W każdym Czesławie jest trochę romantyka

Czesław MozilDzień jak każdy. Wszyscy gdzieś pędzą i nie mają na nic czasu. A jednak ktoś znalazł chwilę, żeby się zatrzymać i pogadać w knajpce w gdańskim Wrzeszczu. Właśnie tam spotykam się z Czesławem Mozilem. Rozmawiamy o jego nowej płycie, muzyce, koncertach, marzeniach.

No, to znowu mamy Cię w Gdańsku. Ku uciesze fanów, a szczególnie facebookowiczów, którzy domagają się Twoich jak najczęstszych wizyt. Może najprościej będzie, jeśli się tutaj przeniesiesz, nie musiałbyś co chwilę przyjeżdżać?
Czesław Mozil: – Właśnie, ja uwielbiam Gdańsk, tutaj jest cudowne powietrze, tutaj się dobrze czuję. Powiem szczerze, że tak jak Kraków jest piękny i cudowny, tak tutaj jest cudowny klimat. Ja się wychowałem w Danii, te klimaty najlepiej znam, dlatego kocham Gdańsk.

Powiedziałeś kiedyś, że zapadasz w pamięć jako „chłopczyk, który jeździ i gra”. Jak myślisz, jak jesteś zapamiętywany teraz?
– Nie wiem. Mówiąc szczerze, nie wiem. Jedną rzecz wiem na pewno, że mając fanów na facebooku, nie można liczyć na to, czy to jest ich chwilowe zauroczenie, czy to są stali słuchacze, którzy słuchali mnie kiedyś. Może niektórzy z nich teraz w buncie nie kupią mojej płyty tylko dlatego, że jestem panem z telewizji. Ale ja nie moge się kierować tym, co fani myślą. Ja robię swoje i tyle.

Tu się spotkamy z podejściem, że dopóki jesteś undergroundem, jesteś niszowy, to jesteś fajny, a kiedy zaczynasz pojawiać się w mediach, to już niekoniecznie.
– Pewnie, że tak. Ludzie cię nie słuchają, nawet nie kupią i nie przesłuchają płyty. Gdyby ta, którą teraz zrobiłem nie miała szyldu Miłosza, była tylko nowa płytą, to ludzie by się cieszyli. A tak, to nawet po nią nie siegną, bo jestem „takim znanym panem”. Daj spokój, tego już się nie ogarnie.

Skoro temat mediów, to kiedyś było Cię w nich mało , teraz jesteś wszędzie. Ale w radiu dalej Cię nie grają.
– W radiu mnie nigdy nie grali i nie grają. Nie jestem wszędzie, w mediach jest mnie tyle, ile było w 2008 roku. Ale jeśli wziąć takie media jak Pudelek, gdzie od czasu do czasu się pojawiam i założyć, że takie portale są wszystkim, to tak, jestem wszędzie, jestem na Pudelku, ale jest to nieuniknione. Pod tym względem może jest mnie więcej.

Ale mamy mówić o Twojej nowej płycie, „Czesław Śpiewa Miłosza”. Jest piękna – począwszy od wierszy Miłosza, waszych aranżacji, po ilustracje obrazami Mariusza Kaczmarka. Skąd pomysł, aby wyglądała właśnie tak?

– Tak jakoś się złożyło. Ja nie potrafię ustalić, że płyta będzie w takiej, a nie innej konwencji. To zaczęło się od tego, że zacząłem się bawić tymi wierszami, to było moje odrobienie lekcji, bo wcześniej Miłosza nie czytałem i nie znałem. Niektórzy pytają: dlaczego Miłosz? Dostałem taką propozycję, to było oczywiste, że ją przyjmę, tym bardziej, że nazywam się Czesław. Skoro mam mieszkanie na uliczce w Krakowie na przeciwko jego mieszkania, jestem reemigrantem jak on, to nie ma lepszego zestawienia. I logicznie też chciałem, żeby muzyka była liryczna, akustyczna, żeby nie było elektronicznych brzmień. Na tej płycie grają stali muzycy, którzy grali na „Debiucie” i na „Popie”, oni grają bardzo kameralnie. Ta interpretacja Miłosza nie trafi do dużej rzeszy ludzi. Może trafi do 1/5 ludzi, do których trafił „Debiut”. A to dlatego, że jest trudna, tutaj nie ma hitów. Ale jeśli zdobędzie szersze grono fanów, to będę się bardzo cieszył. Zobaczymy.

Na Twojej płycie Miłosz nie jest wycięty z lektur. Nie jest sztywny, nie ma tu patosu. Jest bardzo ludzki, trochę ironiczny, romantyczny, lekki. Mogłoby się wydawać, że to nie jest Miłosz.
– Bardzo się cieszę, że to mówisz, bo o to mi chodziło. Ja musiałem znaleźć tego Miłosza swojego, ja musiałem go zrozumieć, a jeśli nie zrozumieć, to przynajmniej jakoś poczuć. Dostałem pięć jego tomów, i jak zacząłem w nich grzebać, to znalazłem wiersze, które ja kumam, i taki świat, taką poezję, które ja mogę czuć. Ale potem musiałem napisać taką muzykę, żeby je ozdobiła, żeby te teksty nie były tylko na papierze, tylko żeby potrafiły żyć. Sądzę, że mi się udało.

czesław śpiewa miłoszaJa też tak uważam, mi ta płyta bardzo się podoba. Osobiście kojarzy mi się z muzyką teatralną, idealnie pisaną pod spektakl. Trochę taka piosenka aktorska. Nie myślałeś o tym, żeby pójść w tę stronę?
– Ja nie lubię określenia piosenka aktorska. Dlaczego, że co to znaczy? Dlatego, że się gra? Ale fajnie, że to mówisz. Wszystko co robię, jest bardzo teatralne, Tesco Value też. Ja to lubię. To jest teatralny pop. I bardzo się z tego cieszę, bo to jest moja muzyka od A do Z.

Nawiązując do teatru, chciałabym wspomnieć o festiwalu Malta w 2010 roku. Zaśpiewałeś tam Brela. Szczerze mówiąc, Twoja wersja rozwaliła mnie na łopatki. I powiem Ci, że moim zdaniem nie ma drugiego artysty, który tak emocjonalnie interpretuje teksty, jak Ty.
– Bardzo dziękuję. Dostałem za to bardzo miłe recenzje. To było strasznie trudne, dlatego tym bardziej się cieszę, że się podoba, bo Brel jak najbardziej mi pasuje.To było dla mnie wielkie przeżycie i mam nadzieję, że piosenki z tego koncertu będą kiedyś wydane.

W tym roku pokazałeś nam dwa różne oblicza. Z jednej strony to Czesław liryczny, romantyczny z „Czesław Śpiewa Miłosza”, a z drugiej to Czesław – trochę wulgarny imprezowicz z filmu „W moim maluteńkim świecie”. Jaki jesteś naprawdę?
– Jestem taki i taki. W „W moim maluteńkim świecie” pokazuję inną rzeczywistość, gdzie pokazuję, że jestem grajkiem i gram po malutkich miasteczkach. Ty też masz na pewno wiele twarzy, ze mną rozmawiasz tak, za pół godziny z kimś innym inaczej, z matką jeszcze inaczej, a wieczorem z przyjaciółmi będziesz znowu miała inną. Jak najbardziej zależy mi na tym, żeby pokazać, że moja rzeczywistość jest taka, moje życie jest fajne i barwne. Nie wstydzę się tego, chętnie to pokażę. A logicznie jest dużo melancholii we wszystkim co robię, bo jestem cholernym romantykiem. Ale takim, który bardziej marzy o tej romantyczności niż ją przeżywa. Daleko jest od myśli do realizacji.

Dlaczego?
– Nie wiem dlaczego tak jest. Wierzę w romantyzm chwilowy, wiesz, mój zawód w tej chwili jest taki, że cały czas gdzieś jeżdżę i jestem w innym miejscu, ale ja to lubię. Trudno jest mieć w tym zawodzie życie prywatne. Ale mam mnóstwo przyjaciół, też tutaj w Gdańsku. Widzę ich rzadko, ale dlatego, że cały czas gdzieś się pędzi. Ale za każdym razem, kiedy jestem w Gdańsku, to ich odwiedzam i to jest fajne.

Masz przyjaciół w całej Polsce. Masz wyrobione zdanie, w której cześci Polski ludzie są najbardziej przyjaźni czy wszędzie są tacy sami?
– Mam takie szczęście, że wszędzie trafiam na bardzo fajnych ludzi. W każdej miejscowości poznałem pozytywnych ludzi, wszędzie byli przyjaźni.

Powiedz, jak wspominasz Lao Czesław Tour? To już druga edycja, jak wrażenia?
– Była bardziej emocjonalna. Od Parlamentu w Gdańsku do załamania nerwowego w Katowicach, gdzie pierwszy raz na scenie straciłem głos, zachorowałem. Ale uwielbiam chłopaków, mam szacunek do Lao Che. I tak samo oni uwielbiają nas, to jest bardzo miłe, mocne. I cieszę się, że mogliśmy zagrać Lao Czesław Tour drugi raz. Co jest ciekawe to to, że taką trasę robi się dla fanów. I dla siebie, żeby poczuć tę energię. To nie jest zwykły koncert, jak gdybyśmy grali osobno, każdy z muzyków zarabia dwa razy mniej, ale i tak fani się oburzają, że jest za drogo, bo bilety są droższe niż na normalny koncert. To nie jest taki dobry interes robić takie trasy. Ale ja ją miło wspominam, to było dla mnie wielkie wydarzenie i jedno z najcudowniejszych przeżyć muzycznych.

Myślę, że fajnym przeżyciem zarówno dla Was, jak i dla Lao Che było to, że graliście nawzajem swoje kawałki i razem występowaliście.
– Tak, to było cudowne grać z tymi muzykami i ich gościć. Myślę, że następna edycja odbędzie się nie prędzej niż za dziesięć lat, ale kiedyś ją zrobimy na pewno.

Jesteś bardzo otwarty na innych ludzi, masz wielu przyjaciół wśród muzyków. Nagrywałeś m. in. z Nergalem, Acid Drinkers, Karoliną Cichą, Kasią Nosowską. Jak Ci się z nimi pracowało? Przecież to ludzie tak różni.
– Tak, ale coś się zmienia na rynku muzycznym, ludzie chcą odkrywać coś nowego. Ja lubię robić takie rzeczy, tak jak np. u Acidów. Chciałbym, żeby kiedyś powstała składanka ze wszystkimi tymi duetami, bo to jest wielka frajda. Mam wielki szacunek do tych, którzy robią swoje. Na przykład do chłopaków z Happysadu, którzy zaprosili mnie na swoją płytę i razem z kolegami robię tam własną wersję piosenki „Zanim pójdę”, którą uwielbiam. Ja się tym jaram. To jest fajne, być częścią czyjejś twórczości. Robić ich piosenki po swojemu, żeby oddać im hołd. To jest bardzo miłe i bardzo ważne.

Masz kogoś wymarzonego, z kim chciałbyś zagrać?
– Wiesz co, nie mam. To by było dziwne, gdybym powiedział, że chcę grać z jednym bardziej, a z drugim mniej. Pamiętam, że to było wielkie przeżycie z Heyem. To było takie abstrakcyjne, bo ja wtedy mieszkałem w Danii i Heya nigdy nie słyszałem na żywo. To było mocne, nagle wiesz, pierwszy koncert Heya na żywo który słyszysz, to ten, w którym ty grasz. Jest mnóstwo wykonawców, trudno powiedzieć kto. Chciałbym spotkać Lanę Del Rey, w której totalnie się zakochałem ostatnio, ale niekoniecznie z nią zrobić kawałek. Jest wielu muzyków, których się lubi, ale sam pomysł o współpracy nie musi być mądry i dobry. To jest rzecz, która mocno intryguje, jak płyta „Lulu” Lou Reed’a i Metalliki. Ja tej płyty nie słyszałem, ona zbiera u niektórych negatywne oceny, ale fajne jest to, że panowie w ogóle mieli taką chęć, żeby ją nagrać. I myślę, że jest to watre uwagi. Można robić totalnie różną muzykę, ale zgrywać się duchowo i to jest cudowne. Ja lubię pracować z ludźmi, którzy są ciekawi jako osobowości. Tacy jak np. Acid Drinkers. Gdyby było mi z chłopakami nieprzyjemnie, to nie wszedłbym do studia i nie kontynuował współpracy. A to są cudowni panowie, stąd i moja wielka frajda.

Co do Titusa. Padł od Was kiedyś taki pomysł, żebyście stworzyli razem z Titusem i Nergalem zespół Arka Szatana, w przeciwwadze do Arki Noego. Co z tym pomysłem?
– Nie no, to był tylko taki żart. Czasami są fajne pomysły, ale niekoniecznie trzeba je realizować. Skończyło się na pomyśle. Ale zobaczymy, nigdy nie wiadomo 🙂

Jak organizujesz sobie czas? Bo nie da się ukryć, że jesteś teraz mocno zapracowany.
– Wiesz, w tym roku miałem tylko cztery czy pięć dni wolnego. Jednym z nich był pierwszy, czy drugi stycznia, gdzie normalnie jeszcze się baluje. Większość wolnego czasu spędzamy na przemieszczaniu się, bo Polska jest duża, więc czasem spędza się pół dnia za kierownicą. Nie mam kalendarza, jeśli wypadnie mi coś ważnego, np. ślub przyjaciela, to wpisuję to w kalendarz mojej menagerki, i to jest czas nie do ruszenia. Ja nie organizuję sobie czasu, nie mogę np. wziąć jutro wolnego, bo muszę jechać dalej, czekają inne miasta. Ale rozmawiam z Asią Meczyńską, moją MamąNinją, i mówimy: „Bierzemy luty wolny? Ok, cały luty wolny”. I to jest cudowne. Mam cały miesiąc wolnego i nie mogę się doczekać.

Na pewno przyda Ci się odpoczynek.
– Tak, bo jestem wyczerpany. Nie spodziewałem się, że wydam płytę rok po „Popie” i że między nimi będzie DVD z koncertem.

To dużo jak na jednego.
– To dużo, cały czas wyjazdy i koncerty. To będzie też dobra przerwa dla słuchaczy.

Czy przed albo po Twoim urlopie szykuje się jakaś dłuższa trasa koncertowa promujaca nową płytę?
– Ja teraz gram kilka solowych koncertów, a niebawem przyjeżdżają muzycy i wtedy dajemy dziesięć koncertów promujących „Czesław Śpiewa Miłosza”. Potem będzie taka dłuższa przerwa, ale myślę, że około marca czy kwietnia znowu zawitamy do różnych teatrów, żeby zagrać ten materiał.

czesław mozilKtóre koncerty wolisz – masówki czy kameralne, na kilkadziesiąt osób?
– Masówki potrafią być wspaniałe i straszne. Koncerty klubowe potrafią być cudowne i słabe. Łatwiej jest zapanować nad kameralną publicznością, wtedy mogę to pokierować tak, jak ja chcę. Kiedy gram sam mogę poprowadzić ludzi jak chcę. A masówki powodują to, że pojawiają się przypadkowi ludzie, szczególnie na plenerach. Dlatego unikamy grania plenerowych koncertów. A małe kluby, takie na niewielką ilość osób są cudowne. Jedne i drugie koncerty uwielbiam. Fajne są też małe jam sessions z muzykami.

Niełatwo jest codziennie wychodzić na scenę w dobrym humorze, grać to samo, uśmiechać się do publiczności.
– Pewnie, że tak. Jestem zdania, że profejsonalnie powinno się starać to ogarnąć. Ale niekoniecznie to się udaje. I jest się w tym wszystkim człowiekiem, dzięki Bogu.

Masz dużo przychylnych Tobie ludzi, widzę na koncertach, że ludzie Cię kochają. Ale czy przytrafiają Ci się pseudofani, którzy próbuja zepsuć całą sztukę?
– Tak, zdarzają mi się takie przypadki. Rzadko, dzięki bogu. Ale czasami się zdarzy, że ktoś jest takim „miłośnikiem”, że nie szanuje innych, nie szanuje słuchaczy. Wiesz, sytuacje są różne. Co to znaczy, że ludzie mnie kochają? Jeśli może nawet nie sięgną po najnowszą płytę, to lubią moją muzykę i ta muzyka jest dla nich tylko pretekstem do uśmiechu. To jest trudne. Ja robię swoje. Przecież nie skontrolujesz ludzi, nie wiesz, czy chłoną muzykę, czy jej chcą. Ci, którzy czują tę melancholię, to kiedy to się robi smutne i ciężkie, nie rozumieją tego. Boli mnie to, że moja muzyka jest odbierana jako śmieszna, a tak naprawdę jest bardzo smutna.

To prawda, czasami mówisz o rzeczach poważnych, smutnych, a niektórzy odbierają to jako błazenadę. Jak zatem wspominasz swoje SoloActy?
– Ja je uwielbiam. Zawsze nie mogę się ich doczekać, lubię grać w małych klubikach. To jest fantastyczne, kiedy możesz spotkać się z człowiekiem.

Wracając do Miłosza, nie boisz się, że ludzie, którzy nie znają zbyt dobrze twórczości ani Twojej, ani Miłosza, wezmą te teksty za napisane przez Ciebie?
– Super, niech tak myślą, a potem odkryją, że to jest Miłosz.

Mówię tak dlatego, że Wasze testy są pisane w podobnym stylu.
– Fajnie, że tak mówisz. Bo to znaczy, że wybieram je pod swoim kątem, w stylu „Debiutu”. Wybierałem je sam, więc to jest cudowne, że tak mówisz. Mam nadzieję, że ludzie pomyślą, że te teksty są moje, a potem odkryją, że to Miłosz. Bo w ten sposób on stanie się im bliższy, bardziej przystępny, niż dotychczas, niż kiedy byli nim katowani w szkole. Ale i tak ten Miłosz nie trafi do szerokiego grona. Ale niech ludzie dotrą do niego za dziesieć lat, niech zobaczą klip „Do Laury” i powiedzą „Kurde, jakie to piękne”.

To trochę paradoksalne, że Ty, który nie znasz zbyt dobrze twórczości Miłosza i polskiej literatury właśnie go promujesz. A ludzie, którzy mieszkają od urodzenia w Polsce i powinni być zakorzenieni w naszej kulturze w ogóle go nie znają.
– Jasne, że jest. Dlaczego to zrobiłem? Dostałem propozycję od kolegów z Nadbałtyckiego Cenrtum Kultury . Zapytałem ich „- Znasz Miłosza? – Znam. – To powiedz mi jeden jego wiersz. – A, nie pamiętam, katowali nas nim w szkole”. I jeśli ja razem z Czesław Śpiewa mogę go odczarować, to super, moja lekcja została odrobiona.

Wszystko zaczęło sie od koncertu w kościele św. Jana w Gdańsku, gdzie śpiewałeś Miłosza. Czy już wtedy myślałeś o tym, żeby nagrać taką płytę, czy to miał być jednorazowy projekt?
– Nie, kiedy pisałem muzykę do tego, pomyślałem sobie – robię to tylko po to, żeby zagrać na jednym koncercie? Nie. Chiałem, żeby to trafiło szerzej. I o to mi chodziło.

Mam nadzieję, że spełni się Twoje życzenie, i „Czesław Śpiewa Miłosza” trafi jak najszerzej.
– Ja będę się cieszył, jeżeli ona się sprzeda w dziesięciu tysiącach egzemplarzy. To nawet nie jest złota płyta. Ale jeśli będzie rozpowszechniana przez ściąganie, przez youtube, to będę bardzo zadowolony.

Powtórzyłbyś taki projekt, jeśli zaproponowanoby Ci innego poetę?
– Na pewno, ale nie za rok, nie za dwa lata, może za pięć, kiedyś. Ten Miłosz jest teraz wyjątkowo w nas, jest rok Miłosza. Ja na pewno nie będę go odcinał od swojej twórczości, to część mnie.

Może to całkiem dobry pomysł, żebyś właśnie Ty, troche absurdalnie, promował polską literaturę wśród młodych?
– Jestem Polakiem, i jeżeli mogę za kogoś odrobić lekcje przez muzykę i fajną linię melodyczną, to super.

Powiem ci, dziewczyny na koncertach twierdziły, że potrafiłyby dla Ciebie zostawić swoich facetów. Masz w sobie chyba coś takiego, że przyciągasz kobiety, nawet te zajęte.
– Myślę, że to tylko ich głupie żarty. Może to się bierze z ich chwilowego zauroczenia gwiazdą, muzykiem, ktorego nie znają. Ja też kocham wszystkie aktorki, które grają na scenie. Na scenie może być cudowna, ale prywatnie może być straszną kobietą. Ale kocham ją. Kocha się ludzi, których się nie zna.

To może powinieneś dać się poznać?
– Może tak. Ale może dla niektorych fanów jest lepiej żyć w nieświadomości, mieć swoje wyobrażenie, niż poznać jaki jestem naprawdę. Bo może wcale nie taki fajny.

Trudno z Tobą wytrzymać?
– Myślę, że tak. Trzeba mieć do mnie dużo cierpliwości. Lubię chodzić swoimi ścieżkami, ale jednocześnie potrafię być wierny.

Jak powinna być ta idealna dziewczyna?
– Nie mam pojęcia. Spotykam wiele wspaniałych kobiet i każda ma „to coś” w sobie, a to „coś” jest często tak różne i zależy od osoby. To trudny temat. Kiedyś jako facet zdajesz sobie sprawę , że ta dziewczyna idealna, ta jedna jedyna… że jej nie ma. A tyle jest przecież kobiet.

Ale jeśli byłaby, to dziewczyna z pasją?
– Oczywiście, że tak. Jak najbardziej powinna mieć swoją pasję.

Masz zacięcie teatralne. Nie chciałeś być aktorem?
– Tak, chciałem! Nawet grałem w teatrze, byłem w Libii, Syrii, Libanie z duńskim teatrem dla dzieci. Mam dużo chęci, żeby grać. Dostałem nawet propozycję zagrania w etiudzie filmowej z pewną aktorką, narazie nie będę zdradzać, z którą. Mam nadzieję, że wszystko się uda i dojdzie to do skutku.

Czyli czekamy na niespodziankę.
– Jak najbardziej.

Jesteś muzykiem, grałeś w teatrze. Jesteś człowiekiem – orkiestrą?
– Nie, ja jestem „wannabe” aktorem. Zawsze chciałem nim być. Moja nauczycielka z gramatyki z liceum była przerażona, że idę na studia muzyczne, bo chciała, żebym poszedł na aktorswto.

Czyli jednak jest potencjał.
– Jest potencjał, może coś z tego wyjdzie…

Masz jakieś marzenie, o którym możesz powiedzieć, ale nie jest związane z muzyką?
– Chciałbym więcej grać. Chciałbym zagrać w etiudzie filmowej. Chciałbym podłożyć głos do polskiej wersji bajki Disneya. Przecież mam taki fajny akcent. Tak, to jest moje największe marzenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *