrowej ilości snu? Niezależnie od upodobań, jest panienka człowiekiem a tym samym stworzeniem dnia co oznacza…

         W tej właśnie chwili Gotka przestała słuchać. Nie zamierzała słuchać normickich oszczerstw. Przypomniała sobie o haśle, które podał jej Conector. O frazie, która po wypowiedzeniu miała sprowadzić ją z powrotem do tamtej nieszczęsnej chatki z czasów dinozaurów. Szkoda tylko że pamięć o tym że jakieś hasło było, nie oznaczało że wie jak brzmiało. Bo wiadomo że głupio, ale to chyba oczywiste. 

         Spojrzała zatem to na swą torbę, to na paplającą o zdrowym trybie życia służkę, to na Hanosika. Temu ostatniemu rzuciła względnie subtelne porozumiewawcze spojrzenie. Ten odwzajemnił je najlepiej jak potrafił. 

         – A jak już mowa o zdrowiu… – Danuta ciągnęła swój wywód stukając szponami o framugę drzwi. – Kiedy ostatnio panienka ćwiczyła? Znam wartość potęgi umysłowej oraz wiedzy czerpanej z pradawnych ksiąg, ale nie bez powodu ma panienka co najmniej pięć par butów do każdej znanej dyscypliny…

         – Danutko? – przerwała jej Gotka pozorując uprzejmy głosik. – Bo tak generalnie to ja nie lubię biegać za piłką po boisku… A właściwie to biegać w ogóle. Ale jest jedna dyscyplina która wydaje się całkiem fajna.

         – To wspaniałe wieści, panienko – Starsza harpia uśmiechnęła się i klasnęła w dłonie. – Dopóki zachęci to panienkę do częstszego ruchu fizycznego, mogą to być i choćby tureckie zapasy w oliwie. Czy mam rozpalić na nią kocioł czy też pomyliłam się co do wybranej przez panienkę dyscypliny?

         Dziewczyna chwyciła Hanosika w dłoń i pogładziła po plecach. 

         – Ależ skąd – zaśmiałą się sztucznie. – Chodziło mi o rzut młotem.

         – Rzut młotem! – zdziwiła się Danuta, choć wyraźnie nie traciła entuzjazmu. – Jeszcze lepiej! Świetne na koordynacje i mięśnie ramion. Jeśli panienka pozwoli jeszcze dziś osobiście wykuję panience…

         – Nie zechce! – krzyknęła Gotka rzucając w służkę laleczką. Ta zaczęła okładać ją kuleczkowatymi piąstkami i wić się po jej pierzastym ciele.

         Do boju Rozgramiaczu – pomyślała dziewczyna rzucając się do swej torby. Jednym szybkim ruchem wepchnęła do niej księgę “R”, po czym wystrzeliła mackami w drzwi do pokoju. Te błyskawicznie zatrzasnęły się odpychając Danutę próbującą zrzucić z siebie Hanosika. 

         – Kikimora! Do mnie! – rozkazała stanowczo, a pentagram na jej klacie rozpalił się na nowo. Momentalnie wypełzła z niej zgarbiona kreatura o lisich uszach i długim spiczastym pysku. Gotka natychmiast ją za niego złapała. – Masz pilnować pokoju, moich skarbów, a przede wszystkim mojego Rozgramiacza. 

         – Panienka nie jest za młoda na takie… – zabulgotał pytająco demon. 

         – Hanosika, zbereźniczko! – wrzasnęła Gotka wyraźnie zaczerwieniona. – Każdemu ciulowi co wstąpi do mojej komnaty masz przefiltrować łepetyne jak małże Wisłe, jasne? 

         – Jak słońce, panien…

         – Moja pani!

         – Moja pani – Kikimora dygnęła nisko w arystokratycznym stylu. Gotka puściła jej pysk, a ta od razu wspięła się na sufit. 

         Świadoma że nie zostało jej wiele czasu nim wysportowana harpia pokona laleczkę nie większą od bobra, zacisnęła palce na uszach torby i skupiła całą potęgę swego intelektu na jednej tylko kwestii – treści tego cholernego hasła Conectora.

          – Ej, Kiki! – krzyknęła ku sufitowi. – Poszperaj mi w mózgu za treścią tego cholernego hasła Conectora!

         – Wedle życzenia! – odparł demon, a jego oczy zaświeciły się na żółto. – To będzie… “Przybądź Connectorze i zamknij mnie w worze!”

         – Serio?

         – No tak ma panien… Jaśnie pani na korze wypisane. Jak Boga nie kocham. 

         – Mhmmm… Super. – Gotka powoli zsunęła dłoń na twarz po czym głośno westchnęła. – No to… Przybądź Connectorze i zamknij mnie w worze? 

         Na wszelki wypadek zamknęła oczy, lecz ku jej zdziwieniu nic się nie wydarzyło. Wredny dziad nie otworzył żadnego portalu ani nie pojawił się znikąd jak miał w zwyczaju. 

         – Bo tam nie było żadnego “proszę” na końcu, nie? – dopytała Kikimorę.

         – Ależ skąd. Ale może chodzi tu o entuzjazm? Kiedy on to mówił, brzmiał jakby conajmniej coś go w mosznę łaskotało. A jaśnie pani to co najmniej jakby ktoś…

         – Entuzjazm ta? – prychnęła Gotka słysząc odgłosy szamotaniny z korytarza. Hanosik wyraźnie łatwo się nie poddawał. – Jak tak chce sobie pogrywać…

         Wszelkie mięśnie twarzy skupiły się na uśmiechu. Oczy rozwarły się niebezpiecznie szeroko. Niebotyczny wysiłek fizyczny zmusił ją do przybrania podniosłej pozy rodem z finalnego aktu musicalowego. 

         – Przybądź Conectorze i zamknij mnie w worze! – wykrzyczała równie podniosłym tonem z wyciągniętą do góry pięścią. 

         Wtem straciła grunt pod nogami. Przez ułamek sekundy miała wrażenie jakby zapadła się pod nią podłoga, lecz to nie było możliwe. Pod jej pokojem znajdowała się bowiem osiemnasta sypialnia dla gości, a nie absolutna i nieprzebrana ciemna pustka. W mgnieniu oka otoczyła ją ze wszystkich stron, dopóki nie upadła na coś miękkiego i sprężystego. 

         Otaczał ją kompletny mrok. Ile razy nie zarzekałaby się że jej żywiołem jest noc, widzenie w ciemnościach nie należało do jej mocnych stron. Mimo to zdołała wymacać otaczającą ją materię, czy może raczej materiał i stwierdzić że Conector nie miał na myśli żadnej przenośni.

         – On naprawdę zamknął mnie w worze… 

         – Nie tylko ciebie Gotko! – odezwał się podekscytowany głos tuż obok niej. Niski, nieco przemądrzały i bardzo mocnym akcentem.

         – Mental? – Odwróciła się w stronę głosu. – Ciebie też capnął do tej ciemnicy?

         – Owszem. Lekko ponad kwadrans temu. 

         – Kwadrans? – zdziwiła się Gotka. – A ty nie masz przypadkiem reflektorów w oczach? 

         – Zgadza się, mam. 

         – To czemu nie użyłeś ich wcześniej, tłumoku?

         – Nieszczególnie miałem co obserwować. 

         – I wolałeś tak siedzieć w kompletnym mroku jak jakiś psychol?

         – Nie jak psychol, a nienarodzone jeszcze dziecko – wyznał Mental. – Nie dane jest mi bowiem pamiętać czasy sprzed mojego porodu. Zawsze zastanawiało mnie jakie to uczucie, a że Conector pozwolił mi tu na ciebie poczekać, postanowiłem skorzystać z tej okazji i potkwić w mroku. 

         – Ty jesteś jakiś chory na umyśle…

         – Wątpię. Mój umysł ma najnowocześniejszy system wykrywania i usuwania wszelkich form wirusowych.

         – A ma system usuwania szarych komórek?

         – Nie, gdyż takowych nie posiadam.

         – HA! – zaśmiała się Gotka. – No właśnie! Jakbyś jakieś miał wiedziałbyś że w brzuch mamy to nie żaden wór na mąkę, a jedne z najpotężniejszych inkubatorów tego świata. 

         – W istocie – przyznał Mental dotykając materiałowe ścianki mrocznego więzienia. – Jest tu całkiem sucho. Connector?

         – Taaaak? – odezwał się głuchy głos z zewnątrz. Niestety również znajomy. 

         – Czy byłbyś w stanie zapewnić nam wilgoć stosowną do warunków ciążowych?

         – Pewnie, bystrzaku! 

         Wtem oboje usłyszeli głośny plusk. Na ich nieszczęście, poczuli go pod własnymi zadkami. Czuli także krople wody przenikające między grubymi włóknami wora. 

         – Idioto! – wrzasnęła Gotka chwyciwszy Mentala za fraki. Miał na sobie coś co przypominało koszulę. – Przez ciebie tu zaraz utoniemy! Czy ty w ogóle potrafisz mózgu używać!?

         – Tak się składa że jak nikt inny – stwierdził dumnie, również czując rosnący poziom wody. – Za jego pomocą stwierdziłem na ten przykład że nie mamy się czego obawiać. 

         – Jak to nie mamy!? – oburzyła się Gotka. Już chyba tylko ręka boska chroniła ją by nie zadusić debila jak gęsi. – Ten staruch próbuje nas utopić jak jakieś niechciane szczeniaki!

         – Nonsens, Gotko. Nonsens. Przecież potrafię pływać. 

         – Ja też potrafię ty, samolubna szujo! Ale nie z pięciokilowym bagażem!

        – To jeszcze nie powód do paniki – Mental wyraźnie nie tracił spokoju. – Z tego co mi wiadomo posiadasz ostre pazury zdolne rozpruć tenże worek i wydostać nas z jego uwięzi. Gwarantuję że gdy tylko to zrobisz, złapię cię za rękę i wyciągnę na powierzchnię razem z bagażem.

         – Że słucham, co proszę?

         – Jestem naprawdę silny. 

         – A ja wkurzona. – Gotka podała mu swą grubaśną torbę. – Trzymaj i pilnuj jak oka w głowie. 

         – Ale ja mam dwa…

         Nim dokończył zdanie, przemiła się w małego chudego stworka o włochatej głowie. Jej czteropalczaste wielkie dłonie oparły się o moknące ścianki wora. W jednej chwili woda przestała napływać do wewnątrz. 

         – Czemu nie użyłaś ich wcześniej… – wymamrotał pod nosem Mental. 

         – Mówiłeś coś? – warknęła Gotka. – Czy może chcesz się przekonać czy bez kończyn nadal będziesz takim silnym pływakiem?

         – Mówiłem, ale bardzo cicho. O bardzo nieistotnych dla tej sytuacji rzeczach. 

         – Wyśmienicie. A teraz mów gdzie jesteśmy i gdzie mamy najbliższy brzeg. 

         – Pięćdziesiąt cztery metry stąd, na północny wschód. 

         Gotka już chciała się na niego wydrzeć, ale prędko przypomniała sobie że raczej nie zostało im zbyt dużo powietrza. Nawet jak na dwadzieścia metrów. 

         – A używając kierunków typu prawo, lewo, góra, dół?

         – Używając kierunków niestosownych do mapy z której poleciłaś mi skorzystać… Na lewo. 

         – Ale moje czy twoje?

         Mental zapalił reflektory w oczach tak by widać było jego dłoń. Gotka ujrzała jednak również minę sugerującą lekką irytację. Na jego szczęście zbyt lekką by pozbawiać go twarzy i szczęki za tak nierozsądny ich użytek. 

         – Tam. – Wskazał palcami w lewo. Swoje lewo. 

         Gotka zacisnęła wielkie bannicze dłonie i zawładnęła otaczającą ich wodą. Ta sztywno pochwyciła wór, pchając go we wskazanym przez Mentala kierunku. 

         – Byłoby mi łatwiej gdybyś mnie nie oślepiał – zwróciła mu uwagę. – Poza tym nie marnujesz na to jakichś baterii? 

         – Ależ skąd – przyznał dumnie. – Te na których funkcjonuje są absolutnie niewyczerpalne!

         – W przeciwieństwie do mojej cierpliwości. Gaś te gały. 

         Mental posłusznie zgasił gały. Z resztą, raptem kilka minut później i tak ujrzeli pierwsze promienie światła prześwitujące przez wór. Na szorstki piach pod nogami również nie musieli długo czekać. 

         Gotka odmieniła się w siebie, i już chciała rozpruć worek pazurem, gdy ten zniknął. W jednej chwili spadł na nich żar niezmąconych chmurami słonecznych płomieni. Stali po pas w wodzie, spoglądając na plażę z małą bambusową chatkę. Kilka metrów przed nią na bajecznej tropikalnej plaży spoczywał sobie Saigon. Leżał na leżaku w przeciwsłonecznych okularach i machał do nich. 

         – A co to, przepraszam ma znaczyć?

         – To popularny gest oznaczający pozdrawianie bądź powitanie – szepnął jej na ucho Mental. – Spokojnie, nie powiem mu że nie wiedziałaś. Mógłby cię wyśmiać.

         Mógłby to zbastować z chińskimi nudlami – pomyślała gotka widząc okrąglutki brzuch leżakującego Saigona. Kilka mozolnych kroków przez plaże później, ujrzała z bliska tak jego jak i właściciela. Nie potrafiła uwierzyć że ktoś tak pulchny mógł wywijać mieczem z taką gracją i finezją. Ta myśl przyprawiała ją o niemałe ciarki, ale chyba… Nawet lepiej niż ona sama.

         – Te, Gangnam Style – rzuciła do baraszkującego wojownika. – Mieliśmy tu chyba walczyć z jakimiś almomiamami, a nie…

         – Anomaliami – poprawił wietnamczyk, sięgając po stojącą na stoliku obok szklankę z bursztynową lemoniadą. – Ale to nic takiego. Grunt że już tu z nami jesteś.

         Gotka aż się wzdrygnęła. Ton jakiego użył ten azjatycki zakapior był zdecydowanie zbyt uprzejmy. I jeszcze ta jego pogodna mina po pociągnięciu z kolorowej słomki – no coś tu definitywnie nie grało

         Stojąc tuż koło niego zauważyła katane opartą o jego leżak. Taką w czarnej drewnianej pochwie z pięknym złotym smokiem. Nie miała pewności czy taki skarb może być powodem jego dobrych humorków, ale miała absolutną pewność że gdyby sama weszła w jego posiadanie, byłaby cała w skowronkach, a może i nawet pawiach. 

         – Już się wyluzowałeś, Mental? – zapytał nagle Saigon powoli podnosząc się z leżaka, po czym zamienił okulary słoneczne na normalne. – Wypocząłeś przed wyprawą?

         – Tak jest panie dowódco! – odparł żywo afrykańczyk salutując z iście wojskową sztywnością. – Melduję że wór był odrobinę zbyt suchy, lecz Conector prędko temu zaradził. 

         – Właśnie widziałem… Od dobrego kwadransa prosiłem go o dodatkowy lód i nic, ale tylko bydlak usłyszał o waszym niedoborze wilgoci jak nie czmychnął żeby was umoczyć… Widać ceni sobie komedie bardziej niż lojalność. 

         Nagle wszystko wydało się jasne. A przynajmniej wszystko na o czym Gotka jeszcze nie wiedziała że nie wiedziała. Pragnęła na przykład zapytać Mentala czy naprawdę leżał w worze przez bite piętnaście minut i gotował się tam żywcem. Albo zrozumieć jakie traumy z dzieciństwa sprawiły że ten teleportujący się pierdziel wrzucił ich do prehistorycznego oceanu. Wszystkie pytania niknęły jednak w obliczu jednego, walącego o ściany jej czaszki żelaznym młotem. 

         – Jaki kuźwa panie dowódco? – syknęła, aż Mental lekko odskoczył na bok, choć jej rozpalone czerwone ślepia wbijały się właśnie w pyzatą twarz Saigona. 

         – Jeśli to słowo jest dla ciebie za trudne, może być szef – Uśmiechnął się podnosząc rękojeść z kataną. – Chociaż kiedy Conector uznał że to zbyt oficjalny tytuł na takiego “prawilnego ziomka” jak ja. W sumie kij mnie obchodzi jak będziesz do mnie mówić, dopóki okażesz szacunek.

         – Z jakiej, że się tak z szacunkiem wyrażę, zasranej racji? 

         Saigon westchnął, dokończył drinka i nieco się skrzywił. Ewidentnie dodał za dużo cytryny. Spojrzał jednak na zdezoreintowaną, przemoczoną, a co ważniejsze srogo wpienioną Gotkę. Wiedział że jeśli mają przetrwać to co się zbliża, potrzebuje jej u szczytu swej potęgi. I gdzie by on się tam nie znajdował, z pewnością nie krył się pod miną piłującej go wzrokiem psychopatki. 

         – Generalnie to dlatego że ma nas już trochę dość i potrzebuje łącznika żeby ograniczyć rozmowy – wyznał wietnamczyk lekko się uśmiechając. Wciągnął również brzuch widząc że rozmówczyni śmie spoglądać na niego ze szczególną rządzą mordu. – A tak poza tym powiedział po prostu że podoba mu się moje podejście i że najlepiej nadaje się do tego przez doświadczenie. No wiesz, Yakuza i te sprawy. Po za tym kiedy odesłał nas żebyśmy się spakowali, uporałem się jako pierwszy. – Wskazał na piękną pochwę swej katany. – Tylko jeden drobiazg i ledwo mrugnąłem, a znów tu byłem. No to drań skorzystał z czasu i wyjaśnił mi co i jak. O wytycznych co do naszej pierwszej misji. O tym że będzie tu na nas czekał z “grillem dla tych co przetrwają”. No i jeszcze o rzeczy która ponoć miała nie przypaść ci do gustu.

         – Jednej rzeczy, powiadasz – parsknęła Gotka. – Nosz umieram z ciekawości co to. 

         Mental wskazał na stojącego przy chatce Conectora. Trzymał w rękach trzy sporych rozmiarów torby na garnitury. Saigon skinął głową, a chłopak odstawił torbę Gotki i ruszył w jego stronę.

         Ta już chciała zbesztać go by był ostrożniejszy, ale odpuściła sobie. Była co najmniej półtora raza cięższa niż ona sama, a ten zatachał ją jej aż tutaj. Dość już dla niej zrobił by tym razem mu odpuściła.

         – Jednej jednej – potwierdził słowa Gotki. – Bo tobie przypada strój jednoczęściowy. I nie mam tu na myśli morskiej kąpieli, której widzę że już zażyłaś w ciuchach wyjściowych… 

         – Codziennych – poprawiła cedząc przez zęby. – Nawet gdyby zdarzyło mi się wyrzucać śmieci, ubrałabym się o ledwie kilkadziesiąt złociszy gorzej. 

         – Tak czy siak, możesz się z nimi pożegnać. Conector przygotował nam stroje stosowne do epoki do której się wybieramy i z tego co mi wiadomo, a z historii jestem słaby, nie mieli tam ani gorsetów, ani kozaków. 

         Gotka zerknęła za Mentalem. Wziął od Conectora jedną z toreb, a ten wskazał mu lasek obok chatki. Mimo to, afrykańczyk bezpardonowo go wyminął, wszedł do środka i zatrzasnął za sobą drzwi. Spojrzawszy na stojącą na plaży dwójkę, tylko wzruszył ramionami. 

         – A zatem chaszcze przypadają jednemu z nas – Saigon machnął ręką, po czym ruszył w ich stronę. – Polecam zostać na plaży. Przemienisz się w jednego z tych twoich stworów, założysz nowe ciuszki i będzie dobrze. Prehistoryczne robaki giganty biorę na siebie.

         – Czekaj no! – Gotka momentalnie zatrzymała go wrzaśnięciem. – To powiedz chociaż gdzie one chce nas do ciężkiej cholery przenieść?

         – Upadek Rzymu. W dwieście szesnastym przed naszą erą. Nasz cel to “Czarny Nosorożec”.

         – Ale… – zająknęła się Gotka. – Jak to dwieście szesnasty!?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *