14/04/2026

CDN

TWOJA GAZETA STUDENCKA

#ROZMOWA MIESIĄCA: Michał Olszewski – O tym, czego szukać we współczesnym dziennikarstwie

11 min przeczytania

grafika: Paulina Kozień i Eden Król

Początki w szkolnej gazecie w Ełku. Od praktyk w krakowskiej „Wyborczej”, aż do kierownika działu zagranicznego tamże. W 2015 r. otrzymał nagrodę im. Ryszarda Kapuścińskiego za książkę Najlepsze buty na świecie. O swojej dziennikarskiej drodze opowiedział nam Michał Olszewski.

Skąd wzięło się pisanie w Pana życiu? Czy było to coś, co od zawsze Pana interesowało?

Tak, i czasem myślę, że może zacząłem pisać szybciej niż mówić albo chodzić. Co swoją drogą czasami wychodzi mi na dobre – jak człowiek więcej pisze, a mniej mówi, to ma oddech na zastanowienie

Odkąd pamiętam, miałem w głowie taką myśl, nie wiem zupełnie, skąd ona się wzięła, to było niezależne ode mnie – wiedziałem, że chcę zostać pisarzem i pisać książki, mimo że w moim domu rodzinnym dużo książek nie było.

Nawet mógłbym precyzyjnie wskazać moment, w którym zacząłem pisać. Byłem wtedy w drugiej klasie szkoły podstawowej i przeczytałem Wyprawę Tolkiena. Ta książka tak mną wstrząsnęła, że kupiłem zeszyt w kratę i zacząłem pisać swoją wersję. Mam go do dzisiaj – dociągnąłem do drugiego rozdziału i temat zarzuciłem, czeka już ponad 40 lat na podjęcie.

Jako że „czułem miętę” do języka polskiego, nieźle pisałem, to pod koniec podstawówki dostałem propozycję, żeby zacząć pisać w gazetce szkolnej, która wówczas powstawała. To był taki specyficzny moment, przełom lat 80. i 90., czyli czas, kiedy ludzie zaczynali mówić bez cenzury. Prawdziwa gazetka szkolna była wcześniej nie do pomyślenia, bo mogła mieć jedynie walor propagandowy, wychwalać nauczycieli, dyrektorów. A myśmy, ku rozpaczy kadry, stworzyli gazetę, która szkołę krytykowała i pokazywała, co w niej nie gra. No i dopóki krytykowaliśmy uczniów, to było wszystko w porządku, ale jak już zabraliśmy się za krytykę dyrektora, to dostaliśmy nadzór pedagogiczny. W każdym razie, przez dwa lata tak pisaliśmy. To była bardzo fajna przygoda.

Tak mi się to spodobało, że równocześnie zacząłem pisać do pierwszej ełckiej gazety niezależnej, która wówczas powstawała. Nazywała się „Mazur”, prowadzili ją Małgorzata i Konrad Zbrożkowie.

W liceum miałem za dużo pracy, żeby zajmować się pisaniem. Ale jak poszedłem na studia, na polonistykę, to myśl, żeby zostać dziennikarzem i jednocześnie pisać książki, ciągle gdzieś we mnie była. Dostałem propozycję, żeby pisać do gazety studenckiej i się niewiele zastanawiałem. Nabrałem na tyle pewności siebie, że tuż przed zakończeniem studiów, poszedłem do krakowskiej redakcji „Gazety Wyborczej”, żeby zapytać, czy nie potrzebują praktykanta. Powiedzieli, że potrzebują i ostatnio okazało się, że minęło 25 lat od tamtego momentu.

Czy współpracował Pan jeszcze z jakimiś innymi mediami w Ełku? Jak Pan wspomina współpracę z mediami lokalnymi, mniejszymi niż „Gazeta Wyborcza”?

Na studiach pisywałem do lokalnych gazet. Istniał wtedy ełcki oddział „Gazety Współczesnej”, powstały „Rozmaitości Ełckie”. W każdej z nich coś próbowałem robić, ale ponieważ byłem z zewnątrz, to były to raczej wakacyjne przygody. Na stałe nigdzie się nie zahaczyłem, no bo i jak bym mógł, mieszkając w Krakowie?

W każdym razie, zawsze jak przyjeżdżałem do Ełku, to było coś, co mi się nie podobało i czemu chciałem dać wyraz na lokalnych łamach. Czasem było przyjmowane z entuzjazmem, a czasem bez entuzjazmu.

Czy pamięta Pan swój pierwszy artykuł?

Tak. Byłem bardzo zaangażowany w działania ekologiczne. Rozprowadzałem gazetę, bardzo ważną na przełomie lat 80. i 90., która nazywała się „Zielone Brygady”. Był to miesięcznik wydawany przez pierwszych polskich ekologów, którzy wywodzili się jeszcze z opozycji, więc byli troszkę starsi ode mnie. Ja te gazety dystrybuowałem w Ełku, potem sam zadzierzgnąłem kontakty i próbowałem pisać. To nauczyło mnie wrażliwości ekologicznej.

Pierwszym tekstem, który napisałem do lokalnej gazety był tekst o cyrku, który przyjechał do miasta. Wtedy normą była tresura dużych zwierząt, dzisiaj zakazana. My wtedy protestowaliśmy przeciwko cyrkom, w których można było zobaczyć słonia, lwa czy zebrę. Poszliśmy protestować pod ten cyrk. Dawaliśmy ludziom ulotki, a następnie próbowaliśmy się wedrzeć do środka, żeby zrobić tam protest. Ja próbowałem wejść przez płot. Zauważył mnie treser słoni i próbował zdzielić kilkumetrowym pejczem, ale na szczęście mu się nie udało. Potem napisałem z tego relację. Zaniosłem tekst do redakcji i nawet został przyjęty do druku. Byłem z tego bardzo dumny.

Czyli tematyka społeczna i zalążki reportażu były obecne już od samego początku?

Może to nie jest kwestia samego reportażu, tylko uwrażliwienia na rzeczy, które działają nie tak, jak powinny. Moim zdaniem esencją zawodu dziennikarza i dziennikarki jest wskazywanie tych miejsc, które źle funkcjonują albo wymagają poprawy. Możemy złościć się, że dziennikarze nie piszą o miejscach, w których wszystko jest wspaniale. Ale po to jest dziennikarstwo, żeby zmieniać nie to, co dobrze funkcjonuje, tylko żeby o coś zawalczyć. Żeby walczyć o zmianę, czasami nawet żeby ją wymusić.

Teraz jest to trudniejsze niż kiedyś, dlatego że rola mediów się zmieniła. Klasyczne media (media papierowe, duże serwisy), z którymi od zawsze jestem związany, nie budzą już takiego respektu jak kiedyś. Ale wciąż dużo rzeczy udaje się zrobić i te media nadal są niesłychanie istotną częścią tkanki społecznej. Media tradycyjne pozwalają ludziom, zajmować się sprawami dogłębnie. Jest to coraz trudniejsze ze względu na to, że internet zmienia zarówno społeczeństwo, jak i dziennikarzy. Nie zawsze na lepsze.

Na przykład kiedyś, jakbyście chcieli przeprowadzić ze mną rozmowę, to przyjechalibyście do Krakowa, prawda? Albo umówilibyśmy się w Warszawie, Gdańsku, Ełku. W tej chwili jest to łatwiejsze i ma swoje jasne strony. Ale ma też ciemną stronę, dlatego że dziennikarze coraz częściej czują się zwolnieniu z obowiązku spojrzenia w twarz rozmówcy, wykonania telefonu, zweryfikowania informacji.

Czy jest jakiś dziennikarz albo pisarz, który był dla Pana wzorem, drogowskazem?

Bardzo wielu ich było. Co do umiejętności pisania felietonów, to jest to Stanisław Mancewicz. Do niedawna można było przeczytać jego felietony w „Tygodniku Powszechnym”. Wcześniej pracowałem z nim w „Gazecie Wyborczej”. Wspaniały od strony stylistycznej, ale także bezwzględny jako autor, bo dobry felieton musi mieć w sobie ironię, sarkazm, złośliwość. Mancewicz to autor, od którego nauczyłem się, że jak pisze się felieton, to nie bierze się jeńców.

Natomiast jeżeli chodzi o szkołę newsową, to uczyłem się pisać u ludzi jednocześnie odważnych i dojrzałych. Ludzi, którzy wiedzieli, że trzeba być odważnym i znać miejsca, w których ta odwaga jest potrzebna. Bo kiedy będziemy odważni wszędzie i w każdej sytuacji, to szybko stracimy siły. Takimi ludźmi byli Seweryn Blumsztajn, który przyjmował mnie do pracy w „Gazecie Wyborczej” i Jerzy Lewiński, który przez lata prowadził mnie jako dziennikarza.

Jeśli chodzi o sztukę prowadzenia wywiadów, to wzorcem jest dla mnie Michał Okoński, znakomity dziennikarz i redaktor z „Tygodnika Powszechnego”. Drugim punktem odniesienia jest Teresa Torańska, niestety już nieżyjąca, moja koleżanka z pracy. W latach 80. miała jeszcze możliwość porozmawiania z ludźmi, którzy zakładali i instalowali w Polsce system stalinowski. To niewiarygodna umiejętność, żeby namówić ludzi, którzy nie chcą rozmawiać, albo którzy mają coś na sumieniu, żeby zaczęli rozmawiać.

Jeżeli mówimy o reporterach, to punktem odniesienia jest dla mnie Wojciech Jagielski. Z wielką ciekawością patrzę na rzeczy, które pisał i pisze, dlatego że on reprezentuje zanikający już model reporterski, w którym reporter nie wychodzi na pierwszy plan, dopóki nie musi. Jednocześnie jest niesłychanie precyzyjny i drobiazgowy, czyli operuje tym, czym każdy reporter powinien operować.

Dużo nauczyłem się od fotoreporterów, szczególnie od Kuby Włodka. Fotografowie mają duże wyczulenie na drobiazg, ale też na piękno świata, kolor światła.

Najbardziej jednak chyba podziwiam jako dziennikarz dziennikarzy śledczych. Na przykład Wojciecha Czuchnowskiego i Szymona Jadczaka. To są wielkie postaci, które zmieniają świat na lepsze, biorą na siebie wielkie ryzyko i czasami ponoszą dużą cenę osobistą za swoją odwagę.

I tak mógłbym długo pewnie wymieniać. Jeśli chodzi o prozę, to mam strasznie dużo pisarek i pisarzy, którzy są dla mnie ważni i cenni. Jakbym zaczął wam wymieniać, dlaczego poszczególni autorzy zaważyli na moim życiu, to pewnie byśmy tu siedzieli przez tydzień. Więc może powiem tylko, że najważniejszą pisarką jest dla mnie Tove Jansson, czyli „pani od muminków”, a najważniejszym pisarzem autor dziennika prowadzonego przez kilkadziesiąt lat, Sandor Marai. Węgierski pisarz, poeta, dysydent. Bardzo ważna postać.

Zaznajomiliśmy się z pańskim reportażem Najlepsze Buty na Świecie i zastanawialiśmy się, czy kiedy tworzył Pan te wszystkie reportaże w latach 2003-2014, to wiedział Pan, że powstanie z tego książka?

Nie. Zrąb tej książki, czyli opowieść o polskim stosunku do wojny i o tym, jak Polacy noszą w sobie wojenne traumy, to tematy, które rodziły się stopniowo: jeden po drugim.

Jako młody dziennikarz jeździłem często do muzeum Auschwitz-Birkenau, żeby opisywać oficjalne uroczystości, które się tam odbywały. Przy okazji uroczystości, kiedy chodziłem po muzeum i rozmawiałem z ludźmi, zacząłem dowiadywać się, że są takie historie, które nie były opisywane. Takie, jakby to powiedzieć, z zaplecza. Na przykład historie ludzi, którzy mieszkali wokół terenu Auschwitz. Do dzisiaj mam tam przyjaciela, który bardzo dużo mi o tych terenach opowiedział.

To były historie konserwatorów, którzy zajmowali się konserwowaniem artefaktów pozostawionych przez więźniów i więźniarki KL Auschwitz-Birkenau. Nagle okazało się, że tych tematów jest bardzo dużo. Nie wiedziałem też, że jestem świadkiem procesu – budowania polityki historycznej. Procesu polegającego na tym, że ludzie zaczynają się wcielać w duchy przodków. Mówię tutaj o procesach rekonstrukcji. Lata 2007-2010 to czas, kiedy w Polsce zaczęły się najróżniejsze rekonstrukcje. To mnie bardzo zainteresowało – dlaczego ludzie lubią się przebierać w ubrania powstańców? A jeszcze bardziej zainteresowało mnie, dlaczego lubią przebierać się w nazistowskie mundury, mundury Wehrmachtu, więc poszedłem tym tropem. Wydaje mi się, że powstała z tego mini-opowieść o polskim stosunku do przeszłości.

To jest bardzo istotny temat i nasuwa nam się przez to takie pytanie. Mówi się, że felietony i reportaże są najcenniejszą, najbardziej wyjątkową formą dziennikarstwa. Czy Pan też podziela taką opinię?

Nie. Uważam, że najcenniejszą formą dziennikarstwa jest ta, dzięki której można zmienić świat na lepszy i coś naprawić. To często odbywa się nie tylko za sprawą reportażu czy felietonu, ale najczęściej za sprawą newsa. Informacji, którą skądś wydobyto. Też często odbywa się to za sprawą reportaży śledczych, dzięki którym można mieć wiarę, że zło zostaje czasami ukarane.

W związku z tym ja w ogóle nie dzielę gatunków dziennikarskich na mniej lub bardziej szlachetne, dlatego że inaczej kategoryzuję dziennikarstwo. Istotna jest dla mnie kwestia skuteczności i pytania, czy dziennikarstwo może jeszcze doprowadzić do zmiany. Oczywiście mówię o zmianie na lepsze, ale może być też zmiana na gorsze. Dlatego, że mamy w tej chwili taką nieistniejącą wcześniej grupę dziennikarzy, która moim zdaniem prowadzi do zmiany na gorsze. To znaczy, macie człowieka, którego ogląda 100 tysięcy ludzi. I on mówi w trakcie pandemii, że to jest bzdura, żadnej pandemii nie ma, trzeba wyrzucić maseczki i się nie szczepić.

Więc zmiana. Nie to, czy ktoś pisze ładnie, czy dużo. To oczywiście też jest ważne, ale mówię wam, trzeba szukać zmiany.