Za Chiny ludowe

Lubię myśleć o tym, że naturę podróżnika zaszczepił we mnie dziadek. Kiedy ja byłam jeszcze mała, on jeździł po świecie, a gdy wracał, opowiadał mi o swoich wyprawach i pokazywał zdjęcia krajów zupełnie innych niż Polska. Dziadek kochał poznawać nowe kultury i uczyć się nowych języków. Zawsze mi powtarzał, że znajomość języków obcych to podstawa i myślę, że to w dużym stopniu wpłynęło na wybór moich studiów.

W liceum po przeczytaniu książki „Zbrodnia i kara” momentalnie zakochałam się w Rosji. Byłam tak zafascynowana tym ogromnym krajem, że postanowiłam iść na studia związane z językiem rosyjskim. Myślałam nad rosjoznawstwem i filologią rosyjską, ale ostatecznie mój wybór padł na tajemniczo brzmiący kierunek „studia wschodnie”, który zakładał naukę języka rosyjskiego i chińskiego. Chiński potraktowałam jako egzotyczny dodatek – tak naprawdę niewiele wiedziałam o Chinach, o kulturze i tradycjach tego kraju. Nigdy nie miałam styczności z językiem chińskim, nie byłam pewna, czy w ogóle sobie poradzę z nauką. Początki były ciężkie – miałam problem z wymową, zapamiętywaniem znaków i gramatyką, ale nie poddawałam się. Nauka szła mi coraz lepiej, a sam chiński coraz bardziej mnie fascynował.

Na drugim roku studiów zaproponowano mojemu kierunkowi wyjazd na stypendium rządowe do Chin. Sino-European Scholarship obejmowało naukę pół roku nauki języka chińskiego na uczelni Harbin Normal University (chiń. 哈尔滨师范大学), zapewniony był również akademik, ubezpieczenie medyczne i miesięczne stypendium w wysokości 1400 juanów. Na początku byłam trochę zakłopotana, nie wiedziałam, czy chcę pojechać. Z jednej strony była to niesamowita okazja poznania kraju i języka, a z drugiej – wyjazd na drugi koniec świata, notabene moja pierwsza podróż poza Europę. Po początkowym stresie, rozmowach z rodziną, stwierdziłam, że nie mogę zmarnować takiej szansy. I tak razem z ośmioma osobami z moich studiów, rozpoczęliśmy przygotowania do wyjazdu do Chin.

Nie jest łatwo dostać się do Chińskiej Republiki Ludowej. Aby wjechać na teren Chin, potrzebna jest wiza, jeśli chodzi o wyjazd na wymianę studencką – wiza kategorii X, list akceptacyjny z chińskiej uczelni, dwa listy polecające, a także specjalne badania fizyczne, które obejmują m.in. rentgen płuc, badania krwi na wirus HIV, kiłę oraz EKG. Dopiero po skompletowaniu wszystkich wymaganych dokumentów można udać się do Konsulatu Chińskiej Republiki Ludowej. W trakcie załatwiania wizy pojawiło się trochę problemów – nikt, łącznie z sekretarką w Konsulacie, nie wiedział, czy przy ubieganiu się o wizę potrzebny jest bilet lotniczy, a także jaki dokładnie formularz należy wypełnić. Mimo tych drobnych utrudnień, wszystko udało się załatwić. Po odebraniu paszportu z wizą przyszedł czas na kupno biletu lotniczego, zaszczepienie się i pakowanie.

Pekin, widok na Zakazane Miasto

W marcu 2019 roku, po kilkunastu godzinach lotu z Gdańska i jednej przesiadce w Amsterdamie razem z dwiema przyjaciółkami wylądowałyśmy w Pekinie. Pierwsze wrażenie nie było zbyt udane – ogromny smog za oknem, kucane toalety, niedziałające aplikacje, bo np. Facebook, Google, Whatsapp są zablokowane w Chinach, problemy z VPN i brak internetu. Mimo trudności z porozumieniem się z pracownicą lotniska, udało nam się trafić na odprawę, gdzie dowiedziałyśmy się, że nasz lot do Harbinu został odwołany. Linia lotnicza zarezerwowała nam bilet na następy samolot, co z kolei zwiększyło czas przesiadki w Pekinie z 6 do 8 godzin.

Po wylądowaniu w Harbinie pojawił się kolejny problem – osoba odpowiedzialna za studentów zagranicznych, z którą wcześniej się kontaktowałyśmy, zapomniała odebrać nas z lotniska. Poza nami, na lotnisku nie było innych obcokrajowców – czekając na osobę z uczelni, stałyśmy się niemałą atrakcją dla Chińczyków. Chińczycy są bardzo ciekawi gości zza granicy, zwłaszcza w mniejszych miastach zwracają na nich uwagę – inicjują rozmowy, robią im zdjęcia z ukrycia czy też otwarcie proszą o wspólne zdjęcie. Po kilku godzinach i z pomocą ze strony poznanych wcześniej Chińczyków studiujących w Polsce, byłyśmy w drodze do akademika i około godziny 24:00 dojechałyśmy na teren kampusu. Kiedy trafiłam do przydzielonego pokoju, byłam w ogromnym szoku – obdrapane ściany, popsute drzwi do łazienki, połamane łóżko, brak pościeli, gdzieś nawet przebiegł karaluch. Kwatera wyglądała inaczej niż na zdjęciach opublikowanych na stronie uniwersytetu.

Świątynia w Harbinie

Po dwudziestu kilku godzinach bez snu w końcu przyszedł czas na odpoczynek – ale nie na długo, bo o godzinie 8 do pokoju wpadła ayi (z chiń. ciocia; pani zarządzająca akademikiem), kazała szybko zejść na recepcję, gdzie trzeba było załatwić wszystkie formalności związane z przyjazdem. Po wypełnieniu wszystkich dokumentów, otrzymaniu legitymacji studenckiej, przyszedł czas na odkrywanie okolicy i miasta.

Harbin leży na północnym wschodzie Chin, jest stolicą prowincji Heilongjiang (chiń. 黑龙江). To prawie 10-milionowe miasto, o którym rzadko słyszy się w polskich mediach. Miasto położone jest niedaleko granicy z Rosją, widoczne są w nim rosyjskie wpływy – kulinarnie i architektonicznie wyróżnia się na tle innych chińskich miast. Na głównej ulicy, Zhongyang Dajie (chiń. 中央大街) można zauważyć rosyjskie napisy, a niedaleko znajduje się cerkiew św. Zofii. Muszę przyznać, że chleb wypiekany w rosyjskich piekarniach, który dla Chińczyków z innych części kraju jest czymś egzotycznym, wręcz niespotykanym, nierzadko był moim jedynym ratunkiem. Harbin znany jest z Festiwalu Lodu i Śniegu (chiń. 冰雪大世界) – corocznego święta, które odbywa się w zimie (grudzień-luty). Główną atrakcją festiwalu są niezwykłe lodowo-śnieżne rzeźby, m.in. replika Zakazanego Miasta czy greckiego Akropolu.

Przyjeżdżając do Chin, oprócz podstaw języka, tak naprawdę niewiele wiedziałam o samym kraju. Zajęcia dotyczące kultury i polityki chińskiej miały być w tym semestrze, w którym jechałam na wymianę. Mimo wszystko jest to miejsce zupełnie inne od Europy i początkowy szok kulturowy przerodził się w fascynację. W Chinach nie korzysta się z zachodnich aplikacji, które są zablokowane, tylko z ich chińskich odpowiedników. Zdecydowanie najważniejszą jest aplikacja WeChat, która jest nie tylko chińskim komunikatorem – można w niej załatwić praktycznie wszystko, od zakupu biletów do kina, przez kupno mieszkania czy płatności w sklepie. Chiny są rzeczywiście bardzo rozwinięte pod kątem technologii – w wielu miejscach praktycznie nie używa się gotówki, obowiązują wyłącznie płatności mobilne. Nawet przydrożni sprzedawcy mają swoje kody QR, które wystarczy zeskanować, a następnie wpisać odpowiednią kwotę, żeby pieniądze zostały wysłane. Jeśli chodzi o płatności w większych sklepach, to sprzedawca skanuje kod QR kupującego i błyskawicznie ściąga należną kwotę z konta.

W Chinach wybicie 12:00 oznacza godzinną przerwę obiadową. O tej porze Chińczycy ruszają do swoich ulubionych restauracji, bardzo ciężko jest wtedy znaleźć miejsce w lokalu. To przecież najludniejszy kraj świata, co zresztą zmusiło mnie do kompletnego zredefiniowania własnego pojęcia tłumu – kolejki do sklepów, restauracji, atrakcji turystycznych stały się częścią mojego życia. Podróż po Chinach jest niesamowitym kulinarnym doświadczeniem – każdy region tego państwa ma swoje unikalne potrawy, których nie spotka się w innym miejscu. W Polsce panuje stereotyp, że Chińczycy jedzą wyłącznie ryż, tymczasem kuchnia chińska jest niesamowicie różnorodna. Oczywiście ryż dominuje, ale głównie na północy kraju – południe stawia na dania z makaronami. Fascynującym aspektem kultury chińskiej jest właśnie kultura jedzenia. Chińczycy często spotykają się w restauracjach, ale nie jedzą cicho, lubią między sobą rozmawiać – cała restauracja jest wypełniona przeróżnymi dźwiękami. Posiłku nie zamawia się wyłącznie dla siebie – są to wspólne potrawy, którymi wszyscy się częstują. Warto zaznaczyć, że przy takich wyjściach za wszystkich płaci jedna osoba (ta zapraszająca). Spotkałam się z takimi sytuacjami, że kelnerki zrzucały jedzenie na podłogę, paradoksalnie robiąc sobie większy bałagan, żeby kolejna osoba nie musiała zbyt długo czekać na stolik. Niektórzy uważają, że jest to oznaka dobrobytu – Chiny rozwinęły się na tyle, że mogą w ten sposób traktować jedzenie.

Plakat „kochaj ojczyznę” wiszący przy szkole podstawowej

W Chinach rządy sprawuje Komunistyczna Partia Chin i jest to odczuwalne w przestrzeni publicznej. W wielu miejscach wiszą plakaty propagandowe z sierpem i młotem, zachęcające m.in. do bycia wzorowym obywatelem, kochania i służenia ojczyźnie. Siedzibą Partii jest Pekin, w którym można poczuć trochę bardziej nerwową atmosferę – obcokrajowcom o wiele częściej sprawdza się paszport, a na każdym kroku są kamery oraz posterunki policji. Kwestie bezpieczeństwa są na najwyższym poziomie – na dworzec kolejowy nie może wejść każdy, tylko osoba z ważnym dokumentem tożsamości i biletem. W wielu miejscach prześwietla się bagaż – nie tylko na lotnisku i dworcu kolejowym, ale również na stacjach metra, w muzeach czy innych atrakcjach turystycznych.

Mimo wszystko bycie zagranicznym turystą w Chinach jest trudne, bo większość atrakcji przystosowana jest do turystyki wewnątrzkrajowej – na wizie turystycznej nie można otworzyć konta bankowego w Chinach, co przekłada się na problemy z płatnościami. Zagraniczne karty nie działają, a w niektórych miejscach w ogólnie nie można płacić gotówką – tylko przez aplikacje WeChat Pay lub Alipay, które z kolei honorują wyłącznie chińskie karty bankowe. Nie wszystkie hotele przyjmują obcokrajowców – należy mieć specjalną licencję, a także zgłosić zagranicznych gości na policję. Ponadto w wielu miejscach jest problem z porozumieniem się po angielsku – dobrze jest znać podstawy chińskiego, a przynajmniej sposób, w jaki Chińczycy pokazują liczby na palcach. Umiejętność posługiwania się pałeczkami jest absolutną koniecznością, bo w restauracjach nie podaje się sztućców – wyjątkiem jest łyżka, która znacząco różni się od łyżki stołowej.

W Chinach spodobało mi się tak bardzo, że po licencjacie byłam gotowa wrócić. Chciałam zrobić sobie rok przerwy przed studiami magisterskimi i w tym czasie na spokojnie uczyć się chińskiego w Chinach. Niestety koronawirus wszystkim pokrzyżował plany. Mimo że Chiny już opanowały pandemię – nie ma dużo przypadków zakażeń, życie wróciło już do normalności – granice pozostają zamknięte. Często wracam myślami do tego okresu, oglądam zdjęcia i praktycznie czuje zapach duriana, papierosów czy ostrej zupy. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że wyjazd do Chin był przełomowym momentem w moim życiu. Nauczyłam się samodzielności, poznałam wiele osób z różnych części świata (z którymi dalej mam kontakt!), zrozumiałam wiele aspektów kultury chińskiej, a także mój poziom języka chińskiego znacznie się poprawił. Przez pół roku nie da się poznać całego kraju, zwiedzić wszystkich miejsc, spróbować wszystkich potraw – czekam więc, aż Chiny ponownie się otworzą, bo to fascynujący kraj, w którym jest jeszcze wiele do odkrycia.

Wszystkie zdjęcia pochodzą z archiwum autorki.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *