Dziennikarska trupa w trasie

Niemało uśmiechów pojawiło się na twarzach studentów dziennikarstwa i komunikacji społecznej, kiedy usłyszeli o planach na pewien marcowy weekend. Wycieczka szkolna na studiach. W sumie, dlaczego nie?

Próba generalna

Kiedy już wszyscy przeszli przesłuchania, udowadniając, że zaległości nie mają i jechać mogą, mieliśmy prawie komplet. Ruszyliśmy zatem czternastego marca na, oficjalnie ujmując, wyjazd edukacyjny do stolicy. Podróż była swego rodzaju rozgrzewką przed tym, co miało nas czekać w Warszawie. Jedni zdecydowali się odprężyć, inni rozgrzać głosy. Paru śmiałków nie omieszkało rozciągnąć mięśni, także tych potrzebnych do przeżuwania. Cały autokar dudnił od teatralnego szeptu.

Akt pierwszy

Przyszli aktorzy medialnej sceny weszli z podniesionymi głowami do budynku redakcji jednego z najbardziej poczytnych tygodników opinii w kraju – „Polityki”. Nikt nie mógł doczekać się spotkania z Bartłomiejem Chacińskim (kierownikiem działu kulturalnego) i Łukaszem Lipińskim (redaktorem naczelnym serwisu Polityka.pl).

Chociaż kształt wystąpień dziennikarzy praktyków skłaniał się bardziej ku monodramom, w końcu z ust widowni padły pytania. Wspólnie z redaktorami rozważaliśmy tematy związane z upadkiem mediów tradycyjnych. Pytaliśmy o pomysły na przyciąganie czytelników, inicjatywy technologiczne i współpracę z młodym odbiorcą. Poruszone zostały też kwestie szczególnie nam bliskie. Debatowaliśmy nad sensem dziennikarskich studiów, a także szukaliśmy informacji o możliwościach odbycia staży i praktyk w redakcji tygodnika.

Łukasz Lipiński opowiedział o swoich początkach z dziennikarstwem. Wnioski są z pozoru proste, ale w rzeczywistości nie do końca wygodne – zupełnie jak ta profesja. Trzeba ciężko pracować, ale niekiedy sukces przychodzi zupełnie znienacka. Dostajesz mikrofon lub notes i przez trzy godziny nudzisz się na ulicy, a potem przychodzą ostatnie trzy minuty, w których coś się wydarzy. Pojawia się nagle inspiracja, pomysł na temat i powraca chęć wykonywania tego zawodu. Zawodu pełnego paradoksów – nierzadko frustrującego, ale dającego poczucie spełnienia, które wynagradza wszelkie trudy.

Problem w tym, że niektórzy od razu pragną zagrać główną rolę, nie przyjmując do wiadomości, że niekiedy trzeba zacząć od bycia tzw. halabardnikiem.

Antrakt

Po obiedzie i kilku wspólnych zdjęciach zaczęło robić się już ciemno. Przed kulturalnym wieczorem trzeba było jednak odświeżyć się i wybrać do garderoby, którą każdy student zorganizował na szybko w swoim hostelowym pokoju.

Ucharakteryzowani na porządnych, młodych ludzi, przekroczyliśmy próg Teatru Ateneum. Tytuł spektaklu nie był studentom odległy. „Gra w życie” to póki co coś, co każdy z nas uprawia.

Szczególną uwagę (nieujawniających się na razie w publicznej przestrzeni) koneserów sztuki zwróciła obsada. Plakat przyozdobiony znanymi nazwiskami przyciągnął uwagę i, co więcej, podniósł jeszcze wymagania młodych krytyków. Tyniec, Damięcki, Schejbal, Telega, Kasprowicz. I my – zadziwieni zwrotami akcji, znudzeni niekiedy długimi monologami, rozbudzeni gwałtownymi scenami i, na koniec, ponownie wprowadzeni w melancholijny nastrój.

Rozgrywający się na deskach Ateneum dramat był niczym w porównaniu do tego, który wydarzył się nocą w hostelu Tatamka. Prawdziwy teatr uczestniczący! A na dodatek – komedia i tragedia w jednym. Tylko rano, co dziwne, każda gwiazda pragnęła nagle uniknąć blasku reflektorów…

Akt drugi

Piątkowy poranek do najłatwiejszych nie należał, ale wyzwania to coś, co dziennikarze lubią. To, co nierzadko leży w ich gustach to także polityka. Drugiego dnia odwiedziliśmy zatem powszechnie znany budynek przy ulicy Wiejskiej.

Po krótkiej i treściwej lekcji historii, której udzieliła nam przedstawicielka biura prasowego i zarazem nasz przewodnik, udaliśmy się w samo serce Sejmu – salę plenarną. Piętnasty marca był trzecim dniem siedemdziesiątego ósmego posiedzenia Sejmu. Trafiliśmy zatem na świetne przedstawienie.

Zaraz po zajęciu honorowych miejsc w (ogólnodostępnej) loży ci, co poprzedniego dnia byli jeszcze teatrologami, tym razem odegrali rolę aspirujących politologów. Fakt, było co komentować. Tutaj zagrania zaskakiwały momentami bardziej niż na te ze sceny tradycyjnej, a polityczni aktorzy przybierali niezwykle skuteczne maski. Pośród spraw, których byliśmy świadkami, najwięcej emocji wśród obradujących wzbudziły rozważania na temat ustawy dotyczącej Kół Gospodyń Wiejskich, ich statutu i roli jako organizacji pozarządowych.

Nie obyło się bez owacji, pohukiwań i upomnień… Prawdziwy spektakl. Jednak czy nie słusznie scena nierzadko nazywana jest zwierciadłem swojej widowni?

Opuszczenie kurtyn

Po rozrywce, jakiej dostarczyła nam wizyta w Sejmie, przyszedł czas na pogrążenie się w refleksji. Odwiedziliśmy poruszającą wystawę Muzeum Katyńskiego.

Muzeum okazało się miejscem wyjątkowym. Piętro, na którym znajdowały się niezwykłe relikwiarze, przypominało mroczny korytarz z monumentalnymi szafami. Tam mogliśmy oglądać przedmioty codziennego użytku, należące do ofiar zbrodni katyńskiej.

Po chwili zadumy, mieliśmy okazję uczestniczyć w rozmowie z pracownikiem placówki, który przybliżył nam obraz kontrowersji, wynikających z nazywania owych eksponatów relikwiami. Dzięki spotkaniu zrozumieliśmy jednak ten szczególny rodzaj świętości.

Powrót do autokaru. Zaciągnęliśmy autobusowe firanki niczym kurtyny po wystąpieniu.

Nowy scenariusz

Chociaż warszawski spektakl dobiegł końca, zgasły światła i opadły kurtyny, nie zamierzamy zaprzestać prób. Chcemy być gotowi stawać naprzeciw nowym wyzwaniom: nieprzychylnym reżyserom, obskurnym scenografiom i trudnym scenariuszom.

To prawda, że dziennikarz jest pewnego rodzaju aktorem w otaczającej go rzeczywistości. Nie może jednak zapomnieć, że jego miejsce jest przede wszystkim na widowni, bo jak powiedział Konstanty Stanisławski, należy kochać teatr w sobie, a nie siebie w teatrze.

(fot. Aleksandra Żurawska/Konrad Knoch)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *