Erasmus w czasach zarazy

fot. źródło własne

Erasmus. Dotychczas, kojarzony głównie z niezastąpioną okazją na poznanie nowej kultury, zawieraniem międzynarodowych przyjaźni, podróżami i dobrą zabawą. Obecnie, wciąż funkcjonujący, lecz na zupełnie innych zasadach. Jak oparta na socjalizacji wymiana edukacyjna, wygląda w praktyce, gdy życie społeczne jest odgórnie ograniczone do minimum?

W styczniu, gdy wyjeżdżałem na Erasmusa do Budapesztu, w Europie nie było jeszcze odnotowanych przypadków zarażeń koronawirusem. Przez pierwsze dwa miesiące poznałem świetnych ludzi z całego świata, z którymi codziennie odkrywałem kolejne miejsca stolicy Węgier. Byliśmy zajęci planowaniem wiosennych wyjazdów nad Adriatyk, spacerami brzegiem Dunaju, piciem Palinki i potyczkami z węgierską wymową.

W czasie swojej mobilności, wynajmowałem pokój w starej, urokliwej kamienicy przy Dob Utca. Ci, którzy byli w Budapeszcie wiedzą, że ulica Dob słynie z klubów i codziennych imprez. Ja, gdy podpisywałem umowę najmu, jeszcze tego nie wiedziałem. Myślałem wtedy, że codzienne krzyki pijanych ludzi pod oknem, będą największą zmorą mojego Erasmusa.

A wtedy nadszedł marzec. Pierwsze przypadki COVID-19 na kontynencie, ogólnoświatowa panika i wielka niewiadoma, co dalej z wymianą.

Początkowo, Rektor Uniwersytetu Loránda Eötvösa, na którym studiowałem, postanowił przesunąć ferie wiosenne z kwietnia na marzec, z nadzieją, że sytuacja epidemiologiczna się ustabilizuje. Niestety, nic bardziej mylnego. Pod koniec marca Uniwersytet został zamknięty, rozpoczęło się nauczanie zdalne, a zarówno ja, jak i większość moich międzynarodowych przyjaciół, byliśmy już w rodzinnych domach.

W czasie mojej fizycznej obecności na uczelni, uważałem funkcjonujący tam, zindywidualizowany program nauczania za świetne rozwiązanie edukacyjne. Pozwalał on dopasowywać plan zajęć do własnych potrzeb i zainteresowań, z możliwością poznania jeszcze większej liczby nowych osób. Okazał się jednak wadliwy, w przypadku nauczania internetowego. Nowe relacje międzyludzkie uległy rozluźnieniu, gdy nie mieliśmy okazji na fizyczne spotkanie. Nasz kontakt był ograniczony do wymienianych wiadomości na Messengerze i widoku siebie nawzajem na kamerkach, na tych jednych, wspólnych zajęciach raz w tygodniu.

fot. źródło własne

W najtrudniejszej sytuacji znaleźli się jednak wtedy studenci spoza kontynentu, którzy postanowili wrócić do domu. Moja przyjaciółka z Tokio w Japonii, Nanami, przez różnicę czasową, najczęściej zajęcia miała między godzinami 20:00, a 2:00 w nocy, swojego czasu.

Mimo wszystkich przeciwności losu, z dużą nostalgią wspominam swoją wymianę. Choć nigdy nie zapomnę smutnego widoku, z ostatnich dni stacjonarnych zajęć na uczelni. Studenci przesiadali się na wykładach i w przerwach między nimi, z daleka od obywateli Chin.

Od mojej wymiany minie niedługo pół roku, sytuacja epidemiologiczna znacznie się pogorszyła, a wśród społeczeństwa można zaobserwować więcej rozsądnych, niż radykalnych i emocjonalnych reakcji. Wyjazdy na Erasmusa wciąż trwają, lecz z zachowaniem odpowiednich reguł.

Aby porównać swoje doświadczenia z sytuacją obecną, skontaktowałem się z Kamilą, studentką psychologii, która obecnie realizuje swojego Erasmusa na Uniwersytecie w Leuven, w Belgii. Leuven to miasto typowo studenckie, które przed wprowadzeniem całkowitych restrykcji, czyli tzw. kodu czerwonego, funkcjonowało normalnie, lecz z zachowaniem zasad bezpieczeństwa. Studenckie puby, słynące z belgijskiego piwa tętniły życiem, a organizacje uniwersyteckie zapraszały na wydarzenia integrujące międzynarodowych studentów. Uczelnia przyznawała karty sportowca, umożliwiające bezpłatny udział w zajęciach sportowych. Kamila, jako mistrzyni świata w Taekwondo, nie musiała porzucać treningów i mogła realizować dalej swoją pasję. Liczba zarażeń koronawirusem w Belgii zaczęła jednak radykalnie rosnąć, a władze postanowiły wprowadzić kod czerwony, obowiązujący do teraz. Zajęcia zaczęły odbywać się w formie zdalnej, na zewnątrz można przebywać w grupach czteroosobowych, a wewnątrz, tylko z jedną osobą. Wykładowcy w tych trudnych czasach, podchodzą z dużą troską do studentów. Oferują, zarówno pomoc w nauce, jak i zapewniają ewentualne wsparcie psychologiczne. Wielu przyjaciół Kamili, podjęło decyzję o powrocie do rodzinnych domów, gdy ich życie studenckie przestało istnieć, a naukę najprawdopodobniej do końca semestru będą realizować internetowo. „Miałam możliwość zwiedzenia wiele pięknych, belgijskich miast. Mimo tego, czuję, że tracę potencjał tego co mogłabym przeżyć podczas wyjazdu, porównując do tego, co przeżywam teraz” – kwituje swoją relację Kamila.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *