Zachwycająca tragedia – „Seria niefortunnych zdarzeń”

seria1Mając w pamięci rok poprzedni, wspominamy jak wiele dobrych seriali mogliśmy zobaczyć. Mnogość tytułów przyprawia o zawrót głowy, a próbując podać najlepszy, żyłka na skroni pulsuje i pracuję ze dwojoną siłą. „Seria niefortunnych zdarzeń” to nie tylko powtórka z cyklu znanych opowieści Lemony’ego Snicketa i ich ekranizacji z 2004 roku. To prawdziwa perła scenograficzna, montażowa i scenariuszowa, chociaż nie każdemu może przypaść do gustu.

Kampania reklamowa nowego serialu budowała hype już od wielu miesięcy. Już sama informacja, że taka produkcja powstaje wywołała u ludzi falę radości. Mimo że w Polsce przygody rodzeństwa Baudelaire nie są tak popularne, jak chociażby Pottera czy Everdeen („Igrzyska śmierci”), to jednak moda na opowieści o młodych i zagubionych nie przemija. „Seria niefortunnych zdarzeń” od Netflixa została postawiona przed trudnym zadaniem. Każdy widz, doświadczony bardziej lub mniej, porównywać będzie tę produkcję do filmu z 2004 roku. To stawia serial w nieco niewygodnej pozycji, jednak przyznać trzeba, że wychodzi z niej obronną ręką. Niełatwo jest zmieścić trzynaście tomów książek w prawie dwugodzinnym filmie. W tej sytuacji fani papierowej Serii Snicketa mogli kręcić nosem. Wiele rzeczy zostało pominiętych i spłyconych. Serial w tej kwestii jest górą. Osiem epizodów po godzinę to już sporo i wiele istotnych rzeczy, których nie było w obrazie Brada Silberlinga, mogło pojawić się w serialu. Dłuższa produkcja jednak przez swoją formę musi umiejętnie dawkować akcję widzom. Obraz od Netflixa czasem ma z tym problem i tutaj punkt ląduje na koncie filmu.

seria3Jak już przyznałem wcześniej, serial nie jest dla każdego. Niedzielny widz, który w swojej serialotece ma tylko „Breaking Bad”, „House of Cards”, „Grę o tron” czy „Sherlocka” może czuć się nieswojo. Ja wszystkie te tytuły znam i lubię, jednak wielu moich znajomych (też serialomaniaków), którzy obejrzeli pierwszy odcinek „Serii niefortunnych zdarzeń” stwierdzili, że to nie dla nich. Nie mogli też pojąć, dlaczego ja jestem tym zachwycony. Aby polubić tę produkcję potrzebne są dwie rzeczy – otwarty umysł i wrażliwość. Jeśli sądzisz, że są to główne cechy twojej osobowości, „Seria” jest właśnie dla Ciebie. Ktoś może zapytać: „Hola hola panie autorze. Po co mi otwartość umysłu, skoro do moich jedynych obowiązków wobec serialu ma być otwarcie piwa i obejrzenie odcinka w całości?” Netflix jeśli coś robi, to stara się to robić najlepiej jak może, z czego wynika tak wielka popularność serwisu. Jeśli na warsztat idzie tytuł ważny dla Ameryki i interesujący dla reszty świata, to trzeba to zrobić tak, że będą o tym mówić wszyscy. I mówią. Twórcy serialu to osoby, którzy słowo unexpected (niespodziewany) jedzą na śniadanie, obiad i kolacje. Barry Sonnenfeld i Bo Welch to panowie, którzy pracowali razem przy wielu filmach. „Faceci w czerni”, „Rodzina Adamsów”, „Bardzo dziki zachód”. Szczególnie drugi, Robert Welch zasłynął jako scenograf w produkcjach takich jak „Kolor purpury”, „Edward Nożycoręki”, „Mała księżniczka” czy „Thor”. Przy takiej drużynie sukces gwarantowany.

seria4Serial jest mocno inspirowany stylistyką Wesa Andersona. Symetryczne i wyważone kadry, które na myśl przywodzą filmy takie jak „Moonrise Kingdom” czy „Grand Budapest Hotel”. Pastelowa kolorystyka miesza się ze smutną szarością, co znamienne dla „Serii niefortunnych zdarzeń” i jednocześnie doskonałe. Tu wszystko podane jest jak na tacy. Dobrzy ludzie otoczeni są ładnymi kolorami zieleni, błękitu i złota. Źli skąpani są w brudnej szarości, czerni i granacie. Dialogi prowadzone są w bardzo oczywisty sposób. Wydaje się, jakby dorośli stale mówili do dzieci i jak dzieci. Warto wspomnieć o Patricku Warburtonie, który gra tu samego Lemonego Snicketa. Nie wprowadza on prawie niczego istotnego do fabuły, lecz narracja przez niego prowadzona w zabawny sposób wypełnia luki i wyjaśnia rzeczy, które nie znalazły się na ekranie. Jeśli mowa już o aktorach, to nie sposób nie wspomnieć o najważniejszej postaci serialu. Porównanie Hrabiego Olafa granego przez Careya i Harrisa musiało w końcu nastąpić. Jim może czuć się zawstydzony, ponieważ to właśnie Neil pokazał, jak powinien wyglądać najgorszy z najgorszych. Hrabia Olaf z 2004 to przy obecnym piesek Chihuahua, a do tego w różowej czapeczce i bucikach. Netflixowy Olaf budzi we mnie skrywane pokłady złości, ale też (po raz kolejny użyję tego słowa) zachwyca. Scena bez Neila Patricka Harrisa to scena stracona. To on trzyma ten serial w ryzach i nie pozwala mu się do końca rozlecieć. Stefano, czyli udawany pomocnik doktora Montgomery Montgomery z pewnością znajdzie się w moim top dziesięć najlepszych kreacji aktorskich tego roku. Główni bohaterowie czyli Klaus (Louis Hynes), Wioletka (Malina Weissman) i Słoneczko (Presley Smith) wypadają całkiem dobrze i nie irytują. No może oprócz piskliwego głosiku najmłodszego dziecka, które brzmi jak rodem wyciągnięte z jakiegoś anime.

The Crown” długo nie cieszył się mianem najdroższego serialu wyprodukowanego przez Netflixa. Obecnie ten tytuł przypada „Serii niefortunnych zdarzeń” i raczej nie zapowiada się, aby szybko pojawiła się droższa produkcja. Jednak czy ogromny budżet idzie w parze z sukcesem? Przygody rodzeństwa Baudelaire nie cieszą się taką popularnością o jakiej marzyli twórcy. Nie mniej jednak jest to serial, który warto obejrzeć. Chociażby dlatego, by przekonać się, że można robić znane rzeczy zupełnie inaczej. Tragedia, która zachwyca to dość kontrowersyjny tytuł, jednak oddaje on w pełni to, jaki ten serial jest.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *