Mocna szóstka

fot. Public Domain Pictures

31 października, znikąd pojawiła się we mnie energia do zrobienia czegoś innego, niż czytanie książki czy oglądanie konkursów konnych. Miałam przeczucie. Pomyślałam, że to będzie mój wieczór. I tak też się wydarzyło.  

Cytując klasyka: stała się rzecz niesłychana. Nieczęsto zdarza mi się coś wygrywać, jednak niedzielny wieczór kończący październik miał być dla mnie sygnałem, że mam potencjał i najprawdopodobniej nadaję się do zdecydowanie wyższych celów, niż do tej pory sądziłam. 

Razem ze znajomymi stwierdziliśmy zgodnie, że tej nocy pójdziemy na imprezę. Kiedy zaczęło zmierzchać, wraz z towarzyszącym mi podskórnym przeczuciem, że to właśnie wyjście, może być dla mnie przełomowe, a wręcz epokowe, podreptałam do łazienki, przywdziałam czym prędzej strój wyjściowy, pomalowałam rzęsy, zamknęłam drzwi i raźnym krokiem wyszłam w ciepłą, październikową noc.

Kiedy dotarliśmy na miejsce, okazało się, że naszego przyjścia wyczekiwał już tłum ludzi, dudniąca we wszystkich organach znajdujących się w ludzkim ciele muzyka, a także astronomicznie długa kolejka do baru. Aby zmaksymalizować szanse na dobicie się do kontuaru, stanęliśmy w niej wszyscy. Jednak po godzinie zdecydowaliśmy, że przerywamy misję ze względu na czas oczekiwania, który najprawdopodobniej miał wynieść jeszcze tylko drugie tyle. Cała moja paczka zrobiła więc synchroniczny zwrot przez lewe ramię i w uporządkowanym szyku zaczęła oddalać się od baru. Szłam jako ostatnia. 

Odchodziłam już z kolejki, kiedy kątem oka zauważyłam, że razem ze mną, równolegle, opuszcza ją na oko 20-letni chłopak. Spojrzałam na niego mimochodem, on złapał moje spojrzenie, przyjrzał mi się od góry do dołu i kiwając głową, z nieskrywaną aprobatą na twarzy powiedział do swojego kolegi: mocna szóstka. Tak po prostu. A ja poczułam, jakby mnie olśniło. 

Radość i wdzięczność zaczęły stopniowo rozprzestrzeniać się po moim ciele. Poczułam się jak kilka lat temu, kiedy chodziłam jeszcze do szkoły i szóstka w dzienniku, była niemałym osiągnięciem, a kiedy uczeń ją dostawał, szybował pod niebiosa. Biegł ile sił w nogach do domu i chwalił się jak najprędzej rodzicom swoim osiągnięciem. I to właśnie chciałam zrobić. Pędem pobiec do mamy i pochwalić się jej, że dostałam tak wysoką notę w rankingu jakiegoś nieznajomego chłopaka. Chciałam wykrzyczeć wszystkim jedynkom, dwójkom, trójkom, czwórkom i piątkom, że konkurencja została wygrana i mogą iść do domu, bo i tak nie mają już szans. Wirtuozeria, z jaką komplement ten został wypowiedziany, dodawała mu tylko szyku, a mnie pewności, że miał on swój początek głęboko w sercu chłopaka, który postanowił się nim podzielić. Zachwycił mnie polot, konstrukcja składniowa, a także nienaganny sposób wypowiedzi. Słowem – wszystko. Kiedy pierwszy wybuch radości stopniowo zaczynał przechodzić, poczułam, jak mój umysł powolutku kładzie się na miękkiej poduszce z pierza, otula się ciepłym, różowym kocykiem i zaczyna z wolna dryfować w marzeniach. Śnił o konkursach konnych i pięknym koniu fryzyjskim, który w ostatnim odcinku dostał mocną szóstkę. I tak też w mojej głowie pytanie: koń to czy kobieta, zaczęło z wolna się rozmywać, tracić sens. Na koniec i tak zostają tylko cyferki. 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

dwadzieścia + 8 =