Nauka aktorstwa z Michaelem Douglasem — recenzja „The Kominsky Method”

źródło: Filmweb | Netflix, Warner Bros. Television, Chuck Lorre Productions

Podstarzały aktor, którego lata świetlanej filmowej kariery minęły najprawdopodobniej razem z prezydenturą Nixona oraz jego marudny agent, próbują przetrwać jesień swojego życia z uśmiechem. Od kilku tygodni na Netflixie oglądać można ostatni sezon „The Kominsky Method”.

Właśnie skończyłam „Grace and Frankie” z niesamowitą Jane Fondą i Lily Tomlin, kiedy Netflix polecił mi coś, co według portalu miało być podobne – „The Kominsky Method”. Na pierwszy rzut oka można znaleźć kilka zbieżności. Obie komedie opisują perypetie niemłodych przyjaciół, którym życie klasycznie rzuca różne kłody pod nogi. W produkcji Chucka Lorre Sandy Kominsky (Michael Douglas) jest nauczycielem aktorstwa, laureatem nagrody Tony, niegdyś popularny, z wielkimi szansami za zdobycie wielkiej renomy w świecie filmowym. Lata świetności jednak już dawno za tym, dlatego skupia się na kształceniu przyszłych artystów. Wspiera go w tym jego wieloletni przyjaciel oraz agent – Norman Newlander (Alan Arkin), nie powstrzymując się od zgryźliwych uwag i komentarzy. On natomiast po śmierci żony stara się znaleźć sens istnienia i nie zwariować ze swoją córką – narkomanką.

Nie spodziewałam się, że właśnie duet Douglasa i Arkina na ekranie to jest dokładnie to, czego potrzebowałam. Duży wpływ mają na to dobrze napisane postacie, które są zbudowane na zasadzie kontrastów, z niewielkimi cechami wspólnymi, łączącymi ich przez te dziesięciolecia. Jednak gra aktorska obu laureatów Oscara sprawia, że w momencie zapominamy o nich samych, a w naszej świadomości zostaje tylko Sandy i Norman. Podczas oglądania dzięki tym dwóm praktycznie uśmiech nie znika z twarzy, chociaż niejednokrotnie pojawiają się też i łzy.

Po usłyszeniu wiadomości o odejściu Arkina z obsady można się ogromnie zawieść. Wydawało mi się, że cała dynamika serialu, a przy tym i wszystkie najzabawniejsze momenty oparte są właśnie na dialogach tej dwójki bohaterów. W trzecim sezonie zostaje nam już tylko Sandy z tej pary, ale udaje mu się pociągnąć serial ku dobremu zakończeniu. Dostajemy też kilku nowych bohaterów i nowe historie, które przynajmniej w kilku procentach dodają fabule to, co odjęło zniknięcie postaci Normana.

Jeśli miałabym powiedzieć jakiś minus tej produkcji, to byłaby to zbyt mała ilość odcinków. Chuck Lorre podarował nam jedynie 22 krótkich epizodów i chociaż w ich trakcie idealnie udało mu się zmieścić całą historię, bez zbędnych przedłużeń czy ucinania wątków, to ja nie mogę się pogodzić z końcem serii. Na szczęście przed nami jeszcze kolejny sezon „Grace i Frankie”, który w pewnym sensie może zrekompensować stratę po „The Kominsky Method”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *