Thymaina – raj dla introwertyków?

 

źródło: archiwum własne

Kiedy myślimy o Grecji zazwyczaj mamy przed oczami wyspę z biało-niebieskimi domkami. Mykonos, Korfu czy Santorini to jedne z głównych celów podróży Polaków. Niestety przy rosnącej popularności tych miejsc, stały się one bardzo komercyjne i trudno poznać czystą grecką kulturę, która została stłamszona przez gromady turystów. Jednak nie wszystko stracone, bo wciąż istnieją zakątki, które zdecydowanie warto odwiedzić, a o których się nie mówi. Takie jak wysepka Thymaina.

 

Uchylę rąbka tajemnicy

Thymaina ( gr . Θύμαινα ) to mała grecka wyspa w jednostce regionalnej Ikaria, na wschodnim Morzu Egejskim. Znajduje się na zachód od Fournoi Korseon i administracyjnie jest częścią jej gminy. Mieszkańcy mówią, że jej nazwa pochodzi od tymianku, który rośnie na całej wyspie. Thymaina ma dwie osady: Thymainę i Keramidou. Populacja wyspy wynosi zaledwie 143 mieszkańców (136 w osadzie Thymaina i 7 w Keramidou), a jej powierzchnia to tylko 10 kilometrów kwadratowych- 26 razy mniej niż Gdańsk! Pewnie nigdy nie dowiedziałabym się o jej istnieniu gdyby nie moja znajoma – Polka, która wcześniej przez kilka lat tam mieszkała. To ona zabrała mnie w niezapomnianą podróż po greckiej kulturze.

 

 

Jak trafiłam na (prawie) bezludną wyspę

źródło: archiwum własne

Planując podróż na Thymainę najłatwiej jest odwiedzić najpierw Fourni – wyspę położoną pomiędzy Ikarią, a Samos i Patmos, do której dostaniemy się promem płynąc prosto z Pireusu. Z Fourni droga jest już prosta – wystarczy wsiąść na statek, którym okoliczni mieszkańcy z chęcią zabiorą Was na wycieczkę.

 

 

 

 

 

Dlaczego warto ją odwiedzić?

Na pierwszy rzut oka Thymaina niczym nie różni się od okolicznych wysp. Szumiące morze, niezliczona ilość zacumowanych statków i jachtów, rozciągające się na horyzoncie szczyty. Jednak wystarczy tylko wejść parę stopni wyżej po schodach i odwiedzić okoliczną restaurację, która raczej swoją wielkością przypomina kawiarenkę. Entuzjazm pracującego tam starszego pana pamiętam do dziś. Od razu zaprosił nas na tarasik, z którego widać było niemal całą wyspę. Potem podał nam tradycyjne greckie frappe – lepszej kawy nie piłam nigdy wcześniej w życiu i pewnie nigdzie indziej lepszej nie znajdę. O tym jak niesamowity był jej smak świadczy fakt, że nawet nie zdążyłam uwiecznić jej na żadnym zdjęciu, bo zniknęła szybciej niż o tym pomyślałam. To było moje pierwsze zderzenie z prawdziwą grecką gościnnością. Chwilę później dołączyła do nas rodzina właściciela, która z zaciekawieniem pytała skąd pochodzimy i jak nam się tutaj podoba częstując nas okolicznymi przysmakami z ciasta filo. Żal było się z nimi żegnać, ale bardzo chciałam zobaczyć resztę wyspy.

 

Wyruszyłyśmy pod górę. Droga w pełnym słońcu nie należała do najprzyjemniejszych, ale widoki w pełni wynagradzały pot spływający po czole. Od pana z restauracji dowiedziałyśmy się, że w samym sercu wyspy wybudowano cerkiew i to właśnie ona była naszym kolejnym celem wyprawy. Jako, że Grecy przywiązują bardzo dużą wagę do religii, a wiodącą jest prawosławie, wnętrze było dopracowane w każdym calu. Piękne ręczne zdobienia, malowidła, kwiaty i cały czas palące się świece pokazywały ogrom serca i pracy jaką wkładają mieszkańcy w prowadzenie tej świątyni.

 

 

Ciekawym doświadczeniem były też uroczystości pogrzebowe, które znacznie różnią się od tych praktykowanych w Polsce. To, że trafiłyśmy na nie podczas wycieczki w góry jest wyjątkowym przypadkiem patrząc na niewielką populację wyspy. W tym dniu cała wyspa „płacze”. Wyją syreny, a zmarły pogrzebany jest na skromnym cmentarzu tuż przy morzu, do którego ze względu na jego wielkość mają dostęp tylko mieszkańcy wyspy. Jak dokładnie to wygląda możecie zobaczyć tutaj:

Pogrzeb na Thymainie

Kolejny przystanek zrobiłyśmy już na plaży w osadzie Keramidou. Tam wybrałyśmy się na obiad, na najlepsze kalmary na całym Morzu Egejskim. Po drodze spotkałyśmy staruszka pasącego kozy, które można było spotkać niemalże wszędzie. Skakały przez płoty i chodziły po skalistych wzgórzach.

Rzeczywistość jak z filmu?

Podczas całej podróży na Thymainę spotkałam zaledwie parę osób, głównie w restauracji czy kawiarence. Jednak gościnność i to z jak wielkim szacunkiem odnoszą się do tradycji chwyciło mnie za serce. Grecję można poznać od różnych stron i zapewne każda z nich niesie za sobą jakieś korzyści. Jednak odwiedzanie małych, prawie zapomnianych już wysp przeniesie nas w rodzinną, grecką atmosferę niczym z ,,Mamma mia!”. Warto czasem przełamać schematy i zamiast wycieczki z biurem podróży, samodzielnie zorganizować wędrówkę i poznać bogactwo kultury Hellady.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *