Mrok, krew i muzyka

KobaruNie wszyscy wiedzą, jaką perełkę mamy w Trójmieście. To ktoś, kto robiąc sesje zdjęciowe zespołom, oddaje charakter i ducha muzyków. To ktoś, kto z piękności potrafi zrobić potwora, a brzydotę zamienić w piękno. Jego prace ociekają litrami krwi, przepełnia je mrok i masakra. Jest człowiekiem o artystycznej duszy, pełnym pomysłów i radości tworzenia, otwartym na innych ludzi. To fotograf i charakteryzator z Nowego Portu, Mariusz „Kobaru” Kowal.

Zacznijmy od tego, że za Tobą pracowity okres. Sesje zdjęciowe z Comą, Flapjackiem, Tuff Enuff, My Riot czy Deathstars. Jak je wspominasz?

Było mega gorąco i mega szybko. Wszystkie sesje robiłem w listopadzie. Bardzo miło je wpominam, wiesz, zawsze to coś fajnego, kiedy spotyka się kapele, których się słuchało, a nawet jeśli nie, to można poznać, a potem posłuchać. Deathstars – tylko wiedziałem, że istnieją. Udało mi się ich poznać tylko dlatego, że byli supportem Rammsteina, a ja starałem się o zdjęcia z nimi w Ergo Arenie. Niestety okazało się, że nie są chętni do robienia jakichkolwiek sesji. I wtedy przy okazji poznałem menagerkę Deathstars, okazało się, że oni są jak najbardziej zainteresowani. Wyszło spontanicznie.


Kiedy udawało Ci się już umówić na spotkanie, to jak ci się z nimi pracowało? Byli ugodowi, czy wybredni i wymyślali swoje wizje?
Kiedy robię zdjęcia zespołom, to przed koncertem. Z reguły mamy na to jakieś 20 minut. Nie ma czasu na kombinowanie, wymyślne ustawianie, robienie nie wiadomo czego ze światłem. No i wychodzą zdjęcia na czarnym tle. Fajnie było z My Riot, tę sesję zrobiliśmy trochę inaczej, na białym tle, inaczej to wyglądało. Bardzo miłe doświadcznie.


Moje zainteresowanie twoimi pracami wzięło się stąd, że spodobały mi się fotografie Acid Drinkers, które były we wkładce płyty „Fishdick Zwei – The Dick Is Rising Again”. Później dotarłam do innych – najbardziej spodobały mi się te wykonane dla Behemota. Powiedz, jak się z nimi pracuje?
To jeszcze nie wszystkie ich zdjęcia, które można u mnie zobaczyć. Część z nich będzie wykorzystana w celach komercyjnych, pojawią się na okładkach, w prasie i dopiero wtedy ja będę mógł je opublikować. Współpraca z nimi to jest ciekawa sprawa. Kiedyś siedziałem w pracy i zadzwonił do mnie ktoś z obcego numeru. Nie cierpię obierać tego typu telefonów, ale z racji zawodu muszę. No więc podnoszę słuchawkę i co słyszę? „Siema, z tej strony Nergal.” W pierwszej chwili przeżyłem lekki szok, ale potem zaczęliśmy rozmawiać o sesji zdjęciowej, którą miałem zrobić jemu i Peterowi z Vadera dla magazynu „Legacy”. Później mailowaliśmy i tak od słowa do słowa wyszło, że zajmuję się też charakteryzacją i efektami specjalnymi. Kilka dni później znowu telefon: „Szykuj się, jedziemy do Wrocławia robić teledysk”. Miałem tylko kilka dni na przygotowanie się do tego. Duży spontan, ale myślę, że fajnie wyszło. Robiłem im też sesję przed październikowym koncertem w Parlamencie. Tu się sprawdza reguła, że im ktoś jest bardziej znany, tym mniej w nim tego całego „lansu”. Totalnie normalni, sympatyczni ludzie.


Jeśli chodzi o teledysk do „Lucifera”, to charakteryzacja była twoim pomysłem, czy Nergal powiedział jak ma wyglądać klip?
Spotkaliśmy się parę dni przed kręceniem klipu, przygotowałem na szybko parę prac, pokazałem je Adamowi, jak to według mnie mogłoby wyglądać, no i najbardziej spodobał mu się temat z drożdżami, czyli tym, czym był oblany w teledysku. A co do reszty, to był totalny spontan, w trakcie malowania wychodziło, jak to będzie wyglądać, czasu było niewiele.

Behemoth Kobaru

Ile dni zajęła wam praca nad „Luciferem”?
Jeden dzień, od rana do nocy. Grupa 13 zaczęła kręcić od ok 9:00 rano, ja dotarłem po dwóch godzinach, charakteryzacja trwała do ok 17:00. Byłem strasznie wykończony, ale zadowolony. Nie mogłem doczekać się efektów, klip kręciliśmy w wakacje, a premierę miał w październiku.

Szczerze mówiąc, wasze dzieło robi wrażenie. Ale poza fotografią i charakteryzacją prowadzisz jeszcze warsztaty.
Warsztaty prowadzę sporadycznie, ale uczę efektów specjalnych w Międzynarodowym Studium Dziewulskich w Warszawie. Pokazuję tworzenie ran ciętych, kłutych, tłuczonych, siniaków, poparzeń – czyli masakry.

Nie da się ukryć, że Twoje prace kojarzą się z krwią i mięsem. Czy Twoi uczniowie też czują ten klimat, czy po prostu chcą się nauczyć czegoś nowego?

Międzynarodowe Studium Dziewulskich uczy charakteryzacji, czyli nie tylko efektów specjalnych. W programie jest make-up, fryzjerstwo, rzeźba i wiele innych wykładów, które przydają się w produkcji filmowej. Dużo ludzi mnie nie zna, nawet nie kojarzy, moich prac, ale może to i lepiej. A co do warsztatów, to prowadziłem jedne, typowo z masakry. I tam już przychodzili ludzie, którzy wiedzą, co tworzę, orientują się, co sami chcą robić i poniekąd znają się już na rzeczy. To było całkiem ciekawe doświadczenie.


Jak szło warsztatowiczom?

To, co robili, ja zrobiłbym inaczej, ale wiadomo, każdy ma jakiś swój styl, swoje sposoby obróbki, itd. Wydaje mi się, że byli zadowoleni, bo mogli liznąć fotografii, którą się robi w innym stylu. Z charakteryzacją, ale robioną sposobami domowymi, taką, którą każdy może zrobić sobie w domu. W użytku była mąka, drożdże, sztuczna krew, czyli wszytko, co normalnie można dostać w sklepie. Bez wyszukanego sprzętu i wielkich umiejętności charakteryzatorskich. Wystarczy trochę wyobraźni i znajomości szafek w kuchni.

Jak to wygląda, kiedy robisz własne sesje? Dobierasz sobie ludzi do pomysłu, czy ktoś się zgłasza i dopiero wtedy kombinujecie co zrobić?
Kiedy mam już wizję, to szukam sobie ludzi. Nieraz jest tak, że ktoś sie zgłasza do mnie z jakimś pomysłem, ale niekoniecznie pasuje do niego wizualnie i trzeba to jakoś pogodzić. Miałem fajną sytuację, kiedy robiłem sesję dla znajomych z Tat – Studio. Przygotowując bannery na Gdańsk Tattoo Konwent w tym roku użyliśmy mieczy, noży, świńskich łbów, ryb, ośmiornic i innych rzeczy. Bardzo podobało mi się, kiedy wczuwali się w swoje role. Nie są profesjonalnymi modelami, ale wyszli świetnie.

mięsna sesja

Podobają mi się Twoje prace, może trochę dlatego, że jestem „dzieckiem wychowanym na horrorach”. Spotkałam się też z wieloma pochlebnymi opiniami na temat Twoich zdjęć.

Dziękuję bardzo. Szkoda tylko, że ostatnio nie mam czasu zrobić czegoś swojego, jakieś masakry. Znajoma podesłała mi stronę z maskami. Niby zwykłe, mało profesjonalne, ale wiem jak mogę je wykorzystać korzystając z technik charakteryzatorskich. Póki co, napisałem do firmy, która je produkuje z propozycją współpracy, zobaczymy, co z tego wyniknie.


Masz zawsze ułożone wizje na sesje, czy działasz spontanicznie?
Przeważnie mam tak, że jak coś mi wpadnie go głowy, to od razu to realizuję, bo jeśli tego szybko nie zrobię, to to zniknie. Mam już parę pomysłów. W lipcu będą grać w Warszawie Red Hot Chili Peppers i bardzo na nich liczę. RHCP są na tyle pozytywnie zakręceni, że może się udać. Fajnie byłoby też popracować z Guns’n’Roses, ale zobaczymy. Póki co, to zespoły są u mnie na pierwszym miejscu. Tylko boję się, że ta forma zaczyna się wypalać, wszystko robi się takie samo, trochę zdjęć pojedyńczych, trochę grupowych, każde na czarnym albo białym tle. To nie jest tak jak z Acid Drinkers, że mieliśmy miejsce i czas, i mogliśmy coś powymyślać. To wszystko odbywa się bardzo szybko. Ale mam nadzieję, że część z tych zespołów, które robiłem na szybko, będzie zainteresowana dalszą współpracą.


A jak to było z Acid Drinkers?
Acid Drinkers to był pierwszy, bardziej znany zespół, któremu robiłem zdjęcia. Od pewnego czasu przyjąłem metodę, że piszę maila z propozycją sesji zdjęciowej przed koncertem, kiedy akurat grają w Trójmieście. Oni byli pierwszym zespołem który przyjął moją propozycję. Zrobiłem im kilka zdjęć i wysłałem z myślą, że się spodobają i zaproponują współpracę. I się nie myliłem, odezwał się ich menager i zaproponował mi pracę przy „Fishdick Zwei – The Dick Is Rising Again”.To było rok temu w wakacje i bardzo się wtedy tym cieszyłem. Fajni, wyluzowani panowie.


Twoje prace ociekają krwią, Ty sam, nie ukrywajmy, rzucasz się w oczy, słowem – jesteś oryginalny. Jesteś człowiekiem, który lubi prowokować?
Nie, nigdy nie myślałem o tym, żeby to wyglądało prowokacyjnie, czy przyciągało wzrok. Ale od zawsze miałem jazdę na krew, flaki… Robię coś mrocznego, ale mojego i tym bardziej mnie to jara. Nigdy nie myślałem o tym, żeby prowokować. Ale rzeczywiście, mam teraz pomysł na kilka świadomie takich sesji. Chcę je zrobić tylko dlatego, żeby zobaczyć, jak ludzie na nie zareagują, z czystej ciekawości.

Masz jakieś plany na przyszłość, oprócz sesji z Guns’n’Roses i Red Hot Chili Peppers?
Tak, mam już plany związane z kilkoma muzykami, którzy się do mnie odezwali, ale na razie nie będę nic zdradzać. Zobaczymy co przyniosą wakacje, jakie zespoły będą grały. Boli mnie trochę to, że nie mam czasu na zrobienie czegoś swojego. Ale z drugiej strony, teraz robię to, co lubię. Po prostu, fotografuję.

Zainteresowani tymi wyjątkowymi pracami więcej fotografii mogą znaleźć na fanpage’u Kobaru.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *