Paulo Sousa. Co się udało, co zawiodło?

fot. EPA / David Ramos

Polska odpadła z Euro po porażce ze Szwecją 2:3. Przyszedł czas rozliczeń po nieudanych mistrzostwach Europy. Czy głównym winowajcą jest Paulo Sousa? Czy należy zwolnić Portugalczyka? Jaka przyszłość czeka naszą reprezentację? Na to pytanie trzeba znaleźć odpowiedzi, bo już na początku września reprezentacja wraca do meczów eliminacyjnych mistrzostw świata w Katarze. 

Dokonania Portugalczyka faktycznie nie budzą wielkiego uznania. Kadra pod wodzą Sousy wygrała zaledwie jeden mecz, w dodatku ze słabiutką Andorą. Zremisowała pozostałe cztery i przegrała trzy (w tym dwa na mistrzostwach Europy ze Słowacją i Hiszpanią). Do byłego trenera m.in. Bordeaux można mieć wiele zastrzeżeń, choć dostał on naprawdę mało czasu, aby przygotować zespół na mistrzostwa. Z drugiej strony podpisując kontrakt, wiedział, że do Euro pozostało zaledwie kilka miesięcy. Jednak można ten okres wykorzystać dobrze, a także go zmarnować. Sousa od początku był zmuszony uczyć się tego zespołu. Dokonywał bardzo zaskakujące (dzisiaj wiemy już, że irracjonalne) decyzje, choćby wystawił Sebastiana Szymańskiego na prawym wahadle w spotkaniu z Węgrami. W sparingach na kilka dni przed turniejem nadal nie wykrystalizowała się podstawowa jedenastka. Dał zagrać Tomaszowi Kędziorze z Rosją i Islandią przed Euro, a na samej imprezie zawodnik Dynama Kijów nawet nie podniósł się z ławki rezerwowych. Tymoteusz Puchacz, który dostał swoje pierwsze powołanie, nagle wskoczył w hierarchii przed Macieja Rybusa. Karol Linetty, mimo że był zabierany na kolejne zgrupowania, raczej nie odgrywał istotnej roli w zespole. Wszedł na mecz ze Słowacją, w którym zdobył nawet bramkę. Wydawało się, że to może być moment przełomowy w jego pozycji w kadrze, lecz w następnych spotkaniach nie wyszedł w pierwszym składzie. Gdy inne reprezentacje dopinały detale swojej gry, nasza wciąż znajdowała się na placu budowy. Niestety, brakowało zgrania, regularnej gry w konkretnym składzie. Konsekwencje tego były wyjątkowo brutalne. Polacy popełniali zatrważającą ilość prostych błędów w obronie, które bezpośrednio prowadziły do kolejnych straconych goli.

Sousa chciał, aby drużyna grała systemem hybrydowym. Jest to skomplikowane ustawienie. W fazie ofensywnej ma być trzech defensorów, a podczas obrony czterech. Wprowadzenie takiego ustawienia wymaga jednak trochę czasu, a było go wyjątkowo mało. Portugalczyk tak naprawdę odbył jedno pełne zgrupowanie z reprezentacją w Opalenicy przed mistrzostwami Europy, na którym mógł ćwiczyć z piłkarzami swój wariant gry. Zamiast prób wprowadzania nowoczesnej taktyki, powinien skupić się na rzeczach najprostszych. Na eksponowaniu zalet, ukrywaniu wad, budowaniu stabilnej jedenastki i unikaniu nadmiernego kombinowania. Tak myślał Jerzy Brzęczek, którego drużyna skutecznie się broniła, nie grała skomplikowaną hybrydą. Na tym zresztą polega piłka reprezentacyjna. Selekcjonerzy nie mają tyle czasu, ile ich klubowi odpowiednicy. Dlatego kluczem do sukcesu jest skuteczna realizacja prostych środków i zgranie wśród piłkarzy. Najlepszym przykładem jest reprezentacja Szwecji. Janne Andersson nie ma w swojej ekipie wielkich piłkarzy. Lecz zawodnicy u niego są niezwykle zgrani, funkcjonują ze sobą od wielu lat, świetnie realizują założenia trenera. Efekt jest imponujący. Skandynawowie na drugiej imprezie z rzędu wychodzą z pierwszego miejsca w grupie. Za to Paulo Sousa zachowywał się jak trener klubowy. Zajął się wymyślaniem cudownej taktyki, mimo że do turnieju pozostało mało czasu. Przez ten krótki okres całkowicie zburzył poprzednie fundamenty i nie położył nowych.

Nie wszystko wyszło źle

Należy jednak pamiętać, że Jerzy Brzęczek został zwolniony za brak stylu. Kadra pod jego wodzą grała niezwykle topornie, miała problemy ze strzelaniem goli z silniejszymi rywalami. Po meczach Ligi Narodów z Holandią i Włochami uświadomiono nam, że w konfrontacji z mocniejszymi rywalami Biało-Czerwoni nie mają czego szukać. Samym piłkarzom nie podobała się, jak gra reprezentacja. Wiele zmieniło się po przyjściu selekcjonera. Dla nich sposób mówienia o piłce Paulo Sousy, metody treningowe przypominają te, do których są przyzwyczajeni w europejskich klubach. Zawodnicy kupili jego pomysł, co jest bardzo istotne. Zachwycali się na konferencjach prasowych treningami pod wodzą Portugalczyka, a na zgrupowaniu według ich relacji panowała cudowna, niemal rodzinna atmosfera. Widać progres, jaki zrobiła ta drużyna. Za poprzedniego szkoleniowca Polacy byli bierni, reaktywni, mieli problemy, aby stworzyć sobie sytuacje z mocniejszym przeciwnikiem. Nowy trener chciał to zmienić, o czym powiedział w wywiadzie dla „El Pais”.

– W tym krótkim czasie chcemy zbudować coś zupełnie innego. Chcemy zerwać z kulturą gry z przeszłości. Chcemy być drużyną, która prowadzi grę, wiedząc, że będą momenty, kiedy będzie nam trudniej z niektórymi rywalami. Musimy wiedzieć jak ich pokonać poprzez naprzemienne prowadzenie gry i momenty przerwy.

Za Sousy Polacy zaczęli grać piłką, szukać szans bramkowych. W ataku pozycyjnym strzelili bramki Węgrom, Rosjanom, Islandczykom, Słowakom i Hiszpanom. Portugalczyk próbował zaprzeczyć stereotypowi, że Polska może jedynie grać z kontry. Bardzo dobrze wyglądał wysoki pressing, w szczególności w meczu z La Furia Roja. W starciu z Anglią dzięki niemu Jakub Moder odebrał piłkę i zdobył bramkę na Wembley. Wreszcie prawidłowo skorzystaliśmy z potencjału Roberta Lewandowskiego. Napastnik Bayernu strzelił trzy bramki na Euro, co jest jego najlepszym wynikiem na wielkich turniejach. Sousę prześladował też pech. Z Euro urazy wyeliminowały Arkadiusza Milika, Krzysztofa Piątka, Arkadiusza Recę, Krystiana Bielika i Jacka Góralskiego. Kilku z nich stanowiłoby zapewne ważne ogniwa tej drużyny. Po porażce ze Szwecją pojawiła się informacja, że piłkarze chcą wciąż kontynuować współpracę z Sousą. Jak widać, reprezentanci uwierzyli w szkoleniowca. Być może zgranie, odpowiednie funkcjonowanie w systemie hybrydowym, skuteczna gra w obronie przyjdzie z czasem.

Winny Boniek

Główną odpowiedzialność za taki stan rzeczy ponosi Zbigniew Boniek. Prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej największy błąd popełnił tuż po nieudanych mistrzostwach świata w Rosji. Na stanowisko selekcjonera zatrudnił Jerzego Brzęczka. Kadra pod wodzą byłego szkoleniowca Wisły Płock, mimo że wygrała eliminacyjną grupę na Euro (mieliśmy wyjątkowo łatwych przeciwników, a na sam turniej awansowały aż 24 zespoły), to nie widać było żadnej nadziei na przyszłość. Gdy po tragicznych meczach Ligi Narodów z Włochami i Holandią, apelowano do prezesa PZPN o zwolnienie Brzęczka. Ten pozostawał niewzruszony i pozostawił go na stanowisku. Gdy pogodzono się, że wicemistrz olimpijski z 1992 roku poprowadzi drużynę podczas Euro, Zbigniew Boniek wszystkich zaskoczył. Pożegnał się z Brzęczkiem, pośrednio przyznając, że reprezentacja straciła dwa lata. W jego miejsce zatrudnił Paulo Sousę. Portugalczyk był znany w Bourdeaux (poprzednie miejsce pracy Sousy) z tego, że potrafi być uparty na swój hybrydowy styl gry, nawet jeśli wyniki nie są najlepsze. I właśnie to otrzymał Boniek. Wziął rewolucjonistę i go dostał. Dał nowemu szkoleniowcowi bardzo mało czasu. Musiał on rozegrać od razu trzy mecze eliminacyjne do mundialu w Katarze. Po chwili odbyło się Euro, na którym kadra nie wyszła z grupy. Na pewno zmiana została dokonana za późno. Istotne jest to, czy mimo wszystko z Sousą można coś osiągnąć w przyszłości. Również należy pomyśleć, czy ewentualna zmiana selekcjonera nie przyniesie więcej problemów niż korzyści. Kolejny trener z nowymi koncepcjami spowoduje, że od nowa rozpocznie się proces budowania reprezentacji.

Jak widać, ocena kadencji Portugalczyka nie jest wcale zero-jedynkowa. Zespół dokonał progresu, lecz wynik na Euro był zdecydowanie poniżej oczekiwać. Nowy selekcjoner dostał niezwykle mało czasu, lecz zamiast tuszowania wad, zaczął tworzyć nowe problemy. Poprawił grę w ataku, a popsuł dosyć dobrze funkcjonującą defensywę Brzęczka. Należy zastanowić się, jaka przyszłość czeka Paulo Sousę. Sprawa wcale nie jest prosta. Decyzja o pozostawieniu lub zwolnieniu nie będzie należała do Zbigniewa Bońka. W połowie sierpnia kończy się mu kadencja prezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej. Jeśli jego następcą zostanie Marek Koźmiński, można wyobrazić sobie scenariusz, że Portugalczyk pozostanie na stanowisku. Przynajmniej do końca eliminacji mistrzostw świata. W przypadku zwycięstwa Cezarego Kuleszy jest duża szansa, że pożegna się on z Sousą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *