(Nie)Ironicznie#1: Dziadek, inflacja i korzenne pierniczki – czyli trochę o pieniądzach

Black Friday za nami, więc z czystym sumieniem mogę powiedzieć, iż jestem niemal pewny, że przepłaciliście. Spokojnie, wiem, że nie odkrywam tu kulistości Ziemi, ale jeżeli nie rozumiecie, o czym mówię (albo jesteście płaskoziemcami) i na usta cisną wam się słowa dalekie od cenzuralnych – spieszę z wyjaśnieniem, czyli krótką historyjką o moim dziadku.

Dziadek, który w życiu robił rzeczy wiele, po transformacji ustrojowej pracował w sklepie meblowym w Pszczółkach. Tam też, z uwagi na nowe i bezlitosne prawa wolnego rynku, jedna sofa nie chciała zniknąć z wystawy i zagościć w czyimś salonie obok meblościanki. Właściciel spisał już ten mebel na straty, lecz Dziadek, w którym PRL jakimś cudem wykształcił żyłkę zgniłego kapitalisty, wpadł na genialny pomysł. Niczym prestidigitator, używając długopisu i kartki, podniósł cenę sofy trzykrotnie. Zgodnie z oczekiwaniami, sofa nadal nie wzbudziła zainteresowania klientów, a jedynie lekką zadyszkę, gdy spoglądali na cenę. Następnie, po upływie tygodnia, Dziadek energicznym ruchem przekreślił horrendalną kwotę i udekorował sofę kolorową plakietką z napisem: „Promocja – 50%”. W przeciągu dwóch dni mebel, ku zdumieniu właściciela sklepu, zniknął z wystawy. Jednak geniusz Dziadka ukazał się w pełnej krasie dopiero, gdy okazało się, że sofa została sprzedana nie dość, że szybciej, to w dodatku drożej…

Dokładnie za 150% początkowej ceny, co wydaje się zupełnie nielogiczne. A jednak, sam napis: „promocja” był w stanie skłonić niezdecydowanych nabywców do zakupu produktu, wyłączając zupełnie podejrzliwość w ich umysłach.

Ale to było kiedyś… Teraz konsumenci są świadomi, wyedukowani, dociekliwi…

A guzik prawda! Większość cen w Black Friday jest wyższa od najniższej w przeciągu poprzednich trzech tygodni – przynajmniej jeżeli chodzi o elektronikę, jak to podsumował Kuba Klawiter w ostatnim Tech Weeku – a i tak kupujemy na potęgę w dobie globalnej pandemii, z którą powiązany jest kryzys gospodarczy…

Grudzień to magiczny miesiąc, czas podsumowań. Wiemy już, że e-learning zwiększył popyt na Starazolin – szczególnie ten przeterminowany. Dziś ustaliliśmy, że część z nas nie uważała na matmie w podstawówce i ma problem z działaniami na procentach. Nie wiemy jeszcze, jak nam idzie zarabianie pieniędzy…

A dokładniej: jak nam szło, dopóki koronawirus nie wprowadził ogólnoświatowego trendu na rujnowanie gospodarek. Pogadajmy więc trochę o pieniądzach. Średnie wynagrodzenie brutto w Polsce dynamicznie wzrastało od 2015 roku, w październiku 2020 dochodząc do niewyobrażalnej dla przeciętnego studenta kulturoznawstwa kwoty 5458 złotych brutto miesięcznie. Ale hola, hola – średnie wynagrodzenie otrzymuje zaledwie ok. 33% wszystkich pracujących! A, procenty. Zapomniałem… To inaczej: nie ty, nie twój kolega, ewentualnie ten typ, od którego ściągałeś na matmie w podstawówce!

Jest to też wynagrodzenie brutto, czyli takie działające na zasadzie paczki chipsów: duża paka paprykowych po otwarciu okazuje się być co najmniej w ¼ wypełniona powietrzem, a nasze 5458 złotych brutto po wypłacie okazuje się 3938 złotymi „na rękę”. Co więcej, dynamiczny wzrost, o którym wspominałem, pomija inflację. To ważne? Kluczowe, bo – w uproszczeniu – rosnąca inflacja to ta siła, która sprawia, że za tyle samo kasy możemy kupić mniej paczek wspomnianych paprykowych, niż poprzednio. W rezultacie faktycznie zarabiamy więcej, ale rosnąca inflacja skutecznie ściąga nas na ziemię, a poziom zarobków z uwzględnieniem inflacji od 2015 roku jest mniej więcej stały.

Średnia, którą zazwyczaj posługują się politycy, jest zawyżana przez tych zarabiających najwięcej. Bardziej wiarygodna od średniej jest mediana zarobków. Przeciętny Polak (przewidywania na luty 2020) zarabia brutto 4330 złotych, czyli ok. 2 914 złotych netto. To już nie wygląda tak fajnie, prawda? A nie mówiliśmy jeszcze o tych, którzy zarabiają najmniej. Według przewidywań, w lutym 2020, 20% najmniej zarabiających zarabiało mniej niż 2 099 zł netto miesięcznie.

–  I co z tego, to całkiem rozsądne pieniądze? – odezwał się wyśmiewany w żartach student kulturoznawstwa.

Chodzi o to, że przedstawione dane pochodzą sprzed dwóch lockdownów, które dotknęły głównie osoby najmniej zarabiające, pracujące na stanowiskach niewymagających wysokich kwalifikacji. Programista na przykład nie odczuł lockdownu tak, jak kelnerka w restauracji, ba, mógł nawet liczyć na podwyżkę, o czym kelnerka nawet nie mogła pomarzyć. Z badań CBOS z 2019 roku wynika, że statystyczny Polak miał oszczędności, które starczyłyby mu na ponad 2 miesiące. Jednakże, jak już się przekonaliśmy na przykładzie zarobków, statystyka nijak się ma do pensji w poszczególnych percentylach (procentach populacji zarabiających do danej kwoty). Osoby zarabiające najmniej często żyją z miesiąca na miesiąc, a jeżeli nawet posiadałyby oszczędności przeciętnego Polaka (2 miesiące) – uprzejmie przypomnę, że pierwszy lockdown miał miejsce 9 miesięcy temu.

–  I co mi do tego? Nie mój problem! – stwierdził elokwentnie zirytowany student kulturoznawstwa, skrolując dalej na swoim zakupionym na Black Friday iPhonie.

Super, bardzo się cieszę, ale zechciej zwrócić uwagę, że część osób w tym roku miała naprawdę ciężko. Te osoby spędzą nadchodzące święta, rozpakowując ostatnią paczkę makaronu zamiast prezentów, dzieląc się ostatnim bochenkiem zamiast opłatkiem…

–  Nie streszczaj „Opowieści Wigilijnej”! – oburzył się oczytany student kulturoznawstwa.

Oczywiście, że uogólniam i dramatyzuję, ale uwierz mi, że niektóre wigilie przypominały i będą przypominać te u Boba Cratchita, a w tym roku zapewne będzie ich więcej niż dotychczas. Może to dobry moment, żeby wykorzystać zaoszczędzone dzięki zamknięciu barów pieniądze, żeby udowodnić mi, że nie zamieniasz się w Scrooge’a.

– Niczego ci nie muszę udowadniać! Nie mam jak im pomóc i nie mam kasy! – student kulturoznawstwa poczuł się zbity z tropu. – A poza tym – w studencie kulturoznawstwa obudził się duch mojego dziadka – co ja z tego będę miał?

Do niczego nie zmuszam, jedynie proponuję. Jeżeli nie masz kasy, możesz zostać wolontariuszem i wypisywać kartki świąteczne. Możesz wspomóc Świąteczną Paczkę lub zostać ich wolontariuszem. A co z tego będziesz miał? Psychologowie twierdzą, że pomaganie pobudza twój układ nagrody w mózgu, dając ci poczucie szczęścia i spełnienia – jeżeli nie jesteś psychopatą, rzecz jasna.

–  Tere-fere, coachingowe bzdury! – zakpił sobie student kulturoznawstwa.

–  To chociaż kup sobie pierniczki korzenne w Biedrze, leniuchu! – krzyknął redaktor, zatrzasnął laptopa i poszedł rozmówić się ze swoim cynicznym alter ego, czyli studentem kulturoznawstwa, na osobności…

A tak na serio, warto, szczególnie w tym roku, zwrócić uwagę na potrzeby ludzi dookoła nas. Pomagajmy sobie nawzajem, bo – uwaga, truizm – dobro wraca.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *