Ciężką pracę da się pokochać – rozmowa z Agatą Ceynową

Czy da się mieć czas dla najbliższych, jednocześnie studiując, trenując w reprezentacji kraju i zdobywając medale na międzynarodowym szczeblu? O tym rozmawiałam z Agatą Ceynową, dwudziestoletnią siatkarką, która swym talentem podbiła światowe plaże, a usposobieniem i szczerym uśmiechem – niejedno serce. Na codzień mieszka w Ośrodku Przygotowań Olimpijskich w Spale, ale na święta wróciła do rodzinnego Pucka.

Mówisz, że jesteś już dziś po wszystkim. Co to znaczy po wszystkim?

Jesteśmy po dwóch dwugodzinnych treningach na piasku. Dzisiaj trochę krócej, bo para, z którą trenowałyśmy jedzie jutro na World Tour do Szwecji. Zazwyczaj wieczorami po kolacji mamy sesję z fizjoterapeutą, która rozluźnia nam punkty i rozmasowuje mięśnie, ale że dziewczyny pojechały to fizjo zrobiła nas wcześniej, czyli było trochę więcej czasu na regenerację.

Jak się zazwyczaj regenerujecie? Czy słowo relaks w ogóle funkcjonuje w twoim słowniku?

Po całym tygodniu mamy zapewnioną saunę i perełki, takie wanny z a’la biczami, ale codziennie staramy się rolować różnymi wałkami i piłeczkami we własnym zakresie, dla własnego dobra. Na relaks też znajdziemy czas. Wieczorami możemy wygodnie położyć się w łóżku i z herbatką obejrzeć jakiś serial, poczytać książkę. Ewentualnie, jak każda z nas znajdzie trochę czasu, to chodzimy do dziewczyn grać w Jengę, Uno czy zwykłe karty.

Gdzie jesteś wtedy myślami? Nadal na boisku?

Gdyby rolowanie mięśni mniej bolało, to pewnie bym próbowała wizualizować pojedyncze akcje, ale staram się wtedy nie myśleć o niczym, ewentualnie o czymś miłym – co by tylko ból szybciej minął. Ale wizualizacje z Martyną robimy dopiero wieczorami, już w spokojnych i przyjemnych warunkach, w naszych łóżkach.

Wspomniałaś Martynę Kłodę. W jednym z wywiadów przyznałaś, że jesteście jak ogień i woda – idealnie się uzupełniacie. To twoja rówieśniczka, partnerka na piasku, ale czy też przyjaciółka?

Zaczęło się na pierwszym wspólnym obozie na Teneryfie. Jeszcze się tak nie znałyśmy i tylko pamiętam, że Martynie nie zamykała się buzia. Mówiła non stop, a ja czytałam w łóżku i tylko niekiedy, jak trzeba było, coś przytaknęłam i dalej czytałam. Początki zazwyczaj są trudne. Kiedy zaczęły się turnieje i spędzałyśmy ze sobą dwadzieścia cztery godziny na dobę, coś się zmieniło. Martyna już nie musiała zaczynać pierwsza mówić co tylko jej do głowy wpadnie, bo sama chciałam z nią pogadać. Czasem przychodzi moment, kiedy jesteśmy sobą zmęczone lub obie się na siebie zdenerwujemy. Teraz jednak wiem, że co by się nie działo, to chcę żeby była szczęśliwa. Kiedy dostajemy po turniejach wolne na kilka dni, to niby się cieszymy, że od siebie odpoczniemy, ale kiedy stanie się coś znaczącego w tym okresie – ona jest jedną z pierwszych osób, której chciałabym to powiedzieć. Śmiało mogłabym już zaliczyć Marti do mojej rodziny. Taka siostra, o której zawsze marzyłam.

No tak, upragniona siostra. Bo masz trzech braci, prawda? Jak często ich odwiedzasz? Mam na myśli, jak często wracasz do rodzinnego domu?

Oj tak. Trzech kochających braci. Takich kibiców życzę każdemu. Próbuję wracać jak najczęściej, ale przez studia i wyjazdy zagraniczne zdarza się, że pojawiam się w domu raz na dwa miesiące. Chociaż na dwa, trzy dni, ale fajnie jest zobaczyć ich mordki i spędzić z nimi chociaż trochę czasu.

Twoi bracia to też zapaleni sportowcy? A może rodzice? Czy jesteś rodzinnym wyjątkiem?

Mam wrażenie, że ze sportem jestem związana od małego. Na początku niewinnie zaczynało się kiedy moi bracia szukali czwartego zawodnika, żeby pograć na podwórku w piłkę nożną dwa na dwa. W zimę chodziliśmy na łyżwy, niekiedy koszykówkę czy inne zabawy na świeżym powietrzu. W siatkówkę zaczęłam grać z przypadku. W podstawówce mojej najlepszej przyjaciółce bardzo zależało, żeby iść na trening, ale nie miała z kim, to się zgodziłam. Pamiętam, że na początku próbowałam się wymigiwać w każdy możliwy sposób żeby tylko nie iść, ale im byłam starsza, tym trenowanie sprawiało mi coraz większą radość i przyjemność. Na szczęście nie było za późno i mam teraz możliwość ciągłego rozwijania się.

Do świata profesjonalnego sportu trafiłaś dość późno, bo w wieku 18-19 lat. Czy to masz na myśli, mówiąc, że masz szczęście, że nie było za późno?

Właśnie tak. Żałuję, że jako młodziczka (najniższa kategoria wiekowa) robiłam wszystko, żeby tylko nie iść na trening. Gdybym mogła cofnąć czas, to myślę, że byłoby odwrotnie. Zrobiłabym wszystko, żeby nie opuścić treningu. Z biegiem lat widzę, że gdybym zaczęła planować sobie dni, to nie byłoby problemu z czasem na trening.

Zaczynałaś w klubie Zatoka 95 Puck i podejrzewam, że to właśnie tam zdobyłaś podstawy swojego warsztatu. Jak określiłabyś spędzony tam czas?

Okres wakacyjny, ten w którym trenowałam na plaży, był czasem w którym czyniłam regularny progres. Miałyśmy naprawdę dobrego trenera, który stawiał na technikę i zależało mu na swoich zawodniczkach, za co jestem mu ogromnie wdzięczna. Myślę, że właśnie rozpoczęcie okresu plażowego sprawiło, że się w siatkówce zakochałam. Treningi dzień w dzień sprawiały mi frajdę, przychodziłam na nie z radością.

Jak to się stało, że z tego młodzieżowego, niewinnego grania, stałaś się reprezentantką kraju na poważnych, światowych turniejach? Czy pamiętasz, jaki był kluczowy moment?

To był ostatni rok juniorek (grania na poziomie młodzieżowym). Razem z Julią Paszke byłyśmy na Mistrzostwach Polski i zajęłyśmy piąte miejsce. Powoli się sezon kończył i już trzeba było wybierać studia i opcje na dalsze życie. Pojechałam na rowerach razem z bratem do Mostów, do mojej koleżanki. Siedząc w jej pokoju dostałam telefon. Odebrałam. Byłam wtedy w takim szoku, że szczerze to niewiele pamiętam! Zapamiętałam tylko, że widzieli mnie na turnieju i chcą, żebym przyjechała do Łodzi na kilka dni na testy. Na początku pomyślałam, że pewnie ktoś sobie robi żarty, ale na szczęście to nie był fake. Jedna z piękniejszych chwil mojego życia.

Czy było trudno przyzwyczaić się do takiego fizycznego wysiłku? Do życia w internacie? Do wielkiej dyscypliny i także do funkcjonowania tego biznesu, przemysłu, jakim jest branża sportowa?

Poza sezonem plażowym ćwiczyłam na hali, prowadziłam aktywny tryb życia, więc intensywność treningów nie była ogromnym problemem. Oczywiście nie znaczy to, że nie była nim w ogóle. Treningi były dużo dłuższe i na samym początku miałam je sama z trenerem albo z jeszcze jedną dziewczyną, co dawało się we znaki. Nie zapomnę tych zakwasów na dosłownie każdej partii mojego ciała. Tak naprawdę zaczęłam grać na najwyższym szczeblu osiągając pełnoletność, więc usamodzielnienie się i przeprowadzka nie były tak trudne, jak dla dziewczyn, które wyjeżdżają do szkół sportowych w młodszym wieku.

Twój pierwszy turniej na szczeblu międzynarodowym?

Dwugwiazdkowy World Tour w Sydney.

A największy sukces? Taki osobisty, który na pewno zapamiętasz? 

W zeszłym sezonie zajęłyśmy drugie miejsce na jednogwiazdkowym World Tour w Vaduz. Wygrałyśmy turniej plaży Open w Łodzi, ale to był taki turniej eliminacyjny. Na Mistrzynie Polski jeszcze przyjdzie pora. W tym sezonie na trzygwiazdkowym World Tour w Sydney weszłyśmy do turnieju głównego, co na długo zostanie w mojej głowie. Zagrałyśmy dwa naprawdę bardzo dobre mecze.

Co oznaczają te gwiazdki?

Zawody z tego cyklu World Tour są od jednej gwiazdki do pięciu. Pięć to taki sztos sztos. Są tam tylko top pary, bo to teamy które mają największą ilość punktów. Taka elita. Pary z niższym stażem zaczynają od jednej gwiazdki, żeby nazbierać sobie punktów i im więcej gwiazdek, tym miejsca są wyżej punktowane.

Jakie plaże odwiedziłaś do tej pory? Miałaś szansę zasmakować trochę innej kultury, czy sport jest raczej ponad kulturowymi różnicami?

Jestem szczęściarą pod względem możliwości grania na arenie międzynarodowej. Byłam już w tylu miejscach, że hoho. Chiny już z sześć razy, dwa razy Australia, Szwajcaria, Malezja, dwa razy Kambodża, Chorwacja, Węgry, Słowenia, Łotwa, Czechy, Teneryfa, Grecja, Liechtenstein a po świętach lecimy na trzy gwiazdki do Malezji! Inną kulturę można zauważyć już po wyjściu z lotniska. Na przykład w Chinach, Kambodży czy Malezji – trzeba samemu spędzić w tych miejscach kilka dni, żeby ocenić co się tam właściwie dzieje. Jedzenie mają bardzo ostre, ale pyszne. Na drogach trzeba mieć oczy dokoła głowy. Europejczycy są dla nich atrakcją, ale siatkówka wszędzie tam jest taka sama. Mam wrażenie, że siatkówka łączy ludzi. Nieważne skąd pochodzisz i w jakim języku mówisz, na boisku stosunki są bardzo przyjacielskie.

Nawet wtedy, gdy rywalizacja jest bardzo zacięta?

To znaczy… na czas trwania meczu przyjaźń staje w zawieszeniu. Każdy daje z siebie wszystko i nikt pomocnej ręki pewnie nie poda przeciwniczce, ale po meczu wszystko wraca do normy i znowu jest dobrze. Nie ma się za złe drugiej drużynie, że wygrała.

Mówisz tak, jakbyś właśnie z zawodniczkami z drugiej strony siatki zawarła fajne znajomości. To prawda?

Szczera prawda! Na turnieje zazwyczaj jeżdżą te same teamy. Często razem trenujemy przed turniejami, więc zdarzyło nam się razem wyjść na kolację czy integrować się. Jest parę drużyn z którymi mamy dobry kontakt i cieszymy się, jak widzimy ich nazwiska wpisane na listę.

Jakaś śmieszna anegdotka z treningu lub meczu?

Mam jedną ekstra! Po treningu w Chinach, jak jechałyśmy razem na kolację, Marti wpadła na pomysł medytowania w taksówce. Dojechałyśmy, a gdy po chwili okazało się, że w taksówce została nasza piłka, ta zniknęła w jednej z wąskich i krętych uliczek. Albo jeszcze jedna! Miałyśmy grać z Chinkami. Na rozprawie z trenerem dostałyśmy taktykę, jak na nie grać, jakie piłki lubią. Jak wyszłyśmy już na boisko, okazało się że trener zrobił nam odprawę na zupełnie inną parę, bo tam wszystkie Chinki mają nazwiska w stylu Xia o Cha.

Planujecie z Martyną wspólną plażową przyszłość? Wspomniałaś coś, że na Mistrza Polski przyjdzie czas.

Myślę, że dobrze jest nam razem, coraz bardziej się rozumiemy i już nie mamy oporów w mówieniu sobie, jeśli coś nam nie pasuje. Czujemy od siebie wsparcie, potrafimy rozmawiać o wszystkim, szlifujemy kombinacje, żeby mylić przeciwników i po prostu dobrze się razem czujemy. No, powoli cegiełka po cegiełce, pełne skupienie i oddanie się całkowicie na treningu i myślę, że nadejdzie moment, kiedy razem staniemy na podium.

Studiujesz finanse i rachunkowość na Uniwersytecie Łódzkim, ale zaocznie.

Oj, byłoby bardzo ciężko pogodzić granie z dziennymi studiami. Studiuję niestacjonarnie w weekendy i jak mam tylko wolne i jestem w Polsce, to przyjeżdżam na wykłady i siedzę na uczelni.

Podsumowując już… Czy zauważasz jakieś zmiany w sobie samej po tym, jak zaczęłaś grać w reprezentacji?

Ogromne zmiany! Wszystkie dziewczyny w reprezentacji są takie kochane. Jesteśmy jak jedna wielka rodzina! Z pokoju wychodzę codziennie z uśmiechem. Na treningach dostaje cenne rady od ludzi, którzy potrafią wyłapać moje błędy i wiedzą, co mnie motywuje. Przez granie w reprezentacji jestem na pewno bardziej otwarta na innych, pokochałam ciężką pracę, jestem coraz sprawniejsza. I jeszcze jedna ważna dla mnie zmiana: zaczęłam dostrzegać i doceniać to, co mam.

Źródła fot.: FIVB, prywatne archiwum A. Ceynowy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *